Second-handy, vintage shopy, lumpeksy: za co je kochamy?

dwie dziewczyny czytające magazyny filmowe, jedna w żółtej marynarce, druga w czarnym swetrze, kadr ucina nogi i głowy

O tym, że moda zatacza koło, możemy się przekonać już od wielu lat. Jednak co zrobić, kiedy ubrania wystawione w centrach handlowych przestają spełniać nasze oczekiwania? Prawdziwe perełki możemy znaleźć w tzw. Vintage Shopach, które zyskują coraz większą popularność. O zaletach odzieży używanej porozmawiamy z założycielkami, instagramowego konta Second Hand Is A Trend.

Co dla Ciebie znaczy Second Hand is trend?

Ola: Kupowanie w second-handach ostatnio stało się na czasie. Czym to jest dla mnie? W sumie to pasją. Uwielbiam spacerować po lumpach, a mam też świadomość, że niektórzy nie mają oka do wypatrywania okazji lub po prostu nie mają do tego cierpliwości. Albo też potocznie mówiąc, stwierdzają, że tam śmierdzi.

Zuza: Z odzieżą z drugiej ręki jestem związana od dziecka. Moja babcia prowadziła kiedyś własny sklep odzieży używanej. Kiedyś kupowanie w SH było uznawane za wstyd. Ludzie się tego brzydzili, a w tej chwili stało się to modne. Zresztą tak, jak powiedziała Ola.

Skąd pomysł na założenie SHIT-u ?

Ola: Pomysł przyszedł naturalnie, ze względu na to, że zarówno ja, jak i Zuzia, już od dobrych paru lat ubieramy się w SH. Nasi znajomi często zwracali uwagę na nasze ubrania, komplementowali je, a czasami pytali nas, czy nie mamy czegoś na sprzedaż. Dużo ułatwia nam wspólna pasja do fotografii, dzięki której możemy zarówno wystylizować, jak i dopilnować w każdym calu, aby sesja była całkowicie w naszej estetyce.

Zuza: Zawsze chciałam prowadzić własny biznes, a że najbardziej kocham robić zdjęcia, to stwierdziłam – czemu nie połączyć przyjemnego z pożytecznym?

Skąd skrót SHIT?

Ola: Chciałyśmy, żeby nasze logo zawierało skrót od nazwy. Jednak cała nazwa jest za długa, a skrócona idealnie pasuje na metki ubrań. Potem rozkminiłyśmy, że jak z second hand is a trend wyrzucimy literę a, będzie to po prostu słowo SHIT. Tak zwana gra słów, a przy okazji modne jest ostatnio powiedzenie this shit is so good. Ludzie coraz częściej bawią się słowami, używają zapożyczeń językowych, może ktoś właśnie dzięki temu lepiej nas zapamięta.

Zuza: Wziął się od nazwy Second Hand Is (a się pozbyłyśmy) Trend. Mamy realne podejście do ubrań, kochamy je, ale to tylko przedmioty. Jednak każdy z nas ma jakąś potrzebę podążania za modą. Naszym celem jest ubieranie ludzi modnie i niedrogo.

Skoro rozmawiamy o ubraniach, jaka jest największa perełka w twojej szafie?

Ola: O matko, to może być ciężkie. Mam wiele ulubionych zdobyczy. Z takich ostatnich to długa, zwiewna lniana sukienka do kostek w kolorze beżowym. Udało mi się ją znaleźć w sklepie z odzieżą używaną w małym miasteczku w okolicy mojej działki. No i oczywiście moja ukochana à la bomberka z lat 80., wykradziona z szafy mojej mamy.

Zuza: Chyba kurtka w stylu Bohoboco, którą upolowałam za majątek, w postaci całej jednej złotówki. No i oczywiście dużo ubrań ukradzionych ze strychu jednej i drugiej babci. Swoją drogą, to ja nie mam szafy. Moje ubrania zajmują prawie całą przestrzeń mojego pokoju. No i połowę mieszkania mojego chłopaka.

Co według Ciebie jest największą zaletą kupowania odzieży używanej?

Ola: Przede wszystkim dzięki temu, ludzie w mniejszej ilości kupują ubrania w sieciówkach. Cieszy mnie, że materiały są w stałym obiegu, a coraz rzadsze staje się kupowanie czegoś, co spędzi w szafie zaledwie jeden sezon, po czym wyląduje w koszu.

Zuza: Całą magią ubrań z drugiej ręki jest samoistny recykling. Wykorzystujemy drugi raz jakiś ciuch, potem możemy go nawet przerobić, a co najlepsze, nie jest nam go nawet szkoda, bo z reguły zapłaciliśmy za niego grosze. Super jest też to uczucie, że można znaleźć coś, czego nikt inny nie ma, nie to, co w sieciówkach które i tak koniec-końców kradną pomysły od innych projektantów.

Czy uważasz, że w tym momencie na polskim rynku jest dużo vintage shopów?

Ola: Uważam, że sklepy Vintage w Polsce robią się coraz bardziej popularne i to już od paru dobrych lat. Mamy świadomość tego, że jest jakaś konkurencja, ale bądźmy szczerzy – nie ma tutaj jeszcze tego, co widziałam w Londynie.

Zuza: Tak, jest dużo vintage shopów, jak i profili na Instagramie które sprzedają po prostu używane ciuchy. Mimo to, tak jak wspominałam wcześniej, każda rzecz ze szmateksu jest na tyle unikalna, że jest naprawdę małe prawdopodobieństwo, że coś się powtórzy. Myślę, że fajny wpływ ma nasza wiarygodność. Robimy sesje prawdziwym ludziom w naszym naturalnym, warszawskim otoczeniu.

Tekst: Hania Gnatowska

Komentarze
Second-handy, vintage shopy, lumpeksy: za co je kochamy?
4.5 (90%) 2