SALK: nostalgia może sprawiać przyjemność

Kolorowa grafika przedstawiająca kobietę grającą na gitarze

Trzech muzyków i poeta, czyli zespół SALK. Marcela Rybska śpiewa, komponuje i lubi grać na wielu instrumentach. Michał „Mamut” Sarapata gra na basie i jest producentem muzycznym. Mateusz „Majster” Sarapata to magik od elektroniki i perkusjonaliów. Kamil Kwidziński jest byłym latarnikiem, poetą i autorem większości tekstów. Z zespołem SALK rozmawiwamy o ich debiutanckiej płycie, energii, melancholii i  mitologii celtyckiej.

Jak się czujecie jako świeżo upieczeni rodzice Waszego debiutanckiego krążka? Jaka była pierwsza myśl, gdy już mieliście świadomość, że materiał jest w stu procentach gotowy?

Czujemy się szczęśliwymi rodzicami, a jednocześnie gdzieś z tyłu głowy odzywa się odpowiedzialność, że to dopiero początek naszej drogi. Jeszcze tyle piosenek do napisania! Sam proces pracy nad materiałem, nad produkcją, miksem i masteringiem był tak szalony i intensywny, że pierwszą myślą było po prostu: nareszcie.

Zdążyłam zauważyć, że określenie melancholijni zostało już Wam podczepione przez wiele osób. Osobiście należę do grona doceniającego melancholijne dźwięki, ale czy usłyszeliście już to określenie również jako zarzut?

Nie odbieramy tego określenia jako zarzutu, ale nie mielibyśmy z tym zarzutem większego problemu, bo w istocie jesteśmy czasami do granic melancholijni. Sądzimy, że są takie chwile w życiu każdego człowieka, że nawet graniczny smutek, czy nostalgia może wręcz sprawić przyjemność. Z pewnością nie zamierzamy niczego ukrywać, piszemy i gramy dokładnie tak, jak czujemy na daną chwilę, nie zastanawiając się, czy aby nie jest to już przypadkiem zbyt melancholijne. Ponadto wykazujemy się także paletą radosnych odczuć w wielu innych utworach, co można z łatwością zaobserwować na koncertach.

Cofając się do dnia, w którym się poznaliście: od razu wiedzieliście, że chcecie stworzyć zespół, wspólnie tworzyć muzykę?

Marcela, Michał i Mateusz już od jakiegoś czasu chcieli tworzyć coś swojego, ale chyba brakowało im motywacji, koncepcji i tekstów. Dopiero kiedy zeszły się drogi Marceli i Kamila, wszystko ruszyło. Zaczęli wyjmować kolejne piosenki z szafy i tak właściwie powstał SALK.

Selkie And the Lighthouse Keepers, to pełne rozwinięcie nazwy Waszego zespołu. Selkie to postać z mitologii celtyckiej. Skąd wybór akurat tej postaci i kto jest odpowiedzialny w zespole za tę celtycką inspirację?

Marcela i Kamil to chyba osoby najmocniej zafascynowane wodnym światem w SALK i to w ich łazience powstała nazwa zespołu, której trzonem jest Selkie. Dlaczego akurat ona? W jej postaci zapisane jest wiele tęsknoty, wyborów, ale też piękna. Są to chyba klimaty, których pożądamy i w których czujemy się jak ryba w wodzie. Przyznajemy się też, że wpływ na to miała animacja Song of the Sea, którą każdemu polecamy!

Gdybyście mieli określić, co każde z Was wniosło – emocjonalnie – w Wasz debiutancki krążek, jaki byłby podział?

Nie jest to najłatwiejsze pytanie, bo każdy z nas wnosił szeroko zakreślone pokłady energii, szczególnie pod koniec prac. Podpierając się jednak telegraficznym skrótem, można by stwierdzić, że Kamil to filar spokoju, opanowania i czegoś, czego nikt inny z nas by nigdy nie potrafił tak ująć. Marcela z duszą na ramieniu kładzie nacisk na szczerą emocję, prawdę, jakkolwiek przejmująco by ona nie zabrzmiała. Michał to spec od produkcji i wszelkich muzycznych nowinek, dlatego wniósł jakość i świeżość. Mateusz zaś to, co podpowiadało mu doświadczenie i serduszko, składając się na piękną dojrzałość muzyczną.

Dwie grafiki kolorwe: po lewej stronie kobieta grająca na gitarze, po prawe mężczyzna przy konsolecie

Czy któryś moment z procesu tworzenia płyty jakoś szczególnie zapadł Wam w pamięć? Wyjątkowo zabawny, stresujący, albo zupełnie inny?

