Weronika Murek: Fascynuje mnie ludzka gadanina

pisarka

Weronika Murek zadebiutowała zbiorem opowiadań „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”, który wzbudził niemałe zainteresowanie w literackim światku. W rozmowie z „HIRO” opowiada o zagadywaniu lęku przed śmiercią, dobrym okrucieństwie i podsłuchiwaniu rzeczywistości.

Francuska filozofka i eseistka, Hélène Cixous stwierdziła, że kobiety są postrzegane przez pryzmat tego, jak wyglądają w znacznie większym stopniu niż mężczyźni. Czujesz tę presję?

Rzeczywiście tak jest i myślę, że dotyczy to każdej grupy zawodowej, niekoniecznie tylko pisarek czy osób publicznych. Na przykład szykując się na galę rozdania Paszportów Polityki, nie zastanawiałam się długo nad tym, co chcę założyć, po prostu ubrałam się zachowawczo i elegancko. Stwierdziłam wtedy, że skoro i tak będę stresować się całym wydarzeniem, to byłoby dobrze, gdybym nie musiała przejmować się chociaż swoim wyglądem.

Cofnijmy się trochę w czasie. Masz 19 lat, właśnie zdałaś maturę i składasz papiery na studia. Czemu wybrałaś prawo?

Wydawało mi się, że to najrozsądniejsze studia dla humanisty, z czym teraz się nie zgadzam, ale do takiego wniosku doszłam już na uniwersytecie. To mądrość nabyta, z którą niewiele mogę zrobić, bo już nigdy nie będę miała 19 lat i szansy podjęcia innej decyzji w tej kwestii. Na szczęście wciąż mam przed sobą wybór, jaki zawód chcę wykonywać. Zresztą nie traktuję tych studiów jako kilku zmarnowanych lat. Nauczyłam się wtedy bardzo wielu przydatnych rzeczy. I nie chodzi mi wyłącznie o prawo autorskie, ale też o logikę i to nie taką opartą na równaniach, ale bardziej tę kryjącą się na przykład w konstrukcjach zdania, interpretacji.

Czyli logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy wyglądał w Twoim przypadku następująco: kończysz prawo, dostajesz się na aplikację adwokacką i pewnego dnia postanawiasz napisać książkę?

To nie było tak, że nagle wymyśliłam sobie, że zacznę pisać. Chciałam to robić od dziecka. Dopisywałam zakończenia książek, które mi się podobały. Możliwość przedłużenia historii była dla mnie czymś nieprawdopodobnie nęcącym. Sprawienie, żeby historia mogła trwać dalej, co to była za władza! Trudno powiedzieć, że ja podjęłam decyzję o napisaniu książki. Ona bardziej sama się podjęła.

Interesuje Cię, jak czytelnicy odebrali Twoją ostatnią książkę?

Bardzo, przeczytam wszystkie recenzje i opinie czytelników. To moja pierwsza książka, do pewnego stopnia eksperymentalna, więc ciekawi mnie to, w jakim stopniu ten eksperyment się powiódł. Czytelnicy weryfikują moją – w cudzysłowie – wizję tej książki.

Czy eksperyment pt. Uprawa roślin południowych metodą Miczurina się udał?

Trudno powiedzieć. Opinie są skrajne. Chciałam, żeby zbiór niósł raczej wrażenie niż konkretne przesłanie, które można sobie z niego wyabstrahować. Chodziło o wrażenie swego rodzaju obcości, niepokoju. Dobrze byłoby wywoływać ten rodzaj zdziwienia, który każe się zatrzymać i przeczytać jakieś zdanie jeszcze raz.

Twoi bohaterowie są dość marionetkowi, od psychologizacji mocno odcinasz się też w wywiadach, mówiąc, że budowanie złożonych postaci jest Ci obce. Jednak Twoje opowiadania są poniekąd idealnym materiałem do analizy freudowskiej. Mamy mnóstwo zbliżeń na konkretne przedmioty, logikę rodem z marzenia sennego. Ile w tych opowiadaniach jest z Twojego otoczenia, życia?

Z tą analizą freudowską jest trochę tak, że można jej poddać właściwie każdą scenę, w której ważne są przedmioty. Ale faktycznie – obrazy, które pomnożyłam w książce bazują na tym, co gdzieś, kiedyś widziałam. Przedszkole przedstawione w jednym z opowiadań nie jest tym, do którego chodziłam, ale jego obraz został zbudowany z wycinków wspomnień z tamtego okresu. Pamiętam szereg rekwizytów, jak np. fluorescencyjny, plastikowy jeż na ołówki.

Twój obraz przedszkola z opowiadania Organizacja snu w przedszkolu wydaje mi się do pewnego stopnia przeżyciem pokoleniowym. Rozpoznaję w nim mnóstwo elementów. Zabiegi higieniczno-zdrowotne, panie pełniące ściśle określone funkcje, jak Twoja „Spacerowa” i „Jadalna”.

Ciekawe, że to mówisz. Ostatnio zostałam zapytana à propos tego opowiadania, skąd wiem, jak wyglądało przedszkole w latach 70., więc to doświadczenie jest raczej międzypokoleniowe. To chyba trochę taki twór, w którym czas się zatrzymał, zupełnie jak PKP.

A skąd wyraźnie unoszący się nad całym zbiorem motyw śmierci?

To chyba rodzaj zagadywania lęku przed nią poprzez osadzanie śmierci w kuriozalnym sztafażu – doczepienie jej mysich uszu, wąsów czy właśnie wymyślenie historii. Za tego rodzaju obłaskawieniem lęku w wyobraźni idzie obłaskawienie go w sferze psychicznej.

