Tomasz Armada: Moje ubrania to nie żadne „kreacje”, tylko szmaty

Osoba z sukienką naciągnięta na głowe, dwóch mężczyzn

Tomasz Armada to projektant mody, absolwent Łódzkiej ASP, a także dyrektor kreatywny Domu Mody Limanka. Z Tomaszem rozmawiamy o pracy nad nową kolekcją i emocjach z tym związanych, tłumaczy, co go wkurza w polskim świecie mody i jakie ma do niego podejście.

Łódź – miasto niekoniecznie okryte dobrą sławą. Mieszkasz tam od 4 lat, często podkreślasz swoją łódzkość czy polskość, szczególnie w swoich pracach. Jak mentalność łodzian, specyficzna atmosfera tego miasta wpływa na Ciebie i na Twoją twórczość?

Gdy przyszedłem na ASP w Łodzi, trafiłem na galę dyplomową. Dopiero po czwartym pokazie skumałem, że to, co widziałem, miało różnych autorów. Na wybiegu dominowała dzianina, szarzyzna, minimalizm, ewentualnie asymetria. Uderzyło mnie to, że większość robiła projekty inspirowane czymś dla siebie obcym, na przykład architekturą skandynawską – jestem pewien, że 99% z nich nigdy tam nie było. Wtedy zrozumiałem, że nie mogę się dać tej szkole tak łatwo. Staram się być autentyczny w tym, co robię i wybieram tematy, które są mi bliskie. A to, że mieszkam w Łodzi, spowodowało taki, a nie inny kierunek działań. W tym mieście bardziej niż w innych można uchwycić rzeczywistość, zrozumieć, w jakim kraju żyjemy. Polska chodzi na zakupy na Rynku Bałuckim w Łodzi, mieszka w przysłowiowym Iwasiowie Dolnym, a nie w centrum dużych miast. To jest prawdziwe życie, bieda i problemy, a nie hasztagi #wegatrianska pizza z biedronki, #pusty portfel prekariuszki.

Pracujesz nad nową kolekcją, czy wiesz już, co będzie jej myślą przewodnią?

Kolekcja będzie o pewnym wyobcowaniu, które czuję. Gdy przyjeżdżam do Warszawy, czuję się często, jakbym był brany za łódzkiego dzikusa, który mieszka gdzieś w meblościance zostawionej koło śmietnika i ubrał się w kontenerze PCK. Gdy jestem w Łodzi też ciężko przebić się przez ludzkie uprzedzenia. Najbardziej interesuje mnie motyw wyimaginowanego uchodźcy – moja przyjaciółka Alex Freiheit zaproponowała określenie „tutejszego nietutejszego”, za którego Łodzianie wielokrotnie biorą mnie czy moich przyjaciół z D.M.L. Gdy robiliśmy zdjęcia poprzedniej kolekcji po Łodzi, podbijali do nas lokalsi i stwierdzili, że wyglądamy lepiej niż Polacy. Kiedyś ktoś krzyczał do mnie na ulicy „Uchodźca”. Często pytano nas, czy pochodzimy z Ukrainy, Tadżykistanu, Kirgistanu, Uzbekistanu. Raz w życiu, dostałem nawet w twarz, w Gdyni, za to, że jestem Ukraińcem i przyjechałem na wakacje, zamiast bronić kraju… W jednym z najbardziej zapyziałych lumpexów w Łodzi znalazłem 3 sadżadże, które sprzedawca reklamował jako terrorystyczne dywaniki łazienkowe. Innym razem podczas maratonu tanich odzieży, w których czasami mam zaszczyt brać udział z Hanką Podrazą, w ciągu 10 minut odnaleźliśmy 3 zasłony muzułmańskie z Indonezji.

Polacy są naprawdę niejednolitą grupą i potrafią być dla siebie egzotyczni. Wystarczy wpisać sobie na YouTube zabawy weselne. To, co tam się dzieje, przebija rozwiązłością zabawy przedstawicieli undergroundu i homolobby. Chciałbym w tej kolekcji połączyć wszystkie te motywy. Myślałem o tym, że powinienem zrobić dwa pokazy – jeden coś w rodzaju spaceru po całej Łodzi, żeby ludzie mogli zobaczyć paradę tych swoich „uchodźców”, których tak naprawdę nigdy nie widzieli i nigdy pewnie nie zobaczą, ale mają na jego temat totalną schizę. Drugi pokaz zrobię w Warszawie.