Dosłownie każdy etap powstawania płyty zapadł nam w pamięć i to dozgonnie. Z pewnością wielkim przełomem w pracy było zamknięcie sesji nagraniowych, czyli moment, kiedy wszystko, co mieliśmy na ten czas do powiedzenia zostało zarejestrowane. Ostatnią, wielce przełomową chwilą było zaakceptowanie ostatecznego masteru, gdzie po wszystkim połowa z nas pochorowała się na tydzień, ponieważ organizmy wreszcie dostały sygnał, że mogą trochę zwolnić. Niezapomniane do końca życia pozostanie też zdarcie folii z pierwszej płyty.

Jak wspominacie swój debiut podczas 53. KFPP w Opolu w 2016 roku? Od razu poczuliście się jak „ryba w wodzie”, czy musieliście się oswoić z nową sytuacją?

Opolskie Debiuty były dla nas przede wszystkim wielką szansą pokazania naszego autorskiego utworu bardzo szerokiej publice, wymagającej publice. Mając świadomość rozrywkowości tego Festiwalu, nie ukrywamy, że mieliśmy lekkie obawy co do tego, jak zostaniemy przyjęci, a byliśmy wtedy bardzo debiutującą grupą, mieliśmy na koncie zaledwie 6 miesięcy istnienia! Matronika to nasz pierwszy singiel, który wymaga od słuchacza skupienia. Okazało się jednak, że zostaliśmy fantastycznie przyjęci, z całą naszą dziwnością i tajemniczością, przez co bardzo dobrze wspominamy ten dzień.

W dniu premiery Matroniki zagraliście na poznańskim festiwalu Spring Break. Czy mieliście dużo obaw, jak publiczność przyjmie nowy materiał?

Zgadza się, premiera płyty miała miejsce w dzień naszego występu na festiwalu Spring Break w Poznaniu. Byliśmy tym faktem tak podekscytowani, że energia, która nam w ten dzień towarzyszyła nie pozostawiła miejsca obawom. Gdy przychodzisz do ludzi, taki, jaki naprawdę jesteś, z tym, co naprawdę myślisz i czujesz, to czego się bać? Oczywiście, mamy świadomość, że nie wszystkim musi się podobać to samo i to jest właśnie piękne.

Dwie grafiki kolorowe, po lewej mezczyzna z latarnią, orką w tle, przy konsolecie, po prawej mezczyzna grajacy na gitarze

Jeszcze przed premierą płyty, dużo mówiliście o jej warstwie muzycznej, o tym, jak łączycie tradycyjne instrumenty z nowoczesnym brzemieniem. A jak jest z warstwą tekstową, w jakim stopniu jest to efekt waszych osobistych przeżyć, a w jakim przypływu chwili?

Teksty powstają z przypływem chwili, czasem dłuższej, a czasem krócej. Wiele zostało napisanych wprost i nie wymagają główkowania, a inne, nawet jeśli oparte na mitologii, to w jakimś sensie można je odnieść do nas samych lub znaleźć w nich odniesienie do samego siebie. Wystarczy tylko przyjąć zaproszenie do ich zgłębienia.

Określenie, jakim każde z Was określiłoby Matronikę to…?

Mateusz: karkołomna, Michał: wielowymiarowa, Marcela: szczera, Kamil: opowieść.

Jakie macie plany na najbliższe miesiące, gdzie w najbliższym czasie będziemy mogli usłyszeć Was na żywo?

Już 13 maja mamy niewątpliwą przyjemność zagrać na AlterFest w Mysłowicach. 19 maja ukaże się także kolejny singiel z live video, który został zarejestrowany na setkę, jako jedyny utwór z płyty – mowa tu o Kołysance dla Dwóch Matek. W Rzeszowie zagramy 1 czerwca na Festiwalu Przestrzeni Miejskiej, a następnie pojedziemy do Sopotu, by 9-10 czerwca wystąpić na SeaZone Festiwal. Dla bardziej zainteresowanych polecamy gorąco śledzenie naszej strony na Facebooku, gdzie na bieżąco informujemy o wszystkich wydarzeniach.

Na zakończenie: co polecilibyście do przeczytania komuś, kto dzięki Waszej płycie zainteresował się mitologią celtycką? Od czego zacząć?

Prawdopodobnie najlepiej zacząć od pozycji: Jan Parandowski Mitologia i Tadeusz Zubiński Wyspa Zaczarowana. Ponownie polecamy także przepiękną animację zatytułowaną Song of the Sea, która była dla nas wielką inspiracją.

Rozmawiała: Klarysa Marczak
Ilustracje: Dorota Tylka

Czytaj również: SALK: mitologia, poezja i nowoczesność.

Komentarze
Oceń artykuł