Winyl z ciebie drwi

Dziewczyna w sklepie muzycznym przegląda winyle

Powinien ją wessać śmietnik historii. Powinna ustąpić miejsca nowocześniejszym technologiom. Powinno się ją pokazywać w muzeum historii muzyki. Czarna płyta kpi sobie z takich prognoz i od lat zajmuje miejsce w jednym z pierwszych rzędów przemysłu muzycznego.

Nikt by się nie spodziewał, że wynalazek z XIX wieku nie dość, że przetrwa do dziś, to jeszcze sprawi, że niejednemu szczęka opadnie do ziemi. O ile wyniki finansowe fizycznych nośników muzyki z roku na rok się pogarsza­ją, tak sprzedaż płyt winylowych rośnie w zatrważającym tempie. W 2014 roku wzrosła o ponad 50% w porównaniu z rokiem poprzednim. Kolejnym wskaźnikiem, który utwierdza w przekonaniu, że winyle mają się dobrze i najzwyczajniej w świecie wracają do łask milionów słuchaczy, jest rekordo­wa od 20 lat sprzedaż albumu pewnego pana na analogowym nośniku. Jack White ze swoim drugim solowym wydawnictwem Lazaretto „wyprzedził” Vitalogy grupy Pearl Jam z 1994 roku, notując 40 tysięcy sprzedanych egzem­plarzy w pierwszym tygodniu od premiery oraz prawie 87 tysięcy w całym 2014 roku. Chciałbym zwrócić uwagę na arcyciekawe zjawisko, które łączy stare z nowym, tradycyjny sposób słuchania muzyki z innowacyjnymi mo­delami biznesowymi, wreszcie – coś, co dla niektórych nie miało prawa wy­palić, a okazuje się, że stało się zupełnie inaczej.

Model subskrypcji w muzyce pojawił się wraz z nadejściem streamingu internetowego. Odnoszące wielki sukces platformy takie jak Spotify czy Deezer pokazały, że na pay-per-download (czyt. iTunes) świat się nie kończy, a Internet dopiero zaczyna pokazywać swoje możliwości. Jakiś czas temu trafiłem na dwie platformy, które udowodniły, że czarna płyta także ma swoje miejsce w innowacyjnych modelach biznesowych, które całkowicie odmieniają rynek fonograficzny. Pierwszą z nich jest VNYL. Serwis internetowy, który działa w modelu sub­skrypcyjnym, a jego klienci dostają co miesiąc 3 płyty winylowe pod swoje drzwi. Rzecz w tym, że nie decydują sami, jaki dokładnie album do nich trafi. Nazywany przez wielu Netflixem winyli, VNYL dokona wyboru za nich. Ale jak? Po co? W jak pokręconej rzeczywistości miałbyś się zgodzić na to, żeby jakiś obcy gość, za Twoje pieniądze, decydował jakiej muzyki będziesz słu­chać? I w tym momencie zaczyna się robić się bardzo ciekawie. Użytkownik wybiera, w jakim jest aktualnie humorze i na tej podstawie ekipa z VNYL dobiera dla niego konkretne albumy. Oprócz tego, jeśli dojdzie do wniosku, że dane wydawnictwa to tak zwana jednorazówka, odsyła je z powrotem i czeka na kolejne. Całkiem intrygujące, prawda? Bardzo ważną misją, jaką postawili przed sobą założyciele VNYL jest poszerzanie horyzontów mu­zycznych swoich klientów. Jeśli kiepsko się czujesz i lada chwila będziesz miał deprechę, najprawdopodobniej nie dostaniesz albumu Radiohead. Dostaniesz coś gatunkowo zbliżonego, ale mniej rozpoznawalnego. I w tym całe piękno VNYL, które już teraz pochwalić się może 20 tysiącami albumów w swojej bibliotece.

Półka z płytami winylowymi

Vinyl Me, Please to platforma, która kupiła mnie już samą nazwą. I tak samo przebojowa jest ich usługa. Założyciele określają ją jako swojego rodzaju winylowy butik oraz ‘the best damn record club out there’. Subskrybenci dostają co miesiąc jeden album, który Vinyl Me, Please przygotowuje z wy­branym przez nich artystą specjalnie dla klientów platformy. Do tłoczonej z tej okazji płyty dodawane są oryginalne, lecz dla niektórych niezrozumiałe i osobliwe dodatki w postaci np. koktajlowych przepisów czy ciekawych ar­tworków. Archiwum wydanych przez Vinyl Me, Please albumów odznacza się niezwykłą różnorodnością – subskrybenci otrzymywali dotychczas Lost in the Dream kapeli The War on Drugs, debiut SBTRKT, I Love You, Honybear Father John Misty czy Donuts nagrane przez J Dilla. Firma może pochwalić się 8 tysiącami subskrybentów, co udowadnia, że założyciele nie mają pro­blemu ze spieniężeniem swojego biznesu. A ja się zupełnie temu nie dziwię, ponieważ ich usługa przenosi muzyczne doświadczenia na kompletnie inny poziom.

Wiele osób myślało, że streaming internetowy zabije fizyczne nośniki mu­zyki i pozostanie jedyną formą jej konsumowania (oprócz chodzenia na kon­certy i jeżdżenia na festiwale). Kosmiczna baza dziesiątek milionów utwo­rów, którą zmieścisz do kieszeni swoich spodni w postaci smartfona, brzmi przecież przepięknie. O ile taka forma dystrybucji muzyki zdecydowanie zaczyna swoją dominację, tak czarna płyta wraca. I ma się świetnie.

tekst | Maciej Orłowski

Komentarze
Oceń artykuł