Twoje dotychczasowe kolekcje wychodzą naprzeciw modzie dyktowanej przez Zachód. Są swoistą alternatywą dla mainstreamu. Jaskrawe, kontrastujące ze sobą specyficzne tkaniny, bogate w geometryczne wzory są dla Ciebie bardzo charakterystyczne. Czy tym razem również zmierzasz w tym kierunku?

Zastanawiam się nad podjęciem próby zbadania granicy – gdzie kończy się to normalne ubranie, a gdzie zaczyna to, co, ludzie nazywają – dziwactwem czy w najgorszym wypadku awangardą. Ciągle zbieram materiały stanowiące namiastkę łódzkości i jej folkloru. Udało mi się przechwycić kilka belek tkanin z upadłych fabryk łódzkich. W tej kolekcji pójdę o krok dalej z kontrastami, jaskrawością, ilością różnorodnych wzorów. Będzie jeszcze więcej przerysowania, patchworków, bo chcę pokazać, że Polska- to jest dopiero egzotyczny kraj. Szczerze mówiąc, ciężko mi powiedzieć gdzie, kończy się tamta kolekcja, gdzie zaczyna nowa, a może właśnie szyję coś, co pokażę za rok? Myślę o koncepcji kolekcji nieustającej. Proces pracy i tak pokazuje ciągle na moim Instagramie.

Ubrania wykonane przez siebie często nazywasz szmatami. Jest to dla Ciebie zwykłe określenie ubrań czy kryje się za tym pejoratywnym określeniem coś więcej? Jaki jest twój stosunek do ubrań?

Kocham słowo szmaty. W szkole raz zostałem zganiony za to, że mówię o swoich ubraniach ciuchy, a nie kreacje. Dla mnie to są naprawdę szmaty. Szyję z tego, co kupiłem w lumpexie, z foliówek, poliestrów, w których się nie da chodzić, ścinków, materiałów, które pod wpływem prasowania zwężają się o 40%, więc nie będę mydlić oczu ludziom i mówić im, że są to KREACJE. Pracowałem kiedyś trochę w tzw. Branży Mody w Polsce, która tak naprawdę nie istnieje, i widziałem to, jak się oszukuje ludzi, kupując rzeczy z chińczyka za 2 złote, nadrukowując coś, lub doszywając coś do nich i wmawiając potem, że to autorska moda. Studenci korzystają z pokrzywionych wykrojów burdy i mają przyklask wykładowców. Ja nie będę nikogo oszukiwał. Pisze jasno co, z czego zrobiłem. Oczywiście zdarza mi się też szyć rzeczy dla ludzi, z normalnych materiałów i teraz będę robić to częściej, ale szmaty dalej będą najważniejsze.

Twój ostatni pokaz podczas gali dyplomowej Łódzkiej ASP ze względów politycznych nie przebiegł wedle Twojego scenariusza. Mimo problemów wybrnąłeś z tej sytuacji śpiewająco, czy jesteś finalnie zadowolony z efektu?

Było to dla mnie przykre, że szkoła, w której tyle się nauczyłem, która wybrała mój dyplom jako jeden z lepszych – nie pozwoliła mi wziąć odpowiedzialności za siebie i za to, co robię. Zostałem, krótko mówiąc, upupiony. Wszystko rozeszło się o kawałek Siksy Poliestrowe ścierwo, do którego nagrał muzykę ÜSEØYOTⒶ. Utwór został przyrównany do skandalu sprzed lat, gdy studentka wypuściła na hali ptaki, które następnie spaliły się w klimatyzacji… To jak mnie potraktowano, to był absurd. Proponowałem ocenzurowanie przekleństw, ale to i tak nic nie dawało, tak jak mówisz, chodziło o wymiar polityczny tego tekstu… Z tego powodu ostatecznie zdecydowałem się puścić piosenkę od tyłu. Oprócz tego uzupełniłem stylizacje swoich modeli o zaklejenie ust taśmą i prosiłem ich o różnego rodzaju akrobacje, aby trochę odczerstwić to wydarzenie. Mówiłem im przed pokazem, pamiętajcie, przyjechaliśmy tu ze wsi, panie organizatorki mówią, że nie umiemy się zachować. Pokażcie, jak się teraz chodzi w pokazach. Śmiechom i oklaskom nie było końca, dostałem nawet wyróżnienie rektora, ale to przykre, że musiałem zrobić coś totalnie niezrozumiałego i bezsensownego, żeby społeczność ASP to łyknęła. Mimo wszystko efekt ostateczny był ciekawy, bo na wybiegu nie poznawałem przyjaciół – w otoczeniu wizualizacji wyglądali jak z zawirusowanej, polskiej edycji Simsów.

