Zwykli bohaterowie: rozmawiamy z odtwórcami ról „The Defenders”

Czworo ludzi stojących w windzie

Mówią o sobie, że nie są wyjątkowi, bo nie latają jak ich koledzy po fachu z The Avengers. Ale to oni chronią ludzkość przed siłami zła w The Defenders, najnowszym serialu ze stajni Marvela, który można oglądać na platformie Netflix. Spotykają się w nim najtęższe głowy – m.in. Luke Cuge, Iron Fist, Daredevil i Jessica Jones, którzy jednoczą siły i jako zespół zaprowadzają porządek w skorumpowanym, przeżartym chciwością świecie.

Z Mikiem Colterem i Finnem Jonesem, odtwórcami Luke’a Cage’a i Iron Fista, Artur Zaborski spotkał się w styczniu na planie serialu w Nowym Jorku. Opatuleni w koce, w przerwie między nocnymi zdjęciami, opowiedzieli o swoich bohaterach, a także… zaśpiewali piosenkę Rihanny.

Artur Zaborski: Między waszymi bohaterami, Iron Fistem i Lukiem Cage’em, jest chemia. Wygląda na to, że na planie The Defenders dobrze się bawicie.

Finn Jones, serialowy Daniel Rand, aka. Iron Fist: Owszem, a ponadto dobrze się rozumiemy, więc wspólna praca sprawia nam sporo frajdy. Pozytywna atmosfera pomaga w trudnych momentach, których na planie nie brakowało.

Mike Colter, serialowy Luke Cage: Zazwyczaj pracujemy do 5 nad ranem. Rozmowa z tobą o 21 to dla nas nietypowa sytuacja, jakbyśmy spotkali się bladym świtem. (śmiech)

Czy uważacie, że wasze postacie do siebie pasują, tworzycie zgrany duet?

FJ: Jak najbardziej!

MC: Przekazujemy im nasze cechy, a sami jesteśmy bardzo podobni – potrafimy na przykład zacząć śpiewać bez żadnego powodu.

(obaj zaczynają śpiewać piosenkę Rihanny „We Found Love”, ale szybko oryginalny tekst zastępują innym, wymyślanym na poczekaniu)

Często tak robicie?

FJ: Kiedy ktoś powie coś chwytliwego, co skojarzy nam się z jakimś kawałkiem, jak na zawołanie zaczynamy śpiewać, tworząc na bieżąco dalszy tekst. Ty zapytałeś, czy do siebie pasujemy, stąd We Found Love.

MC: Ludzie myślą, że jesteśmy nienormalni.

FJ: Wracając do twojego pytania, kiedy zaczynamy kręcić, dynamika naszej relacji przenosi się na postacie, co daje pozytywne efekty. Przed rozpoczęciem prac nad tym projektem obawiałem się, że ze względu na liczbę postaci serial może być zbyt przegadany albo efekciarski. Ale udało nam się tego uniknąć. Wyszło bardzo naturalnie.

MC: W czym zasługa tego, że staramy się spędzać wspólnie czas również poza planem.

Obowiązuje was klasyczny podział na zabawnego i rozsądnego?

FJ: Myślę, że Mike jest zabawniejszy – to prawdziwy dowcipniś!

MC: To wyrównana rywalizacja.

FJ: To prawda, żaden z nas nie jest zbyt poważny.

MC: Zachowujemy oczywiście powagę, gdy pracujemy, ale poza planem praktycznie cały czas szukamy powodów do śmiechu.

FJ: Kiedy spotykamy się z resztą obsady i wychodzimy razem w miasto, cały czas z Mikiem opowiadamy dowcipy.

MC: Utrudnia nam to prace przy scenach, w których niemal nie ma dialogów. Reżyserzy mają z nami urwanie głowy – w takich momentach modlą się, abyśmy się nie zgrywali. W mistrzowskiej formie jesteśmy pomiędzy 1 a 4 w nocy. Wtedy spada nam poziom cukru, jeżeli ktoś nie przyniesie nam ciastek, kończy się to źle dla wszystkich. (śmiech)

FJ: Każdy z nas pracował nad swoim własnym serialem, mamy sobie zatem mnóstwo zabawnych historii do opowiedzenia. Nigdy nie brakuje nam anegdot.

