The Black Hearts – nowy odcień muzyki gitarowej

tbh

Z chłopakami spotykam się w środowy wieczór w Parking Barze, wszyscy są w wyśmienitych nastrojach, ponieważ właśnie odbywa premiera teledysku do ich numeru ‚My own devil’.

– Jakie tematy poruszacie w swoich utworach?

Łukasz: Jeśli chodzi o stary materiał, głównie były to teksty oscylujące wokół miłości czy przyjaźni. Z kolei singiel, do którego powstał najnowszy teledysk, mówi o pasji, dążeniu do celów. Inspirowałem się słowami Oscara Wilde’a „we are each other our own devils and we make this world our own hell”. Uogólniając można powiedzieć, że nasze teksty kręcą się wokół szeroko pojętego człowieczeństwa.

Alex: Dużo jest też tematów wziętych z naszego życia jak walka ze słabościami, z wewnętrznymi demonami. Powiedzmy sobie szczerze – ile można pisać o miłości? Szczęśliwej czy nie.

Jesteście stosunkowo młodym składem, powstaliście w 2012 roku. Jak od tego czasu zmieniła się scena core’owa w Polsce, widzicie zmiany na plus czy bardziej na minus?

Łukasz: Jesteśmy trochę poza tą sceną, mimo to możemy powiedzieć, że się zmieniła. Fajne jest to, że firmy zewnętrzne chcą się zaprzyjaźniać z takimi alternatywnymi zespołami, mamy od nich wsparcie. To już nie jest totalne podziemie, na koncerty nie przychodzi już garstka małolatów. Robi się to coraz bardziej profesjonalne, chociaż nie jest to jeszcze na tym etapie, na jakim byśmy chcieli.

Alex: Nie chcemy też ograniczać się tylko do sceny core’owej, która jest w Warszawie niestety dość hermetyczna. Oczywiście pojawiają się nowe twarze, nowi ludzie tak samo na scenie jak i pod nią, jednak nadal jest to towarzystwo raczej zamknięte. Nie izolujemy się od nich, natomiast zdecydowanie jesteśmy bardziej otwarci na wszelkiego rodzaju festiwale, różne sceny koncertowe, na inną publikę po prostu.

– Czy dobrze grało Wam się na festiwalu MetalFest?

Super, był to dla nas pierwszy tak duży plenerowy koncert. Móc zagrać dla szerokiego grona publiczności to naprawdę niesamowita sprawa, zresztą samo dzielenie sceny z takimi zespołami jak Red Fang było dla nas nobilitacją. Wszyscy tam byli miłośnikami szeroko pojętego metalu, więc wspominamy gig bardzo dobrze.

 

– Jakie jest Wasze największe muzyczne marzenia, z kim chcielibyście zagrać ?

Paweł: Największym marzeniem jest hajs (śmiech)! A tak serio, to oczywiście fajnie byłoby, żeby to się kręciło, żeby grać cały czas i móc się z tego grania utrzymać, bo jeden koncert to jednorazowy strzał, stać nas jednak na więcej.

Alex: Dla mnie takim marzeniem byłoby zagrać jako headliner na czołowych europejskich festiwalach typu Download czy Hellfest. Albo dojście do takiego momentu w karierze, w jakim jest np. Behemoth. Staramy się zawsze podnosić sobie poprzeczkę.

-Jak wspominacie granie przed Machine Head w Progresji?

Paweł: Chodzi Ci o to jak było czy jak nam się grało? Bo było super, ale grało nam się słabo (śmiech)

Łukasz: Mi grało się bardzo dobrze, niesamowita energia od prawie dwóch tysięcy ludzi. Fajnie było mieć tyle osób przed sobą i dotrzeć do nowych odbiorców.

Alex: Reakcja była bardzo pozytywna, ludzie świetnie się bawili, wiadomo że nie aż tak jak na gwieździe wieczoru, ale zdecydowanie dobrze nas przyjęli. Nie rzucali w nas frytkami czy butelkami, więc spoko.

– Jak odnosicie się do hejterskich opinii, że gracie za bardzo popowo?

Paweł: Nie odnosimy się do tego.

Alex: Odnosimy się bardzo dobrze, jaramy się łamaniem pewnych kanonów, zwłaszcza że jesteśmy w kraju gdzie jest wielu zatwardziałych fanów metalu, tak zwanych kuc- metali (śmiech). Są wytrąceni z równowagi, bo słyszą ciężkie rytmy a po chwili delikatny, melodyjny wokal, więc zaczynają o tym mówić i to zwraca ich uwagę. Mózgi eksplodują i to nam chodzi.

– Czym i kim się inspirujecie?

Alex: Tego jest naprawdę masa, poczynając od Black Sabbath po The Cure. Kiedyś zajarałem się też trash metalem, później były klimaty typu post-hardcore. Teraz siedzę trochę bardziej w stoner i doom metalu.

Misza: Pierwsza mocna płyta to był prezent od ojca – płyta Erica Claptona i jego zespołu Cream. Oczywiście gdzieś tam również klasyka typu Black Sabbath czy Led Zeppelin. Ale i nu-metal, jak na przykład Disturbed.

Paweł: U mnie było wszystko, co typowo gitarowe, tak samo klasyka jak Guns’n’Roses, ale i Metallica. W danym roku podobało mi się jedno, w następnym coś zupełnie innego, ogólnie, do dzisiaj nie ma to dla mnie znaczenia czy jest to muzyka ciężka czy lekka.

Łukasz: U mnie tak samo był to miks wszystkiego, od nowych rzeczy, poprzez wracanie do starszych. Na pewno The Cure wywarło na mnie jakiś wpływ, z popowych wykonawców Michael Jackson, z dziwnych klimatów zespół Refused, z cięższych Hatebreed. Ogólnie tak samo słucham jazzu czy bluesa.

– Do kogo kierujecie swoją muzykę?

– Do wszystkich. Chcemy docierać do jak najszerszej rzeszy odbiorców, nie ograniczamy się. Jesteśmy trochę dyskredytowani na scenie, nazwijmy to metalowej, ale też nie chcemy się do niej ograniczać. Nie musimy podobać się wszystkim, ale na tym właśnie polega piękno muzyki, że jest cała paleta barw i każdy tworzy własne odcienie. Jak to mówią, jeden lubi kiełbasę a inny jak mu skarpety śmierdzą (śmiech). W dużym skrócie, kierujemy swoją muzykę do odbiorców lubiących gitarowe brzmienia i mających otwarte umysły.

 

rozmawiała i sfotografowała Katarzyna Choromańska

Komentarze
The Black Hearts – nowy odcień muzyki gitarowej
Oceń artykuł