Ziemowit Szczerek: Polska zaczyna się ogarniać

Z Ziemowitem Szczerkiem, dziennikarzem, pisarzem i tłumaczem, laureatem Paszportu Polityki za książkę „Przyjdzie Mordor i nas zje”, rozmawiamy o Ukrainie, życiu w ciągłej drodze, a także o tym, dlaczego nie wykształciliśmy popkulturowej tradycji.

Pamięta Pan swój pierwszy wyjazd na Ukrainę?

Pamiętam, pamiętam. Był to początek lat dwutysięcznych, może koń- cówka dziewięćdziesiątych. Ukraina zrobiła na mnie dość duże wrażenie. Chciałem wtedy zobaczyć przestrzeń, która rozciągała się za wschodnią granicą, kojarzoną mimo wszystko z radziecką. Przekonać się, jak to wszystko funkcjonuje. Bo kondycji Polski, nie tylko tej utożsamianej z peerelem, ale i cywilizacyjnej, upatrywałem jednak bardziej tam. Zachód to był kierunek, w którym się szło, Wschód to miejsce, z którego się wychodziło. Chciałem zobaczyć, jak to wygląda.

Pisał Pan, że my widzimy Rosjan czy Ukraińców jednakowo, jako „Ruskich”. A jak nas widzą mieszkańcy tego mitycznego Wschodu?

Jesteśmy dla nich częścią tej szarej masy wschodnioeuropejskiej, która dopiero teraz zaczyna nabierać jakichś własnych, osobnych cech, chociaż jeszcze ich na dobrą sprawę nie nabrała. To znaczy my wszyscy jesteśmy Rurytańczykami, pochodzimy z tej dziwnej przestrzeni, która nie jest Rosją, ale nie jest też Zachodem w rozumieniu germańsko-romańskim. Autor jednej z powieści rurytańskich z początku dwudziestego wieku włożył w usta swojego bohatera stwierdzenie, że jesteśmy „brudnymi Słowianami i Hunami”. Jak wiadomo, dzisiaj już nikt nie wypowie tego na głos, bo byłoby to politycznie niepoprawne i po prostu obraźliwe. Mimo wszystko jesteśmy jednak taką przestrzenią europejskiego cienia, który dopiero aspiruje do miana Europy. Taki lud prostaczków, którzy lubią strzelać do kryształowych luster, jak się nawalą. Mieszają im się stereotypy rosyjskie, bałkańskie, wschodnioeuropejskie.

A z drugiej strony, pamięta Pan pierwszy wyjazd w Polskę?

Zawsze jeździłem w Polskę. Mnie, szczerze mówiąc, droga kojarzy się z czymś wczesnym i nie robiłem sobie jaj, kiedy mówiłem, że jestem z „siódemki”. Poruszałem się pomiędzy Radomiem, w którym się urodziłem, Krakowem, Chechłem, nieopodal Pustyni Błędowskiej, gdzie mieszkała moja babcia, i Sanokiem, gdzie mieszkała druga. Droga to są moje wspomnienia. „Siódemka” wyznaczyła oś, z której patrzę na Polskę. Wszystko, co odbiega od tej Polski „siódemkowej” trochę mnie zaskakuje, jest zupełnie innym światem. Dziwi mnie Płock, bo leży w nietypowym jak dla „świata siódemki” miejscu – na skarpie, z architekturą różną od miast „przysiódemkowych”. Dziwi mnie Galicja, którą uwielbiam i gdzie zamieszkałem, choć w sumie mój ojciec jest z Sanoka, więc może nie jest to jakoś specjalnie szokujące. Dziwi mnie Wielkopolska, która jest takimi polskimi Czechami, dziwią mnie Kaszuby, które są cudownie ogarniętym i pięknym miejscem. Dziwi mnie wreszcie cała Polska poniemiecka, tak zwane Ziemie Odzyskane, zachodnie. To są dla mnie, chłopaka z „siódemki”, inne światy.

Czyli jest coś ładnego, nie tylko ten rozpierdol.

Rozpierdol to jest warstwa nałożona na Polskę ostatnich kilkudziesięciu lat i zaskakująco jednorodna. Cieszyn jest bardziej podobny do Szczecina niż Cieszyna czeskiego, który leży przecież po drugiej stronie rzeki. Nie mówię o architekturze, ale o polskim naskórku.