Jaką rolę odgrywają wasze postaci w zespole superbohaterów w The Defenders?

MC: To zależy, w czyim towarzystwie jesteśmy. Mój bohater stąpa mocno po ziemi, ale gdy w pobliżu pojawia się Jessica, wtedy traci głowę. Każda postać ma z inną unikalną relację.

FJ: Nawzajem się poznajemy i od siebie uczymy. Każdy z nas pełni rolę nauczyciela: Danny na przykład przypomina innym postaciom, dlaczego są superbohaterami i jaka jest ich misja.

MC: Luke Cage wcześniej nigdy o tym nie myślał, dopiero dzięki Danny’emu stał się autorefleksyjny.

W serialu pojawia się Sigourney Weaver. Jak się wam z nią pracowało?

FJ: Jest fantastyczna. To niezwykle utalentowana aktorka, a jednocześnie bardzo miła osoba, napełniająca resztę ekipy pozytywną energią.

MC: Wiesz, ja czasami na planie zachowuję się jak diwa. Ona – nigdy. Nieważne, czy kręcimy w ciągu dnia, czy o 4 w nocy, jest tak samo profesjonalna i sympatyczna.

Mike, twój bohater w The Defenders ponownie trafia do więzienia. Pobyt tam zmieni go?

MC: Jasne. W pierwszym sezonie Luke’a Cage’a mój bohater to gość, któremu nie zależy na pomaganiu innym. Jedynie zajmuje się swoimi sprawami. W The Defenders Luke zmienia się: nie musi już cały czas oglądać się przez ramię, obawiając się powrotu do więzienia. Wyobraź sobie, jak to jest być uciekinierem – w każdej chwili policja może zapukać do twoich drzwi, cały czas żyjesz w niepokoju. Teraz Luke nie musi się tego obawiać, bo powrót do więzienia ma już za sobą.

Przestępczość w serialu odgrywa istotną rolę, tak samo jak Brooklyn. Ta dzielnica nie ma dobrej prasy, kojarzy się właśnie z przestępczością. Staracie się odczarować taki wizerunek?

FJ: Pracujemy nad tym, żeby Brooklyn kojarzył się jak cały Nowy Jork – ze specyficznym klimatem i kulturą; z czymś ciekawym i przyjemnym, a nie czymś odpychającym, choć oczywiście nie chcemy czarować tego wizerunku ani go wybielać.

MC: Mieszkałem w Harlemie przez cztery lata przed przeprowadzką do Los Angeles. Obecnie to miejsce jest niesamowicie stygmatyzowane, kojarzone z przestępczością, która owszem jest problemem, ale nie jest tak, że Brooklyn równa się przestępczości. Harlem jest wyjątkowy ze względu na to, jaką rolę odegrał w historii – to tu mieszkał choćby Malcom X. Nie jest to może najprzyjaźniejsze miejsce, ale mieszkańcy wciąż próbują utrzymać przy życiu klimat i kulturę tego miejsca. Jestem dumny, że uwieczniliśmy je w Luke’u Cage’u, w którym Brooklyn wygląda inaczej niż w innych filmach.

Inaczej wygląda też Iron Fist, który nie przypomina wcieleń z innych adaptacji komiksów.

FJ: To prawda, powstało wiele komiksów i wiele różnych wersji postaci Danny’ego. My skupiliśmy się na znalezieniu własnej, przy jednoczesnym oddaniu hołdu komiksom. Najbliżej naszemu serialowi do The Immortal Iron Fist, który oddawał skomplikowanie postaci Danny’ego. U nas po zakończeniu Iron Fist Danny mentalnie staje się Obrońcą. Oczywiście, nadal jest typowym 25-latkiem, który nie wie, co robi ze swoim życiem, ale stara się odnaleźć jego sens. Na początku The Defenders zaczyna mu się wydawać, że jest nim walka ze złem.

Nie czuje się jeszcze superbohaterem?

