Trzy demony procentów: piwny, winny i wódczany. Jak potrafią opętać i jakie egzorcyzmy należy odprawić?

Mężczyzna leżący na chodniku

Czas kanikuły sprzyja szaleństwom naszym prywatnych demonów. Niebezpieczeństwa czają się dosłownie na każdym kroku. Najgorszy zaś jest Demon Procentów. Każdemu więc przyda się parę egzorcyzmów.

Demon Procentów objawia się w trzech pomniejszych: Piwny, Winny i Wódczany. Na co dzień to niezmiernie przyjazne czorty, akceptowane praktycznie na całym świecie. Nawet tam, gdzie jara się na legalu hasz, jednocześnie zabraniając ich kultu pod karą dotkliwej chłosty, bezpretensjonalnego ukamienowania czy srogiej irytacji samego Allaha. A przecież od tysiącleci wiadomo, że bez alkobiesów nie może odbyć się żadna poważna impreza, począwszy od urodzin, skończywszy na pogrzebie.

Szczególnie jednym towarzyszą prawie bez ustanku; owi opętani do dna butelki nazywani są alkoholikami i mają małe szanse na wypędzenie Złego z gardzieli swoich. Zazwyczaj jednak Demon Procentów okazyjnie wchodzi w nasze ciała, dokazując solidnie i zgodnie ze swoimi właściwościami. Jest nam wówczas niezmiernie miło, beztrosko, swobodnie. Kiedy nas opuszcza, pozostaje po nim smutek i spustoszona wątroba; pojawia się stan przygnębienia zwany z kolei kacem. Tak więc z Demonem Procentów da radę żyć pod warunkiem regularnych egzorcyzmów prohibicji. W przeciwnym razie może wejść na stałe, duszyczkę przekręcić i rozgościć się do rychłego końca opętanego delikwenta.

Niestety, wakacje wyjątkowo sprzyjają aktywności Piwnego, Winnego i Wódczanego. Udowodnili wielokrotnie, że jak mus, potrafią wykazać się zaskakującą kreatywnością, niby niewinnie się przyczajają, tworząc sugestywnie pozory epickiej zabawy, wszystko jest dla ludzi, głoszą ustami zdeklarowanych alkolubów, aby ostatecznie docisnąć tak, że nawet ucieczka do Rygi nie pomoże. Jak Polska długa i szeroka, Piwny, Winny i Wódczany, nieposkromione przez pozarządowe organizacje do zwalczania problemów procentowych, ciągną tam, gdzie coś się dzieje. Umilają godziny odpoczynku strudzonym pątnikom w drodze do Częstochowy.

Prowadzą na manowce traktorzystów po całym dniu sieczki żniwnej. Towarzyszą wiernie posłom i senatorom podczas przerwy w debatowaniu nad rozwojem gospodarczym i kulturowym Rzeczpospolitej. Czując zapach ledwo co rozpalonego grilla, lądują na stole pod postacią niezbędnej popitki. Nie dzielą ludzi na lepszych czy gorszych, nie podniecają się gwarem miasta i ciszą wsi, nie wiedzą, co to czas spać albo po pijaku się nie jeździ. Elastyczni w zaspakajaniu pragnień, przemienią się w każdy rodzaj ukojenia.

Ktoś powie: no i co z tego? Wiadomo, że tak było, jest i będzie. Nie unikniemy tego. Warto jednak poznać demony bliżej. Ich lajfstajl. Ich niebezpieczne właściwości, przed którymi możesz się chronić i uczynić swoje wakacje udanymi, tzn. częściej zobaczysz morze, rzadko zaś muszlę klozetową. Zamienisz się w chojraka, po prostu dasz radę podczas tych wszystkich posiedzeń do czwartej nad ranem. Wbrew pozorom, najbardziej niebezpieczny jest Piwny. Może dlatego, że nie powala od razu. Sprawia wrażenie boksera wagi muszej.

