Sandy Powell z pasją opowiada o pracy kostiumografa

Kobieta z rudymi włosami ścięta na krótko

Brytyjska kostiumolożka, trzykrotna zdobywczyni Oskara (nominacji na swoim koncie ma trzy razy tyle, co zdobytych statuetek) opowiada o ciuchach, swojej współpracy z Martinem Scorsesse, którego jest wieloletnią współpracownicą, oraz o tym, dlaczego technik Philipsa wchodził Helenie Bonham Carter pod sukienkę.

Skąd pomysł na zostanie kostiumolożką, a nie projektantką mody?

Po prostu kocham kino! Moja mama zwykła projektować ubrania dla mnie i dla mojej młodszej siostry. Dorastałam pośród maszyn do szycia, dość wcześnie nauczyłam się dobierać odpowiednie tkaniny. Sama decydowałam, co chcę na siebie założyć, a mama zajmowała się resztą. Szybko nauczyłam się szyć, a potem zainspirował mnie Pierro Tozzi, którego kostiumy podziwiałam w filmach Viscontiego i Felliniego. Miałam bodajże czternaście lat, kiedy obejrzałam Śmierć w Wenecji. I tak to się zaczęło.

Nadal szyje Pani dla siebie?

Już nie, ale robiłam to, kiedy byłam młodsza i nie stać mnie było na ubrania.

Traktuje Pani pracę nad kostiumami, jako spełnienie dziecięcego marzenia?

O tak, szczególnie kiedy budżet na kostiumy jest kosmiczny i mogę robić to, co mi się żywnie podoba, choć nie stronię też od mniejszych filmów, które zmuszają mnie do szukania oszczędności na każdym kroku. Lecz kiedy jestem świadoma tego, że nie ma szans, bym była w stanie wydać te wszystkie pieniądze, jakimi dysponuje, mogę sobie prawdziwie pofolgować, spełnić nie tylko życzenia reżysera, ale i zrealizować swoje wymarzone projekty.

Trzy zdjecia -ilustracja plakat filmowy ilustracja

Z usług jakiego projektanta Pani korzysta?

Lubię ubrania i staram się przykładać do nich sporą wagę, ale czasem bywa i tak, że chodzę parę dni pod rząd w tym samym, albo biorę rano do ręki pierwszą lepszą rzecz, którą rzuciłam poprzedniego wieczoru na podłogę obok łóżka. Często noszę po prostu jeansy, ale nie wtedy, gdy pojawiam się na planie. Muszę zadbać o estetyczne wrażenia obsady, którą ubieram, nie mogę źle wyglądać, bo mi nie zaufają. Wracając do pańskiego pytania – noszę, niemal od trzydziestu lat, Jeana-Paula Gaultiera. Uwielbiam też Johna Galliano, ale ponieważ nie pasują do mnie jego stylizacje, oglądam je prawie wyłącznie na wybiegach.

Jak długo trwa proces przygotowania kostiumów do filmu?

Niekiedy, jak w przypadku Kopciuszka, od chwili opracowania przeze mnie pierwszego szkicu do zakończenia zdjęć może minąć nawet i rok. Zdarza się, że projektuję jeszcze podczas filmowania, ale, choć brzmi to strasznie, jest to zupełnie normalne, bo z każdą kolejną sceną mogę coś poprawić, zmienić, przeszyć. Co rusz przychodzą mi do głowy nowe pomysły, inspiruję się tym, co dzieje się wokół. Poza tym nerwy i stres pomagają mi się skupić. Kiedy dopada mnie strach, że nie dam rady niczego wymyślić, działam sprawniej.

Dwa polaczone zdjecia jedna kobieta i jedna ilustracja

Pani projekty z Kopciuszka są bardzo wystawne. Który przysporzył najwięcej kłopotu?

Oczywiście strój Heleny Bonham Carter, bo wpadłam na karkołomny pomysł, aby jej suknia się świeciła. Zabieg ten okazał się straszliwie skomplikowany. Nieźle się wkopałam, kiedy zobaczyłam, ile pracy będzie to nas kosztowało. Pomagał nam technik z Philipsa, który zainstalował kilkaset światełek pomiędzy warstwami krynoliny, a za nimi schował bateryjkę, ale taką naprawdę ciężką. Przed rozpoczęciem dnia zdjęciowego musiał wchodzić Helenie pod sukienkę i wszystko podłączać, a potem kontrolował te światełka przy pomocy komputera.