FJ: Wiesz, ja sam go tak nie postrzegam, przynajmniej na razie. Dla mnie jest to zagubiony chłopak, który szuka sensu w życiu. Kreowanie tej postaci, nadawanie jej naturalności, urealniania jej jest fantastycznym doświadczeniem. To nie jest dwuwymiarowa postać – bijąca złych i ratująca dobrych, tylko skomplikowany wewnętrznie chłopak, od którego dużo można się nauczyć.

Czego ty się od niego nauczyłeś?

FJ: O mój boże, ja z całych sił staram się nie być taki jak Danny, tego się uczę codziennie na planie! (śmiech) On dąży do ideałów w sposób godny podziwu, ale ma słomiany zapał. Staram się nie być taki jak on.

Widzowie też mogą się tego uczyć?

FJ: Mamy tak zróżnicowaną obsadę, że widzowie mogą wyciągnąć z tego lekcję i przekonać się, że odmienność nie jest czymś złym, jak i tego, że pomimo różnic w zespole można osiągnąć więcej wspólnymi siłami niż osobno. Do tego dodałbym też lekcję tego, że nasz wróg nie jest do końca tak groźny, jak nam się wydaje, co jest dziś aktualne zwłaszcza w kwestiach politycznych.

Czy łączenie seriali w jedno wielkie uniwersum to według was przyszłość telewizji?

FJ: To ciekawy trend. Jeżeli zrobi się to odpowiednio dobrze, można dobrze wprowadzić postaci, a następnie opowiadać interesujące historie z nimi w rolach głównych. Czy powstanie więcej takich uniwersów? Szczerze mówiąc, trudno jest mi sobie wyobrazić, jak miałoby to wyglądać w przypadku seriali, które nie są adaptacjami komiksów. One nie mają bazy pod takie rozwiązanie.

MC: Gra o tron to świetny serial, którego uniwersum rozrasta się, bo twórcy mają dużo materiału, ale to coś zupełnie innego niż w naszym przypadku. Nasi scenarzyści muszą nakreślić wcześniej, które postaci chcą wprowadzić do uniwersum. Mają ogromny wybór, więc nie grozi im wyczerpanie materiału. Nie można po prostu powiedzieć: To jest Luke Cage, to Iron Fist, a to Defenders. Działajcie razem. Żeby ci bohaterowie spotkali się, musi stać za tym odpowiednio przemyślana historia.

L: Marvel jest na rynku od kilkudziesięciu lat. Gdyby ktoś obecnie spróbował wejść na rynek, tworząc seriale o dziesiątkach postaci, ludzie pewnie uznaliby go za głupca. To, co robi Netflix, to przeniesienie na ekrany telewizorów komiksów. Jeżeli chodzi o inne źródła, nie sądzę, by to się powiodło.

Wydaje wam się, że postaci w serialach Marvela są bardziej złożone niż w filmach?

FJ: Oczywiście, co wynika z faktu, że serial ma 13 odcinków, zaś film – 2,5 godziny i skupia się na spektaklu, efektownej akcji. Seriale skupiają się na narracji.

Jeśli kiedyś bohaterowie The Avengers spotkają się z Obrońcami, to która wizja uniwersum, filmowa czy serialowa, zwycięży?

FJ: Gdyby kiedykolwiek to nastąpiło, na co, szczerze mówiąc, liczę, to mam nadzieję, że ci z The Avengers pojawią się w świecie Netfliksa. Byłoby znacznie ciekawiej zobaczyć tamte postaci w naszych realiach, niż nasze biorące udział w jakiejś wielkiej bitce! (śmiech) Nie byłoby w tym nic specjalnego.

MC: Poza tym, nie mielibyśmy dużych szans w starciu z nimi – nie latamy, nie jesteśmy wyjątkowi. Ich pojawienie się w naszym świecie byłoby bardziej realistyczne, więc dawajcie nam tu Starka i Toma Hollanda! (śmiech)

Komentarze
Zwykli bohaterowie: rozmawiamy z odtwórcami ról „The Defenders”
Oceń artykuł