Popierany żarliwymi reklamami browarów, wydaje się ujarzmiony, taki nasz, żaden tam charczący bies, raczej przyjaźnie merdający pies. Przyjaciel fanów sportu, muzyki, grilla. Wszedł nawet w żargon rolniczy pod postacią ogródków piwnych. Ogródków! Prawda, że brzmi to lekko, rekreacyjnie? Piwny opętuje niewinnie, ot, jeszcze jedno piwko i jeszcze jedno. Nieoczekiwanie siada ci libido. W pewnym momencie nie wiesz, jak się nazywasz i gdzie jesteś. Pęka ci pęcherz i zamiast na plaży leżysz na oddziale intensywnej terapii. Winny jest winny najstraszliwszym kacom na świecie.

Poparty nawiązaniem do antycznych bachanaliów, odgrywa rolę kogoś szlachetnego. Mecenasa rozmów na poziomie. To on rozwiązuje języki największym milczkom. Buduje oryginalne frazy oraz zdania podrzędnie złożone w ustach ostatnich prostaczków. Urozmaica wieczerze, choćby i te ostatnie. Ma klasę i wrodzoną kulturkę. Co z tego, skoro opętani przez niego czują, że ich głowy nie należą już do nich! Żyć się im odechciewa. Dreszcz ciało przeszywa, a najbardziej romantyczna kolacja przy marinie należy do antyku. Winnemu nie można ufać, wierząc w jego zapewnienia o najlepszym smaku, więc hulaj przełyku! Uchronić cię może jedynie skromność. I wysoka cena za 0,75 l.

Pora na Wódczanego. Mówią, że opętuje bez reszty. Jakbyś zapłacił więcej, a sprzedawca zignorował bezczelnie różnicę między wartością banknotu a sumą ci należną. Bo taki właśnie jest Wódczany, demon totalny. Podobno okiełznany w różnych przekąskowniach. Śledzikiem i tatarem przekabacony. Bez różnicy rozmakowuje się w mężczyznach i kobietach. Tym pierwszym dodaje odwagi, wigoru i siły; łamiąc sobie zęby o kant stołu, w ogóle tego nie czują. Tym drugim rozmiększa serca. I dalsze, strategiczne dla tych pierwszych części ciała. Wbrew temu Wódczany niekoniecznie zalicza się do ambasadorów miłości. Kocha destrukcję, obiecując na początku witalność Supermena. Niemożliwe czyni możliwym, dlatego nie dziwią informacje o opętanych przez niego śmiałkach, którzy mierzyli się bez sukcesu z przepłynięciem kraulem Zatoki Gdańskiej czy nocną wyprawą na szczyt Giewontu bez latarki i na boso. Czy z powyższej analizy wpływu demonów wynika smutny wniosek, że najlepiej ich unikać, wybierając piekło abstynencji? Grillowaną kiełbasę popijać soczkiem bez cukru? Pizzę oranżadą? Galaretę setą… wody? Że nie wiadomo jakbyś uważał, alkobiesy i tak zamieszają i swoje odbiorą. A te całe egzorcyzmy mają wartość zużytej rolki papieru toaletowego.

Jako ten, co z Demonem Procentów za pan brat chodzi, sztamę wielokrotnie przeb(p)ija z każdym z jego objawień, cierpiąc dzielnie za co najmniej połowę generacji, by ominął ją gniew alkobiesów, stwierdzam autorytatywnie: nie lękajcie się. Miejcie świadomość czyhających niebezpieczeństw, lecz hardo mierzcie się z Piwnym, Winnym, Wódczanym.

Na Riwierze, w all inclusive, na murku, bez znaczenia, siłujcie się z nimi. Pod jednym warunkiem. Zaraz z końcem wakacji obowiązkowa przerwa. Inaczej – stanie się jak powyżej. To nie misie przytulanki. Uśmiech hipstera. To groźne alkobiesy, co zawsze wyciągają łapska po zapłatę za rausz, którym cię obdarowują. A w rzeczywistości sprzedają po spekulacyjnej cenie mordęgi. OK, czas dać się opętać na parę godzin Winnemu. Witajcie wakacje i nasze demoniątka!

Tekst: Dawid Kornaga

Komentarze
Trzy demony procentów: piwny, winny i wódczany. Jak potrafią opętać i jakie egzorcyzmy należy odprawić?
Oceń artykuł