Lwia część pisarzy z Twojego pokolenia skupia się na współczesności. U Ciebie czas jest rozpięty pomiędzy wsią wyjętą z początku ubiegłego wieku, jak w opowiadaniu Ołówek, siekierka, kijek, a latami 90.

Miasto, podobnie jak współczesność czy technologia, mało mnie inspirują, mimo że jestem straszną gadżeciarą. Opowiadanie, o którym wspomniałaś nie nawiązuje do konkretnego czasu, tylko do baśni o Brzydkim Kaczątku, fraza: „Jakże pięknie było na wsi! Jesień była w pełni!” to trawestacja z Andersena.

Wszystkie Twoje postaci zdają się być też dość transparentne płciowo. To, że Brzydkie Kaczątko pracujące w sklepie jest dziewczyną stanowi kwestię umowną. Czytelnik rozpoznaje płeć bohaterów właściwie tylko dzięki użyciu form rodzaju żeńskiego.

Faktycznie, właśnie w ten sposób traktuję bohaterów – jako ludzi bez cech indywidualnych, więc także i płci. Na jednym ze spotkań autorskich pewien pan wstał i powiedział, że „to wszystko jest bardzo ciekawe”, ale on miał niekiedy problem z oceną kto jest kobietą, a kto mężczyzną. Mam wrażenie, że postacie, które tworzę, to właściwie jedna postać, która rozbija się na swoje małe klony. Ten efekt mam na myśli mówiąc o kiepskiej psychologizacji. Moim bohaterom można by podmienić dymki i nie za wiele by to zmieniło, no może poza najdłuższym opowiadaniem – W tył, w dół, w lewo. Chcę, żeby konkretne zdanie zostało wypowiedziane, a to, kto to zrobi jest drugorzędne.

Póki co zawiesiłaś aplikację adwokacką. Masz zamiar iść w stronę publicystyki, jak większość współczesnych polskich pisarzy?

Nie, publicystyki na pewno nie. Niedawno zaczęłam pracować dla teatru i myślę, że jeśli chodzi o teksty o współczesności kusi mnie bardziej taka forma. Pisząc sztukę, masz możliwość skomentowania rzeczywistości, szybszego zareagowania niż w przypadku książki, napisania czegoś, co się zdezaktualizuje.

Zawsze interesowałaś się teatrem?

Nie. Teatr źle mi się kojarzył. To było miejsce, do którego chodziło się z klasą, żeby nie iść na matematykę albo fizykę. Staroświeckie, przykurzone miejsce i odrażające dekoracje, po prostu nuda. Historia z pisaniem dla teatru zaczęła się od tego, że pokazałam swoje opowiadania przyjaciółce, która zauważyła, że są oparte przede wszystkim na dialogach. Zasugerowała, żebym spróbowała napisać coś, co będzie czystym dialogiem. Napisałam wtedy jednoaktówkę, która delikatnie mówiąc nie była dobra. Pomyślałam, że może powinnam zacząć uczyć się teatru po prostu do niego chodząc. Żeby mieć dostęp do wejściówek zgłosiłam się do gazety studenckiej, dla której pisałam recenzje ze spektakli.

Nie były najlepsze, ale wiele nauczyłam się o teatrze między innymi tego, że równie ważne co tekst, jest to, co widzisz. Po tej przerwie wróciłam do pisania pod teatr i napisałam sztukę, która wygrała w Gdyni (W maju 2015 roku Weronika Murek została laureatką Gdyńskiej Nagrody Teatralnej za sztukę Feinweinblein – przyp. red.).

Nie zadam pytania rodem z gazetki szkolnej, co radziłabyś młodym adeptom sztuki pisania. Jednak chciałam zapytać czy jest coś, co zweryfikowało Twoje podejście do pisania?

Świetną sprawą są warsztaty pisarskie. Nie chodzi w nich o to, że ktoś powie ci „to jest ładne zdanie”, a ty zakreślisz je w kółeczko. Dla mnie najważniejsza była świadomość, że ktoś będzie czytał to, co napisałam i nie będą to rodzice, którym laurka zawsze się spodoba. Chodzi o rodzaj pewnej presji. Cytując klasyka ważne, by „zrobić tak, żeby nie było krytyki tylko aplauz i zadowolenie”, to znaczy dać z siebie wszystko i włożyć w tekst mnóstwo pracy. Zadie Smith napisała kiedyś, że nie ma lepszego redaktora niż pisarz siedzący z ołówkiem nad tekstem, który zamierza za chwilę przeczytać publiczności. Wtedy stajesz się najbardziej surowym krytykiem. Wychodzą wszystkie ryzykowne żarty, niezgrabne porównania, puenty, których nie jest się w stu procentach pewną, chociaż w domu wydawały się do obronienia. Presja sprawia, że człowiek staje się trochę okrutny w stosunku do tego, co napisał, ale to dobre okrucieństwo.

Skąd u Ciebie taka umiejętność oddania dialogu?

Pewnie po części z podsłuchiwania rzeczywistości. Z wyłapywania zdań, które wydają mi się kuriozalne, a przez to ciekawe. Fascynuje mnie ludzka gadanina. Coraz mniej rozmawiamy i chcemy się porozumieć, bardziej zależy nam na zagadaniu kogoś, a może najbardziej samego siebie. Idziesz np. do fryzjera i tam zawsze rozgrywa się podobny small talk, który potrafi być strasznie męczący, ale jednocześnie fascynujący. Być może cała ta gadanina jest nam potrzebna po to, żeby od czasu do czasu pomiędzy „co słychać?”, a „ładna pogoda” wymsknęło nam się coś prawdziwego i ważnego.

rozmawiała | Helena Łygas

zdjęcia | Anna Mika

Oceń artykuł