Rozmawiamy z Gasparem Noé!

Łysy mężczyzna w czarnej koszulce na tle plakatu do filmu

Kręci od trzydziestu lat, ale na koncie ma tylko cztery filmy. Każdy z nich wywołał, jeśli nie skandal, to chociaż oburzenie. Jego produkcje wzbudzają również powszechną ekscytację. Z argentyńskim reżyserem Gasparem Noé rozmawiamy o odważnym „Love”, jego najnowszym dziele.

Przylgnęła już do Pana łatka prowokatora…

Nie każdy mi ją jednak przypina. Ludzie, którzy jadą do Cannes – a wszystkie moje filmy miały premierę na tym festiwalu – szykują się jak na piłkarskie mistrzostwa świata. Chodzi trochę o to, żeby kibicować jednemu reżyserowi i wygwizdać innego. Dlatego często odbiór danego tytułu jest mocno spolaryzowany. Pewnie, gdybym przywiózł Love na inną imprezę albo od razu pokazał w kinach, nie byłoby takiego krzyku. Ale nawet, jeśli człowiek czyta potem, że kogoś film oburzył, takie słowa też są cenne, motywują. No i zawsze trudno przewidzieć, jak twoje dzieło będzie odbierane po latach. Dzisiaj Taksówkarz jest klasykiem, choć lata temu ludzie go wyklinali, podobnie jest z Podglądaczem Michaela Powella, który niemal zrujnował mu karierę, a to przecież arcydzieło. Nawet jego znajomi zarzucali mu, że kręci pornografię. A dwadzieścia lat później okazało się, że to oni się mylili, a on miał rację. Osobiście nie sądzę, aby moje filmy były tak radykalne jak, dajmy na to, Salo Pasoliniego czy dzieła Fassbindera. Staram się, no cóż, jak najlepiej wykonywać swoją pracę i wychodzą mi takie rzeczy, jakie mi wychodzą.

Love nasycone jest mocnymi scenami seksu. Pan jednak ciągle powtarza, że to kameralna historia pewnego związku. Wierzą Panu?

Tak, bo to bezpośredni i szczery film. I, co zauważyłem, podoba się kobietom bardziej niż mężczyznom, nawet jeśli mówimy o konserwatywnych, prawicowych środowiskach. Panie oceniły film lepiej, może dlatego, że Love nie jest, jak powtarzam, erotykiem, ale sentymentalną opowieścią, zaś sceny seksu mają fabularne uzasadnienie. Nie chciałbym sugerować, że kobiety są bardziej melancholijne czy sentymentalne od mężczyzn, ale mógłbym posunąć się do stwierdzenia, że potrafią delektować się podobnymi emocjami. Przy czym, podkreślam, obie płcie potrafią być tak samo okrutne, bo jedna nieustannie zmaga się z drugą o dominację.

Usta w pocałunku

Zazwyczaj pokazywał Pan seks niemalże jako akt agresji, tymczasem zawierające iście pornograficzne sceny Love wydaje się niemalże, jak na Pana, stonowane.

Bo Love jest, jak mi się wydaje, bliższe prawdziwemu życiu niż moje poprzednie filmy, a może raczej życiu takiemu, jakim je postrzegam. Owszem, nadal potrafię utożsamić się do pewnego stopnia z rzeźnikiem z paryskich przedmieść, którego pokazałem w Sam przeciw wszystkim, ale nie znam go tak dobrze, jak tego zafascynowanego Pasolinim filmowca z Love, który kręci się bez celu po ulicach. Znam to od podszewki.

Love jest również subtelniejsze na poziomie narracji i montażu. Nie kręcił Pan tego filmu tak pospiesznie, frenetycznie, jak chociażby Wkraczając w pustkę.

Jestem dumny z tego, co zrobiłem do tej pory, lecz nie chciałem się powtarzać, korzystać dwukrotnie z tej samej formuły. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że Wkraczając w pustkę, mówiąc łagodnie, nie okazało się finansowym sukcesem i producenci nie odzyskali swoich pieniędzy, które wydaliśmy na efekty specjalnie i sprzęt. Love kosztowało pięciokrotnie mniej, ale film przecież wcale nie wygląda przez to gorzej. Na dodatek jest w 3D i prezentuje się równie profesjonalnie, co amerykańskie kino akcji. A nakręciliśmy go w pięć tygodni za grosze.

Skąd decyzja o realizacji filmu w trójwymiarze?

Nie planowałem tego, ale po drodze okazało się, że istnieje taka możliwość i skwapliwie z niej skorzystałem, co dało mi jednocześnie impuls do przemyślenia choćby kwestii montażu. Dlatego zrezygnowałem z użycia ręcznej kamery, bo takie zdjęcia wychodzą w 3D dość kiepsko, cały ekran się trzęsie. Zdecydowałem, że zrobię Love tak jak mój debiut, czyli zainwestuję w długie ujęcia i dopuszczę improwizację. Język tego filmu jest stosunkowo prosty.

