Z ulicy do wielkiej mody: amatorzy na wybiegu

Grupa modeli na wybiegu ubranych na kolorowo

– Nie jestem modelem, tylko kierowcą – wzrusza ramionami Ajit Singh Bharth siedząc za kierownicą żółtej, nowojorskiej taksówki. W pewną środę Bharth jak zwykle jeździł po mieście wożąc klientów, lecz kiedy trafił na Manhattan wzbudził wielkie zainteresowanie wśród wielu przechodniów. Jednym z nich był Quinton Clemm – dyrektor szanowanej na rynku mody męskiej marki Eidos.

Clemm dskonale wiedział, że musi wsiąść do taksówki i poznać tego starszego jegomościa z imponująca, długą brodą, noszącego okulary w złotych oprawkach. Jeszcze wtedy Bhart nie wiedział, że podczas standardowej jazdy samochodem z klientem usłyszy słowa, o których marzy znaczna część ludzkości: czy wystąpisz na wybiegu podczas pokazu mody? 62-latek mimo wielkiego zaskoczenia przyjął tę ofertę nad wyraz spokojnie. Ot, mogło to być nowe doświadczenie w jego życiu. Modelem w końcu jeszcze nie był. Niedługo potem miał swój debiut na nowojorskim fashion weeku. Jak się okazuje nie trzeba mieć sześciopaku, szczęki wyjętej spod dłuta Michała Anioła i 3% tłuszczu w ciele, żeby zainteresować przemysł modowy. Przynajmniej ten skierowany docelowo do mężczyzn. Wiele domów mody angażuje do reklamy swoich ubrań „zwykłych śmiertelników”, którzy często bardziej przemawiają do klientów niż oderwani od rzeczywistych proporcji modele o posągowych twarzach greckich bogów. Autentyczność wraca do mody. Jest bardziej charakterna i z pazurem. Każda oryginalna cecha, znamię, długi nos, wydatna broda, mogą okazać się przepustką do kariery. W końcu nieregularne rysy twarzy i nieidealne ciało to najbardziej naturalne cechy człowieka.

Mężczyzna z brodą w turbanie na głowie

Taylor Hendrich pracownik nowojorskiej agencji modelingowej uważa, że kult klasycznej urody odchodzi do lamusa. Lepiej prezentuje się na rzeźbach niż w prawdziwym życiu między ludźmi z krwi i kości. Jego słowa wydają się być prorocze. W charakterze modeli i modelek zatrudnia się coraz więcej osób z cechami charakterystycznymi (np. widocznymi bliznami czy tatuażami), otwiera się możliwości osobom niepełnosprawnym, a modelki plus size podbijają internet robiąc prawdziwy eksperyment socjologiczny o tym jak kreacje z wybiegów mogą wyglądać na przeciętnej osobie z ulicy. Modelki plus size zostawiły otwartą furtkę dla „misiowatych” mężczyzn bowiem i oni są teraz coraz częściej zatrudniani przez projektantów. Kto powiedział, że bez kaloryfera i twardego jak skała brzucha nie można nosić dobrze skrojonego garnituru? Popularność tej niszy wyczuła agencja modeli i modelek IMG, która w swojej ofercie stworzyła specjalną kategorię „Brawn” właśnie dla osób noszących większe rozmiary.

Swoich head hunterów „między ludzi” wypuściła m.in. włoska marka Etro. Na zatłoczonych ulicach szukają osób do swoich pokazów i zatrudniają zaskoczonych przechodniów. Nie tylko ulica jest dobrym miejscem do wyszukiwania nowych, świeżych twarzy. Prawdziwą kopalnią skarbów jest dla firm modowych Instagram. Choć wiadomo, że przy dobrym filtrze nawet przypalony placek będzie wyglądał jak ciasto Jamiego Olivera, warto śledzić młodych, zdolnych w internecie. Dzięki takim apkom, mogą zostać  w łatwy sposób odkryci przez łowców talentów. Niekoniecznie wrzucając tylko zdjęcia liści sałaty w lunchboxie i selfie z siłowni.

Dziewczyna z nadwagą przymierza bluzkę

Przewodnim tematem wiosennej kolekcji francuskiej marki Kenzo jest nocne życie w Nowym Jorku. W zamyśle twórców twarzami kampanii mieli zostać ludzie, którzy reprezentują realną grupę osób lubiących spędzać weekendowe wieczory na dobrym clubbingu. Po raz kolejny wyszli więc na ulicę. Tak też znaleźli Toma, 19-letniego studenta z Australii, który w Paryżu odwiedzał swoich dziadków. Sam Tom mówi o sobie, że ma look „ćpuna” i nie jest zbyt atrakcyjny, zwłaszcza przez swoją nienaturalnie wydłużoną sylwetkę. Po kilku próbach zdjęciowych i przełamaniu pierwszych lodów przed obiektywem dostał jednak angaż. Nie ważne było, że kiepsko pozuje, ważne, że jest normalnym chłopakiem, który lubi się w weekend zabawić i nie potrzebuje do tego przepustki z fashion weeka.

Choć dla amatorów modeling to łatwa kasa i darmowe ciuchy, projektanci również dużo zyskują na tej sytuacji. Oprócz promocji swojej marki jako produktu „dla ludzi” nie dla głodzących się robotów, oszczędzają spore fundusze rezygnując z gwiazdek, które za każdy występ czy sesję liczą sobie bardzo dużo. Zatrudnianie amatorów przywraca modowy autentyzm jeszcze w jednym aspekcie. Ciuchy i modele nie są wymuskani, nienaturalnie dopieszczeni do ostatniej cebulki włosa i czółenka w butach. Projektanci pozwalają sobie na luz, nie do końca wyprasowaną koszulę czy rumieńce na twarzy. Ludzkie ubrania dla ludzkich ludzi muszą się wszak sprawdzić w każdej sytuacji. Także na deszczu czy w biegu do autobusu.

Modele na wybiegu

Moda od zawsze walczy ze stereotypem „mniej ważnej” sztuki, bo sztuki użytkowej, nastawionej na próżność. Ciężko porównywać dywagacje na temat falbanek czy brokatu do wielkich dzieł impresjonistów czy nowatorstwa secesji. Stawianie na szali człowieka dojrzalszego, z prawdziwą historią, prawdziwymi problemami, zrobienie z niego autentycznego ambasadora ubrania, które nosi – sprawia, że za kawałkiem materiału (tak jak za płótnem) kryć się będzie głębsza historia i przekaz. Moda do tej pory dryfowała gdzieś w fantazji. Wielu przedstawicieli tego świata chce spróbować jak to jest w realnym świecie. Bliżej swoich odbiorców.

Tekst: Kasia Mierzejewska

Komentarze
Z ulicy do wielkiej mody: amatorzy na wybiegu
Oceń artykuł