Pozwoli Pan, że zostanę jednak na moment przy tym Radomiu, który jest Pana rodzinnym miastem, a który stał się synonimem obciachu uwiecznianym na internetowych memach.

Za moich czasów takim Radomiem był Wąchock. Ta „śmieszna”Polska trochę rośnie, bo ze wsi przeszliśmy na miasto średniej wielkości. Radom jest na tyle blisko Warszawy, żeby można było sobie z niego „popolewać”, chociaż i nasza stolica Paryżem nie jest. Raczej takim mega Radomiem, Radomiem powielonym milion razy. Choć trzeba oddać, że Warszawa w ciągu ostatnich paru lat się zmieniła. Byłem w szoku, jak to miasto, niegdyś czysto biznesowe, pozbawione przestrzeni publicznej, zmieniło się w przyjemne miasto, gdzie fajnie się funkcjonuje. Radom w tym ustawieniu jest jednym z miejsc, które dostały w dupę, kiedy upadła dawna, PRLowska rzeczywistość. Próbuje się po tej apokalipsie ogarnąć, jak zresztą wszyscy dookoła, i iść w świat. Nie jestem jednak pewien, czy przypadkiem to wszystko mu nie pomaga. Bo jednak choć obecnie robi, powiedzmy, za synonim siary, to w perwersyjny sposób może być cool. Podobnie jak Sosnowiec. To miasta, które mają jakiś pazur. Jest ta chytra baba, ale też się wie, że lepiej w Radomiu nie fikać do pierwszego lepszego. A jeżeli chodzi o samo miasto i moje z nim związki… Rodzice przenieśli się w te strony kilka miesięcy przed moim urodzeniem i nigdy nie byłem tam zakorzeniony. A wielu moich znajomych przeniosło się z Radomia do Warszawy czy Krakowa i tak Bogiem a prawdą, spotykam się z nimi częściej tutaj niż tam. Odwiedzam rodziców, bo wciąż w Radomiu mieszkają, ale nie jestem pewien, czy przypadkiem nie mieszkam już dłużej poza Radomiem niż w Radomiu. I staje się on dla mnie powoli coraz bardziej jednym z miast na „siódemce”. Chociaż właściwie wpasowuje się w tę moją linię, którą przemierzam i którą postrzegam jako swoją ojczyznę.

Czuje się Pan głównym przedstawicielem gonzo w Polsce?

Przede wszystkim odcinam się od terminu gonzo. Gonzo to jest Hunter S. Thompson i chyba tyle… Bardziej przyznaję się do Haszka, który robił znacznie lepsze rzeczy. Nie chcę przez to powiedzieć, że Thompson zrzynał od Haszka, choć może i go czytał. Tak naprawdę żaden z nich Ameryki nie odkrył. Opowieść przeplatana fikcją istnieje przecież od zarania świata. Kiedy Wikingowie wracali z wyprawy na drakkarach, przychodzili do swoich portowych oberży, siadali i zaczynali pierdolić kocopoły, żeby się fajnie tego słuchało. Sam to, co piszę, rozdzielam na części. Jedna z nich to dziennikarstwo, w którym nie ma konfabulacji. Druga to książki fabularne, które z natury rzeczy opisują rzeczywistość przy pomocy narzędzi charakterystycznych dla fiction, a nie non-fiction. I nie jest to od razu gonzo. Mnie po prostu nie interesuje pisanie o rzeczach kompletnie oderwanych od rzeczywistości. Wolę zabawę rzeczywistością, tymi klockami, z których jest złożona. Dziennikarstwo jest wtedy, kiedy piszę artykuły i eseje.

Proszę nie myśleć, że jestem cyniczny, ale zastanawiam się, czy konflikt na Ukrainie pomógł Mordorowi marketingowo.