Razem z przyjaciółmi założyliście kolektyw Dom Mody Limanka, powiedz coś więcej na ten temat.

Po moim pierwszym pokazie w życiu siedzieliśmy razem z moimi przyjaciółmi pod moją zapyziałą kamienicą na hardkorowej ulicy Limanowskiego potocznie zwanej Limanką. Wtedy to właśnie wymyśliliśmy, że chcemy robić razem ubrania i to dlatego zaproponowałem nazwę Dom Mody Limanka, (Limanka – niegdyś to był największy bastion kibiców w Polsce, a teraz zostały po nich tylko chyba graffiti. Chłopaki wyjechali za granicę do pracy. Czasami słyszy się o tym, że dresy opanowały miejscowy basen i straż miejska nie może go przechwycić, no ale to tylko pojedyncze przypadki.

W 2016 roku po wakacjach do Łodzi wprowadzili się Kacperszalecki, Sasa i Coco. Mieszkając razem, robiliśmy różne rzeczy, współpracując z Hanką Podrazą, Dominiką Ciemięgą, Agą Murak. Okazało się, że nazwa przyjęła się do wszelkich naszych działań. Staliśmy się galerią w mieszkaniu, zrobiliśmy kilka wystaw, organizowaliśmy różne akcje poza domem, na przykłąd lumpex ze sztuką, andrzejki, podczas których Hanka Podraza, znana ikona mody i genialna kostiumografka, zmieniała mentalność odzieżową ludzi i przepowiadała im przyszłość z ich kont na Instagramie. Nasze wydarzenia w Łodzi cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Robiliśmy też rzeczy, na których w ogóle się nie znamy, byliśmy DJami, aktorami. A ostatnim naszym wspólnym projektem jest teledysk Drogie ciuchy dla Belli Ćwir, do którego zaprosiłem także operatora Jakuba Dylewskiego oraz choreografkę Bożnę Wydrowską. Ludzie ciągle piszą do nas z bardzo dziwnymi propozycjami, a 2018 rok zapowiada się jeszcze grubiej.

Wasz styl może wzbudzać kontrowersję. Umówmy się, nie żyjemy w przesadnie tolerancyjnym kraju – jakie emocje wzbudzacie na ulicach?

Ja myślę, że ubieram się normalnie. Wybieram to, w czym się dobrze czuję. Kocham ubrania z lumpeksów, bo to zupełnie inna jakość niż to, co serwuje nam współczesny przemysł, to tkaniny nie do zdarcia, niepowtarzalne rzeczy, uszyte z dbałością o najmniejszy szczegół.

Nie będę kupować ubrań w sieciówkach. Przez nie umierają ludzie – w Bangladeszu czy Somalii, zapadają się na nich zakłady pracy, brodzą w basenach toksycznych chemikaliów, od których wypadają im włosy i dostają raka. Dla mnie to jest chore i dziwne – ubieranie się u złych korporacji, w łachmany, które się rozpadają po drugim praniu. Te ściery są toksyczne dla naszego zdrowia i środowiska. Bawełniane t-shirty spowodowały zmiany klimatyczne w obszarze Morza Aralskiego i prawie całkowity zanik tego zbiornika. H&M zmienia słodkie życiodajne rzeki w Azji na rzeki toksycznych ścieków, które powodują poparzenia w razie kontaktu z ludzką skórą. Na Ukrainie, w Anglii czy Norwegii na nikim nie robi żadnego wrażenia to, jak się ubieramy. Natomiast w Polsce bywa różnie. Najbardziej zaskakujące są reakcje pań z pobliskich dla naszego domu sklepów – one po prostu mają karuzelę śmiechu. Nie są w stanie wypełniać swoich obowiązków zawodowych, uciekają na zaplecze, wołają siebie przez cały sklep, klękają, chowając się za ladą… W sumie to śmieszne, bo możliwe, że nasze pojawienie się w żabce jest ich najciekawszym momentem dnia. Czasami zdarza się, że inni biorą nas za ludzi niespełna rozumu, ufo, czorty. Pamiętam, gdy raz wyszedłem na główną i w powszechnej opinii najbardziej cywilizowaną ulicę w Łodzi – Piotrkowską i byłem ubrany w czarny golf, pomarańczowe dresy z napisem point, które dostałem od Hanki, do tego miałem czarny płaszcz i buty podróbki newrocków, w których chodziłem ciągle przez dwa lata. Ludzie na Piotrkowskiej nie rozumieli mojej stylizacji, całe rodziny z dziećmi szalały – śmiały się, dogadywały. Pytali mnie, czy uciekłem z cyrku, krzyczeli za mną Harry Potter, Matrix. Pomyśleć, że to tylko i aż ubrania. Na Limance nikt nie zwrócił na mnie uwagi…

