Słoikiem być, czyli początki mieszkania w Warszawie

zdjęcie przedstawia słoiki

Mówią na mnie „Słoik”. Ku warszawskiemu grodowi pchnęła mnie chęć zdobycia wiedzy przykazywanej na jednym z tutejszych uniwersytetów. Rezyduje tu już trzecią wiosnę. Jak wyglądały moje początki? Co najbardziej mnie przerażało? Przeczytajcie o tym w mojej opowieści!

Lochy
Tak. Chodzi o te podziemne przejścia pośrodku grodu. Wchodząc w ich czeluść wypełnioną wonią przypalonego sera kładzionego na zapiekanki przez pracujących w pocie czoła kramarzy, nie spodziewałem się takiego obrotu sytuacji. Los zadrwił z mojej potrzeby szybkiego wyjścia z tych krętych korytarzy, pokazując mi tę część ciała, na której opinają się spodnie i prosząc o jej ucałowanie.

Wielokrotnie zdarzyło mi się, że wychodziłem na powierzchnię, a wraz z promieniami słońca witała mnie nie ta okolica, w której chciałem się znaleźć. Za każdym razem, wracając do podziemi, miałem już pewność, że obrałem dobrą drogę. Jak wielkie było moje rozgoryczenie, kiedy okazywało się, że tym razem też się myliłem!

W końcu zacząłem stosować się do drogowskazów, które wspaniałomyślnie umieścił jakiś dobrodziej, dla pomocy strudzonym wędrowcom, takim jak ja. Marszałkowska… Jerozolimskie… Tak, przypominam sobie zapisaną w mojej głowie mapę. Przywołuję w wyobraźni umiejscowienie tych traktów. Wychodzę na prawo punktu ich skrzyżowania. Jestem w końcu tam, gdzie chciałem być. Ufff…

na zdjęciu znajduję się wejście do tunelu w centrum Warszawy

…i smoki
Tak jak pisałem — po upływie pewnego czasu udało mi się nauczyć trudnej sztuki poruszania się po podziemiach. Mimo wszystko, do tej pory stronię od odwiedzania tego miejsca. Czai się tam bowiem coś gorszego niźli perspektywa zbłądzenia. Żyje tam ogromna ilość nieprzyjaznych nam stworzeń.

Nie są one specjalnie wielkich rozmiarów. Nie mówię, że są niepokonane. Jest ich jednak całe mrowie! Chodzą one owładnięte ni to jakąś nieznaną mi żądzą, ni to ekstatycznym otępieniem. Niektóre wpatrzone są w oświetlające ich oblicza magiczne kamienie. Ciągle czuję, jak odbijają się od moich barków, popychają mnie i zagradzają drogę.

Pojedyncze osobniki nie stanowią tak dużego zagrożenia. Najgorzej jest, jednak gdy trafi się na całą gromadę. Rozkrzyczana, prąca do przodu masa jest nie do zatrzymania. Jeśli nie zejdzie się jej z drogi i nie schowa w bezpiecznym kącie — nasz los jest przypieczętowany. Zostaniemy poturbowani, zdeptani i pozostawieni bez czci i honoru.

Wrogo nastawieni mieszkańcy
Oczywiście — nie wszyscy. Nawet nie większość. Zazwyczaj przez rdzenną ludność traktowany byłem po przyjacielsku. Udzielali rad, wskazywali drogę, mówili gdzie pójść, aby napełnić żołądek, nie opróżniając przy okazji zanadto swoich kieszeni.

Przed przyjazdem do miasta dotarły do mnie wieści o zakorzenionym gdzieś konflikcie między tubylcami a przyjezdnymi. Początkowe doświadczenia kazały mi uznać narrację ową za bujdę. Dopóty, dopóki nie zacząłem znajdować tajemniczych napisów na murach.

Czytaj również: Ile musisz zarabiać, żeby żyć w Warszawie?

Te, sporządzone  przez niezidentyfikowane persony, w sposób obelżywy dawały znać, że Słoiki niekoniecznie są tu mile widziane. No dobrze — myślę sobie — to tylko napisy. Może ktoś sobie tylko dworuje. Przecież nikt nie dybie na moje życie.

I faktycznie. Nikt zabijać Słoików nie chciał.  Za to poniżać ze względu na pochodzenie, owszem. Ileż to razy słyszałem, że nazjeżdżało się wieśniaków i psują nam rynek. Jednej damie nawet zdarzyło się w przypływie emocji wyrazić opinię brzmiącą następująco: te słoiki są takie głupie, że nawet nie rozumieją co się do nich mówi. No cóż, chyba miała racje, ponieważ, narzecze jakim posługiwała się owa mieszczka, było mi, przynajmniej w połowie, nieznane. Ja, nieuk.

Napis na murze "Słoik to kurwa"

Dom
O! I to był problem chyba najbardziej dla mnie uciążliwy!

Zważ na to, drogi czytelniku, że przyjeżdżając do warszawskiego grodu, za dużo grosza przy sobie nie posiadałem. Niestety, aby podjąć się jakiegoś zarobkowego zajęcia, nie było z początku czasu, bo był on zapełniony zdobywaniem wiedzy na uniwersytecie. Niezbędne do przeżycia pieniądze otrzymywałem od swoich rodzicieli.

Wiadomo, chciałem ich najwięcej zachować. Oszczędzić mogłem na wszystkim. Na pożywieniu, ubraniu, rozrywkach i innych zbytkach. Tylko nie na miejscu, które mogłoby stać się moim kątem. Gospodarze domów, których progi miały mnie przyjąć, żądali ode mnie sum jak na czas ów i moje możliwości — wysokich. Nie narzekam jednak. Tego akurat się spodziewałem.

Średniowieczna drewniana chata

Krótko na koniec
Co tu napisać w ramach zakończenia mojej opowieści? Mogę jedynie przekazać Wam, że pomimo tych wszystkich początkowo doznanych niedogodności, gród warszawski uznaję za naprawdę dobre miejsce do życia. Trzeba tylko odrobiny czasu, jak i cierpliwości, by wsiąknąć w tutejszą glebę.

Trywialne to i głupie, ale co mam rzec. Naprawdę mi się tu podoba.

Tekst: Krzysztof Jędrzejczyk

Komentarze
Oceń artykuł