Podglądała Pani klasyczną disnejowską animację, pracując nad Kopciuszkiem?

Nie chciałam niczego ordynarnie kopiować, ale było jasne, że studio chce powrócić do tego filmu, przywołać tamtą atmosferę i tego się trzymałam. Szklany pantofelek projektowałam od zera. Chciałam, aby wyglądał naprawdę spektakularnie. Dlatego wykorzystałam kryształ, pięknie odbija światło. Stworzyliśmy osiem sztuk – i żadnej pary! – i kilka z innego materiału. Cieszę się, że pozwolono mi się nim zająć, bo teoretycznie to rekwizyt, a nie część kostiumu.

Czy zaprojektowała Pani na potrzeby filmu również biżuterię?

Zazwyczaj się tym nie zajmuję, ale kocham lata 40. Inspirowałam się nimi, ubierając Cate, i zaprojektowałam również jej biżuterię. To znaczy, nie tyle zaprojektowałam, co dobrałam, a potem szukałam odpowiednich rzeczy po całym świecie.

Dwa polaczone zdjecia pierwsze ilustracja drugi portret

Lepiej się Pani bawi przy ubieraniu kobiet czy mężczyzn?

Uwielbiam projektować suknie, lecz mężczyzn ubiera się cudnie i mam to szczęście, że większość filmów, przy których pracuję, opowiada właśnie o facetach. Z pewnością stroje kobiece są bardziej dekoracyjne, choć to również zależy od filmu. Niektóre spektakle kostiumowe osadzone są w epokach, kiedy męskie stroje były równie ornamentacyjne. Jednak krzykliwe ciuchy to przecież nie wszystko. Lubię uszyć coś, co leży na kimś idealnie, jakby się w tym urodził, a mało jest rzeczy piękniejszych niż dobrze skrojony garnitur. Dobry kostium ma nie tylko świetnie wyglądać, ale także, a może przede wszystkim, podkreślać charakter postaci. Przypomina mi się sytuacja z planu innego filmu z Heleną Bonham Carter, Miłość i śmierć w Wenecji. Kiedy pokazałam jej swoje projekty, skrzywiła się, nie była zadowolona. Powiedziałam Helenie, że o to właśnie chodzi, że nie zawsze wyglądamy dobrze i czasem należy w filmie te niedoskonałości wyeksponować.

Czy żeby dobrze wyglądać trzeba mieć perfekcyjne ciało?

Nie zawsze chodzi o wymiary, niektórzy po prostu umieją nosić ubrania. Nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć, ale czego by nie założyli, wyglądają świetnie. Nie trzeba mieć idealnej figury, aby się świetnie prezentować. Jak Cate Blanchett.

Dwa polaczone zdjecie na jednym kadr z filmu a drugie to ilustraja

Jaką rolę pełni reżyser w pracy kostiumologa?

Na przykład Martin Scorsese jest jednym z tych, którzy doskonale rozumieją, jak istotne są ciuchy. Kiedy przychodzi na plan, dotyka kostiumów, uważnie je ogląda. Zawsze jestem pod ręką, aby służyć radą aktorom, reżyserowi, ale Martin ma doskonałe oko. Przy pracy nad Kopciuszkiem nie było czasu, żeby dyskutować o każdym projekcie z osobna ani nawet robić do każdego rysunki, dlatego często stawiałam Kennetha Branagh przed faktem dokonanym. Zresztą reżyser niekiedy nie potrafi ocenić, jak dany kostium będzie wyglądał, jeśli nie zobaczy już gotowego. A i ja sama nie lubię pokazywać nieskończonej pracy. Kenneth dał mi wolną rękę.

Co się dzieje z tymi wszystkimi kostiumami po zakończeniu zdjęć?

Należą do wytwórni. Niekiedy, jak w przypadku Kopciuszka, kierowane są na wystawy i objeżdżają świat. Ludzie mogą je oglądać, ale potem i tak trafiają do magazynu albo zostają sprzedane kolekcjonerom lub firmom zajmującym się wynajmem takich rzeczy. Dlatego nieraz, zupełnie niespodziewanie, natykam się na swoje stare kostiumy w innych filmach.

Rozmawiał: Bartosz Czartoryski

Komentarze
Sandy Powell z pasją opowiada o pracy kostiumografa
Oceń artykuł