Słucham smutnej muzyki, żeby się jeszcze bardziej dobić

Dziewczyna ze słuchawkami na uszach patrzy przez okno w pociągu

Razem z jesienią pojawia się niechęć do wszystkiego. Wstawanie z łóżka staje się bez sensu, wychodzenie na dwór już nie cieszy, a wytrzymanie w pracy ośmiu godzin graniczy z cudem. Pojawia się jesienna depresja, a wraz z nią obowiązkowo muzyka, która zamiast rozweselić, jeszcze bardziej smuci.

Dni stają się krótkie, a noce długie. Liście powoli spadają na ziemię i zaczynają gnić dopóki nikt ich nie posprząta z chodnika. Trawa gdzieś znika, ciepłe, słoneczne dni uciekają na kilka miesięcy, a zamiast nich pojawia się deszcz i wiatr. Kiedy za oknem robi się ponuro, rośnie w nas obojętność i niechęć do wszystkiego. Ludzie stają się aspołeczni, nic im się nie chce, a każde wyjście z domu to nie lada wyczyn. Najlepszym miejscem na świecie zostaje wtedy łóżko. Wieczory pod kocem, z ciepłą herbatą i filmami oglądanymi na laptopie stają się najciekawszym rozwiązaniem na kilka miesięcy.

Każdy przechodził przez okres kiedy wszystko wydaje się pozbawione sensu. Nie tylko wtedy, kiedy pogoda za oknem jest tak paskudna, że nie chce się budzić, a co dopiero wychodzić z łóżka. Wydaje się, że nic nam wówczas nie pomoże i już nigdy, bez przymusu, nie wyjdziemy z kryjówki, jaką stały się nasze cztery ściany. Rozpoczyna się więc wielkie poszukiwanie. Szukamy spokoju, wytchnienia lub czegoś czego nam brakuje. Trochę chcemy uciec od codzienności i wyłączyć wszystkie swoje myśli. Jak najlepiej to zrobić? Słuchając muzyki. A jakiej? Koniecznie smutnej, żeby jeszcze bardziej się dobić i dojść do tego, że wszystko jest bez sensu. Czemu to robimy? Paradoksalnie po to, aby poczuć się lepiej.

Podobno nie jesteśmy masochistami. Podobno. Jak więc wytłumaczyć to, że kiedy jesteśmy zdołowani, słuchamy w kółko przygnębiających piosenek? Przede wszystkim robimy to po to, aby się uspokoić. Smutne kawałki wytwarzają w nas wbrew pozorom pozytywne uczucia, takie jak właśnie opanowanie, które pomaga nam uporać się z negatywnymi emocjami. Dodatkowo, kiedy skupiamy się na cierpieniu innych, którym jest źle, rodzi się w nas empatia, dzięki której nie myślimy już tylko o sobie. W końcu inni mają gorzej. Tom Odell też cierpi, ale jednak tak trochę bardziej, więc zajmijmy się jego uczuciami, a nie naszymi. A jeśli mamy być smutni, to bądźmy tacy razem z nim.

Okazuje się, że uronienie łez, kiedy słuchamy smutnej muzyki, poprawia nasze samopoczucie. Według badań, po półtorej godzinie od płaczu, zaczynamy się czuć lepiej, niż przed tym zanim nasze oczy stały się czerwone i spuchnięte. Oczyszczamy w ten sposób nie tylko oczy, ale też nasze myśli.

Czy smutek może być przyjemny? Może, ale zazwyczaj wtedy, kiedy doświadczamy go przez sztukę. Dlaczego akurat przez nią? Prawdopodobnie dlatego, że mamy świadomość, iż tego rodzaju przygnębienie nie zagraża naszemu poczuciu bezpieczeństwa. Smutna muzyka stanowi swego rodzaju grupę wsparcia dla osób, które zmagają się z przygnębiającymi emocjami. Korzysta na tym każdy – artysta, który może się wyrazić, ale też i odbiorca, który może odtwarzany utwór zinterpretować, wyciągnąć z niego wnioski i odnieść go do swoich własnych doświadczeń.

Smutne piosenki leczą przygnębienie i to nie tylko raz w roku. Kiedy dopada nas jesienny dół, nie wahajmy się słuchać w kółko utworów, które rzekomo nas dobijają i nie robią nic poza tym. To dzięki słuchaniu piosenek, które z pozoru prawdopodobnie mogłyby nas wpędzić w głęboką depresję, pozbywamy się negatywnych emocji. Nie ma nic złego w celowym dokładaniu do pieca. Smutne dźwięki niosą ukojenie, a muzyka pozwala nam lepiej zrozumieć własne myśli. A co zrobić z jesienną depresją? Nic. Sama minie, tak jak i nieszczęsna jesień za oknem.

Tekst: Olga Retko

Komentarze
Słucham smutnej muzyki, żeby się jeszcze bardziej dobić
5 (100%) 7