Sztuka upadania: rozmawiamy z freestylowym snowboardzistą

Nie ma trenera, ale chce stać się Małyszem snowboardu. Poprzez tę dyscyplinę wyraża samego siebie. O miłości do adrenaliny rozmawiamy z utytułowanymi i spragnionym dalszych sukcesów snowboardzistą freestylowym Wojtkiem „Gniazdem”  Pawlusiakiem.

Pisarz Samuel Beckett powiedział: „Każdy próbuje. Każdemu zdarza się upaść. Nieważne. Spróbuj raz jeszcze. Upadnij ponownie. Upadnij lepiej”. Podpisujesz się pod tymi słowami?
Myślę, że tak, bo upadanie to w pewnym sensie sztuka. Profesjonalni sportowcy uczą się dobrze upadać i kiedy upadną dziesięć razy na pupę, to za jedenastym nie powinno się to już powtórzyć. W snowboardzie, tak jak w każdym innym sporcie ekstremalnym, można się tego nauczyć, chociaż wszystkiego przewidzieć się nie da.

Co wtedy?
Trzeba zacisnąć zęby i zrobić to, co należy. Albo jedziesz do lekarza na prześwietlenie, albo
czujesz, że wszystko jest w porządku. Gdy upadnę, to po prostu wiem, w jakiej znajduję się sytuacji. Negatywnie wspominam każdy upadek, bo każda kontuzja uniemożliwia mi jeżdżenie na snowboardzie. A w takich chwilach czegoś mi w życiu brakuje.

Snowboard freestylowy, wbrew nazwie, to nie pełen freestyle.
To prawda. Każdy trick musi być wyuczony. Mam kilka ulubionych. Na pewno należy do nich „fifty fifty”. To najprostszy i chyba najczęściej wykonywany z nich wszystkich. Za każdym razem, gdy zaczynam swój udział w zawodach, zawsze otwieram je właśnie tym trickiem. Jest w miarę bezpieczny i może dużo powiedzieć o miejscu, w którym się jeździ.

A jakiego tricku nie lubisz?
Każdy ma takie, które wychodzą mu lepiej bądź gorzej. Przykładowo Frontside Hardway 270 lepiej robię na tak zwany „switch”, czyli na drugą nogę, a nie na tą, którą jeżdżę zwykle. Niesamowitą trudność sprawia mi zrobienie go na prawej nodze.

Spodziewasz się rewolucji w trickach?
Snowboarding to sport, który bardzo szybko ewoluuje. Niewielu raiderów robi tricki techniczne, wolą być kreatywni. Każdego roku pojawiają się nowe osobistości, prezentujące innowacyjne sztuczki. Nie zmienia to faktu, że chyba powoli możliwości się wyczerpują.

Dlaczego wybrałeś właśnie ten sport?
Zawsze interesowałem się sportami deskowymi. Od dwunastego roku życia jeździłem na deskorolce. Równolegle skakałem też na nartach, ale najbardziej ciągnęło mnie do deski. W pewnym momencie stwierdziłem, że skoki narciarskie nie są tym, co chcę w życiu robić. Wynika to ich małej kreatywności. Tymczasem poprzez snowboarding mogę wyrazić samego siebie.

Nie żałujesz, że nie zostałeś drugim Małyszem?
Nie będę co prawda skakał daleko, ale myślę, że nim zostanę. Staram się pchać polski snowboarding na arenę międzynarodową. Dzięki temu, że jeżdżę na zawody po świecie, ludzie wiedzą, że snowboard jest u nas uprawiany. Gdy zapyta się obcokrajowców, kto to jest Adam Małysz, większość z nich zna odpowiedź. Staram się doprowadzić do sytuacji, że podobnie będzie ze mną. Zrealizowałem już jedno moje marzenie. Od dwóch sezonów nagrywamy filmiki z grupą IsenSeven. W tym roku udało mi się nagrać ostatni part w filmie i jest to jedno z moich największych osiągnięć. Chciałbym także znaleźć się kiedyś na okładce europejskiego lub światowego magazynu. Żeby tak się stało, trzeba pracować z odpowiednim fotografem, a takich nie ma zbyt wielu. Niedawno zachwycił mnie fotograf robiący zdjęcia techniką mokrej płyty. Ważną rolę odgrywa też znalezienie odpowiedniego miejsca, które ma coś w sobie. Do tego dochodzi samo wykonanie tricku. Jak widać, kilka czynników musi połączyć się w całość. Poza tym chciałbym wreszcie spędzić porządny sezon w górach. Kocham jeździć w puchu, a nie mam ku temu możliwości. Zawsze mijam się z odpowiednimi warunkami. Tymczasem czułbym się spełniony, gdybym mógł nagrać part zawierający i street, i jazdę w wysokich górach.

Jak wyglądają twoje treningi?
Ostatnio zacząłem robić dużo stabilizacji. Chodzi o wykonywanie ćwiczeń na ruchomej powierzchni. Oprócz tego, że mięsień wykonuje ruch, np. przy pompkach czy przysiadach, podkłada się różne piłki lub krążki. Taka ruchoma powierzchnia lepiej wpływa na stabilizację wiązadeł. Równocześnie zaczynają pracować mięśnie głębokie, co ma wpływ na to, jak później wygląda moja jazda. Kiedy organizm współgra ze sobą, przekłada się to na lepsze rezultaty.

A trener?
Niestety, nie posiadam go. Sam jestem swoim trenerem. Co jakiś czas jeżdżę do Red Bull Diagnostic Training Center. Różni specjaliści przeprowadzają tam testy sprawnościowe, siłowe i całego organizmu, a potem ustalają mi plan treningów, wraz z ich natężeniem. Stosuję go, przygotowując się do sezonu. Trener na pewno byłby dodatkową motywacją. Przygotowując się samemu, czasem jest ciężej.

Dlaczego więc go nie ma?
Bo nie jestem zrzeszony i nie potrzebuję tego. Robię to, co chcę i co sprawia mi największą radość. Wiem też, że to dla mnie dobre. Trenując z kadrą freestyle’ową Polski, wyglądałoby to inaczej.

Tekst: Michał Hernes

Komentarze
Sztuka upadania: rozmawiamy z freestylowym snowboardzistą
Oceń artykuł