Trudno powiedzieć, bo badań nie prowadziłem. Mordor został napisany, zanim w ogóle Majdan wybuchł. Gdyby został napisany już po, pewnie byłaby to inna książka. Nie jakoś diametralnie, ale te wątki z pewnością zostałyby wmontowane. Zainteresowanie zaczęło się w momencie pierwszych recenzji, a pojawiły się one na długo, jakieś pół roku, przed Majdanem. Potem, wiadomo, Paszport Polityki, który dostałem, kiedy Ukraina dopiero zaczynała się tlić. Już wcześniej tam jeździłem dziennikarsko – ale w momencie, gdy zaczynałem pisać dla Polityki, snajperzy rozstrzeliwali Majdan i zrobiło się zamieszanie. Jeśli zaś chodzi o konflikt w Donbasie, to z pewnością nie ja, a Paweł Pieniążek, który tam praktycznie, kurwa, mieszka. I oczywiście Piotr Andrusieczko, który zresztą całą Ukrainę ogarnia dziennikarsko totalnie. Ja też tam jeżdżę, opisuję, ale trochę próbuję się z niej wydobyć. Zawsze zajmowałem się Europą Środkową jako całością i to mnie bardziej interesuje – patrzenie na nią jako pewną konstrukcję. Podobnie mam także z Bałkanami i Kaukazem. Udusiłbym się, gdybym siedział tylko na Ukrainie. Jestem ciekawy szerszego kontekstu.

A powie mi Pan, czemu nie udało się w Polsce wykształcić popkulturowej tradycji?

No właśnie to jest, kurczę, strasznie ciekawe. Bo my mamy gigantyczny potencjał. Przecież cała historia z Dzikimi Polami to jest western jak w mordę strzelił. Nigdy nie byliśmy centrum, mówię oczywiście zarówno o skali kontynentalnej, jak i regionalnej. Nie stworzyliśmy kultury na tyle atrakcyjnej, by była w stanie wpływać na okolicę. Polska jednak zaczyna się ogarniać. Kiedy kraj umacnia się na scenie geopolitycznej, to i jego kultura nabiera rumieńców, a przede wszystkim śmiałości. Bo my się boimy przyjmować jakąkolwiek formę. Obawiamy się, że zostanie ona uznana za obciachową. Dlatego naśladujemy innych. I jest to słabość wewnętrzna, słabość cywilizacyjna, która rodzi niepewność siebie, lecz to się zmienia. Moją obsesją jest zmitologizowanie Polski właśnie w popkulturowy sposób. Sprawienie, że te wszystkie bary „U Grubego”, gdzie się zajada kurczaki, czy przydrożne wulkanizacje byłyby tak samo cool jak roadkill grille w Stanach czy te ich knajpki, gdzie siedzą i piją milkshake’i, a czasem wejdzie koleś z fryzurą na Jamesa Deana w białym podkoszulku. Trzeba zrobić coś, co samo w sobie może nie będzie piękne, bo gdzie, kurwa, Ameryka jest piękna, ale będzie na tyle zmitologizowane, że stanie się atrakcyjne i sami będziemy się z tym dobrze czuli. Musimy jakoś wytłumaczyć tę rzeczywistość, oswoić się z nią i ją polubić.

A Pan polubił?

Tak, tak. Choć, oczywiście, nadal mi się rozpieprzają oczy, kiedy patrzę na naszą ojczyznę, ale I came to terms, jakoś się z nią pogodziłem. Bo ona potrafi być brzydka jak jasna cholera, jak noc listopadowa, ale potrafi być też piękna, ta rzeczywistość ma pazur. Lubię ją, mimo że często mi się nie podoba, albo, kiedy indziej, podoba mi się, mimo że jej nie lubię. Nie jest to stosunek prosty, a na pewno nie jednoznacznie negatywny jak u Filipa Springera. Nikt niestety nigdy na świecie nie zrobił takiego ustawienia, w którym wszystko byłoby cacy. Takie Niemcy, Węgry, Czechy mnie niby koją, gdy jeżdżę i patrzę na ten poukładany światek, ale ja w tych Niemczech zasypiam. Przejeżdżam granicę i przez jakiś czas czuję się ukojony, ale potem mi się oczy zamykają. I nie jestem pewien, czy chciałbym, żeby tutaj też był taki nudny, powtarzalny, przewidywalny świat jak u naszych szanownych sąsiadów.

szczerek2

rozmawiał | Bartosz Czartoryski

Oceń artykuł