Ale nic nie stracę, oglądając Love w dwóch wymiarach?

Nie, nie ma żadnej różnicy. To jak jakby słuchać nagrania w stereo i mono, melodia jest tak samo czysta, głos wokalisty się nie zmienia. Podobnie z filmem: aktorzy przecież zachowują się identycznie. Trójwymiar dodaje jeszcze jedną warstwę intymności, przestrzeń staje się bardziej realistyczna, namacalna. Nie podobało mi się tylko to, że napisy w 3D są jakby zawieszone w powietrzu, co nieco psuje założony przeze mnie efekt; tworzy swoistą barierę pomiędzy widzem i ekranem, rozprasza go. Polecam oglądać Love w oryginale.

Słynie Pan z ekstrawaganckich rozwiązań, ale tym razem jednak zdecydował się Pan uprościć formalną stronę filmu. Dlaczego akurat przy Love?

Nie kryje się za tym żadna filozofia, to był instynktowny proces. Niektóre ujęcia pasują do koncepcji, inne nie. Przy okazji Love nakręciliśmy mnóstwo zabawnych scen, zaimprowizowanych żartów, ale zorientowałem się w pewnym momencie, że czynią one film mniej melancholijnym, wybijają widza z rytmu, dlatego się ich bez żalu pozbyłem. Rzecz jasna niezbędne minimum zostawiłem, bo przecież nie chodzi mi do końca o to, żeby się ludzie w kinie popłakali, choć słyszałem, że takie reakcje również się zdarzały.

Umieścił Pan w Love pewne tropy, nawiązania, podteksty. Czy był to żart, czy chce Pan zachęcić widza do rozszyfrowywania Pańskiego filmu?

Chciałem umieścić na ekranie elementy swojego życia, swoiste mrugnięcia okiem do rodziny, przyjaciół, bo większość ludzi, którzy pojawiają się w filmie, to bliskie mi osoby. Jest tam mój producent , jest tam mój operator, nadałem postaciom imiona znajomych, plakaty wiszące na ścianach należą do mnie, ubrania są moje. Nie chcę powiedzieć, że Love to historia autobiograficzna, bo tak nie jest, po prostu otaczając się tym wszystkim, czułem się jak w domu.

Pierwotnie film nosił tytuł Danger, czyli Niebezpieczeństwo.

Tak, ale to było dawno temu, jeszcze przed Nieodwracalnym, kiedy przyszedł mi do głowy pomysł na ten film, lecz taki tytuł dzisiaj nie miałby sensu. Planowałem nawet pokreślić, że Love jest wyborem bardziej odpowiednim. Opracowałem różne, często banalne, cytaty o miłości; chciałem je wrzucić na plansze, które wyskakiwałyby pomiędzy scenami, co jakieś dziesięć minut, ale zrezygnowałem z tego pomysłu, zachowałem tylko jedną. Bo film jest jak dziecko…

Co Pan ma na myśli?

Że film też dorasta i z czasem komunikuje reżyserowi, czego chce, czego potrzebuje.

Pańskie pierwsze filmy często zalicza się do tak zwanej „nowej ekstremy francuskiej”, nieformalnego nurtu, który na nowo starał się zdefiniować pojęcie horroru, często nie do końca świadomie. Lubi Pan kino grozy?

Oczywiście. Moje ulubione horrory są jednak hiperrealistyczne, jak Wybawienie Johna Boormana albo obejrzany przeze mnie ostatnio Syn Szawła. Pewnie to niestandardowe myślenie o podobnych filmach, ale dla mnie to czyste kino grozy, bo oba są osadzone w prawdziwym, namacalnym świecie, a przez to straszniejsze.

Sam korzystał Pan często z rozwiązań czysto gatunkowych, rodem z kina klasy B.

Nieprzypadkowo, bo nie pozostaję w tyle z tak zwanym kinem kultu. Znam chyba całą klasykę, choć dzisiaj częściej oglądam dokumenty na ten temat niż fabuły. Ostatnim tytułem tego typu, który naprawdę zrobił na mnie wrażenie, był Serbski film. Nawet we Francji zakazano jego kinowej dystrybucji, co, trzeba powiedzieć, jest osiągnięciem samym w sobie.

Jak w to wszystko wpasowuje się Pański idol Stanley Kubrick?

Idealnie! Uwielbiam go głównie za 2001:Odyseję kosmiczną. Żaden inny jego film nie może się z nim równać. Są takie seanse, które zmieniają twoje życie. Dla mnie to był właśnie ten.

Kręci Pan w kilkuletnich odstępach i zawsze mnie ciekawiło, co robi filmowiec taki jak Pan, kiedy nie zajmuje się filmami.

Ha, to, co często robią moi bohaterowie – imprezuję, podróżuję, piję ze znajomymi, odpoczywam, oglądam filmy. I myślę o kolejnych projektach.

rozmawiał | Bartosz Czartoryski

Komentarze
Rozmawiamy z Gasparem Noé!
Oceń artykuł