Co jest dla Ciebie obciachem?

Ściema. Szczytem obciachu w modzie jest dla mnie MISBHV. Nie odmawiam założycielce tej marki bycia świetną bizneswoman, ale designu nie widzę w tych szmatkach za grosz. To tak jakby wziąć Vetements pozbawić go margielowskiego sznytu Gvasalii, śmieszkowania Volkovej i sprzedać za adekwatnie niższą cenę. Rozumiem, że chodzi o trzepanie hajsu, ale dla mnie to turbowieśniactwo, że marka aspirująca do miana progresywnej, designerskiej kopiuje 1 do 1, od brandów, które rzeczywiście kreują trendy, jak Vetements, Nasir Mazah, czy KTZ, przykłady mógłbym wymieniać i przez 40 minut. Nie rozumiem pozytywnego odbioru tej inicjatywy u ludzi, którzy rzeczywiście znają się na modzie, są progresywni, chodzą na pokazy. Ta moda jest zawsze o krok do tyłu, a udaje kreatywną. Rozumiem, że to marketing, że trzeba znaleźć dla siebie ciekawy hasztag, ale błagam.

Progresywna jest na przykład Bella Ćwir i ludzie, którzy tworzą ten projekt. Myślę, że założycielka (moim zdaniem) najbardziej obciachowej polskiej marki ma lekko zaburzone struktury ego, twierdząc w wywiadach, że jest rewolucjonistką, że dzięki jej ubraniom pokazujesz swój dystans. Moim zdaniem jej ubrania wybierają głównie pospinani pozerzy lub gimnazjaliści, którzy chcą się podpiąć pod hasztag postsoviet, a nie stać ich na Vetements, albo nie mają czasu lub brzydzą się iść do lumpexu, bo też znam takie przypadki.

Jakie ma marzenia zawodowe Tomasz Armada?

Jestem w szoku, bo wiele moich marzeń się już udało zrealizować, a nawet nie zacząłem się rozkręcać. Do tej pory zrobiłem, powiedzmy, że dwie autorskie kolekcje. Pierwszą – ciężko to nazwać kolekcją były to pozszywane ze sobą ścierki, druga też była totalną partyzantką odzieżową. Tak naprawdę to w tych projektach stawiałem pierwsze kroki w szyciu i robiłem na maszynach rzeczy, które nie śniły się w najgorszych koszmarach prawdziwym krawcowym. Dostaję ciągle jakieś propozycje współpracy, pokazów, projektów, wystaw, ciągle ktoś chce wypożyczać moje ubrania, coraz częściej kupować. Trochę bawi mnie, gdy ludzie myślą, że jestem jakąś firmą. W przyszłości chciałbym nią zostać.

Udało mi się właśnie spełnić moje marzenie, pracowałem nad kolekcją dla UEG. Zawsze chciałem też spróbować swoich sił w kostiumie teatralnym z prawdziwego zdarzenia, o którym nie mam pojęcia i będę mieć okazję w tym roku. Moim marzeniem jest to, abym dalej mógł realizować najgłupsze pomysły, jakie padają rano przy śniadaniu w moim Domu Mody. Marzę tylko o takim poziomie wolności, który pozwalałby mi dalej robić to, czego nawet jeszcze nie zacząłem, bez życia w jakiejś strasznej biedzie. Mam tysiące szkiców, niezliczoną ilość pomysłów, które czekają na realizacje.

Rozmawiała: Dominika Kowalewska

Zdjęcia: KacperSzalecki

Komentarze
Tomasz Armada: Moje ubrania to nie żadne „kreacje”, tylko szmaty
5 (100%) 1