Romantic fantastic, czyli najgorsze komedie miłosne

Kobieta i mężczyzna stojący na dziobie statku i ptak wlatujący w twarz kobiety

Czerwone wino w kieliszkach, ostrygi na talerzu, płyta z komedią romantyczną w odtwarzaczu… STOP. W idealnym świecie za reżyserię każdego ROM-KOMA odpowiadałby Richard Curtis, niestety rzeczywistość od lat przypomina nam, że 90% komedii miłosnych nie nadaje się do oglądania. Oto najgorsza 13-tka ostatnich lat, po których ochota na walentynkowe, wieczorne figle odeszłaby nawet żołnierzowi na przepustce.

1386364720_crossroads-zoom

„Crossroads. Dogonić marzenia”

reż. Tamra Davis

Pierwsza aktorska próba Britney Spears i film, który z założenia miał odzwierciedlać realne problemy młodego widza. Psychologii było jednak w „Crossroads” tyle, co w „Kalendarzu Szalonego Małolata”. Oto trzy kumpelki ruszają w podróż po Stanach, by spełnić zamknięte niegdyś w tekturowym pudełku (tak!) marzenia. Jedna jest w ciąży, druga szuka chłopaka, w trzeciej zakochał się kolega… Rzecz wyłącznie dla sentymentalnych, trzymających w swoich pudełkach zjechane kasety „…Baby One More Time” fanów Brit.

dirty_love_1

„Dirty Love”

reż. John Mallory Asher

To nawet nie jest klapa. Tu klapę zamknięto, wodę spuszczono, a kupa płynie rurami. Odpowiedzialna za scenariusz Jenny McCarthy gra tępawą blondynkę, która na złość swojemu niewiernemu facetowi umawia się z przygodnie poznanymi mężczyznami. Humor „Dirty Love” lewituje grubo poniżej rozporka. Jeden z adoratorów ma niezdrowy fetysz na punkcie ryb. Drugi puszcza ohydnego pawia na piersi bohaterki… 4 Złote Maliny, kinowe przychody w wysokości 36 tysięcy dolarów. Nic dziwnego, że Jenny McCarthy nie zabrała się już nigdy więcej za pisanie scenariuszy.

still-of-rachel-bilson-in-the-to-do-list-(2013)-large-picture

„Do zaliczenia”

reż. Maggie Carey

Niech nikogo nie zwiedzie wciskana nachalnie w „Do zaliczenia” ornamentyka lat 90. To nie nostalgiczna podróż w przeszłość, lecz gniot najwyższej jakości. Bohaterka wzorem kolegów z serii „American Pie” marzy o utracie dziewictwa. Prowadzi zatem kapowniczek, w którym zapisuje krok po kroku wszystko, co powinna zrobić na drodze do upragnionego pozbycia się cnoty. Trochę słabego seksu, trochę miłości, trochę wątków fekalnych, masa zażenowania. Pozycja obowiązkowa dla tych, którzy nie wyobrażają sobie dobrej komedii bez sceny ze stolcem na czyjejś twarzy!

MCDGIGL EC016

„Gigli”

reż. Martin Brest

Upiornie zła komedia romantyczno-sensacyjna i gwóźdź do trumny rzeczywistego związku głównych aktorów „Gigli”, Bena Afflecka i Jennifer Lopez, grających tu parę płatnych zabójców. Podobno to po tym filmie Affleck zdał sobie sprawę z tego, jak nisko upadł. Wziął sobie wolne od aktorstwa i jeszcze raz przemyślał swoje życie. Efekt? Na przykład „Operacja Argo”. A J.Lo. jak straszyła, tak straszy do dziś.

glitter_02

„Glitter”

reż. Vondie Curtis-Hall

Mariah Carey w roli skromnego żuczka z ubogiej rodziny, który tylko dzięki pasji i pogoni za marzeniami dostaje się na muzyczny Olimp. Ale wszystko ma swoją cenę. Jej bohaterka musi poświęcić się muzyce w całości, żadnych miłostek i romansów. Szablon szablonem pogania. Finał znamy jeszcze przed włożeniem DVD do odtwarzacza. Całość zaś trąci bardziej „Trudnymi sprawami” niż porządną komedią romantyczną. Nie, przecież nie można porównywać „Glitter” do sztandarowej produkcji Polsatu. Tam przynajmniej można się solidnie pośmiać.

muza_i_meduza_1

„Muza i meduza”

reż. Tom Putnam

Pomniczek wystawiony wątpliwej urodzie Paris Hilton. Aktorka o „uroczych” blond włosach  (?) jest w „Muzie i meduzie” przedstawiona niczym bóstwo absolutne. Kamera pieści ją przez bite półtorej godziny. Albo reżyser Tom Putman jest psychofanem Hilton, albo tatko Paris zapłacił mu za tę laurkę walizkę zielonych. Innego wytłumaczenia nie widzę. Aha, fabuła? Piękna Paris ma brzydką koleżankę, taką z próchnicą i ropiejącymi syfami na twarzy. I to by było na tyle.

norbit_2

„Norbit”

reż. Brian Robbins

Eddie Murphy gra tytułowego Norbita, mieszkańca prowadzonego przez Chińczyka sierocińca, zakochanego w pięknej Kate. Niestety dziewczyna została adoptowana przez inną rodzinę, zaś parol na Norbita zagięła monstrualnie gruba Rasputia (w tej roli również Eddie Murphy). Dlaczego? Jak do tego doszło? Kiedy przegapiliśmy moment, w którym Eddie Murphy z utalentowanego komika stał się symbolem prostackiego humoru dla kretynów? Przygnębiająco nieśmieszna komedia podkreślająca stuprocentową degrengoladę króla komedii lat 80.

Jennifer Lopez

„Pokojówka na Manhattanie”

reż. Wayne Wang

„Pretty Woman” XIX wieku, czyli jak szastający kasą polityk zakochał się w ubogiej pokojóweczce. Zestaw kopciuszkowych klisz i schematów podlany nieznośnym moralizatorstwem. Całość smuci tym bardziej, że za kamerą „Pokojówki na Manhattanie” stanął wielki Wayne Wang („Dym”, „Brooklyn Boogie”), zaś w obsadzie znaleźli się m.in. Bob Hoskins i Stanley Tucci. Zero zaskoczeń, zero udanych żartów. Dobranoc.

say-it-isnt-so-2001-00-645-75

„Powiedz, że to nie tak”

reż. J.B. Rogers

Znany przede wszystkim z roli dupowatego Oza w „American Pie” Chris Klein wciela się w rolę niezbyt z rozgarniętego pracownika schroniska dla zwierząt, który zakochuje się w pięknej fryzjerce. I nagle na ekranie pojawia się prywatny detektyw, który ni stąd ni z owąd informuje, że młodzi są… rodzeństwem. Bolesna prawda? Nie, raczej mistyfikacja matki dziewczyny. „Wybitny”poziom „Powiedz, że to nie tak” określają osoby producentów, znanych z obniżania jakościowej poprzeczki do okolic kostek ̶  bracia Peter i Bobby Farrelly. Witajcie w krainie obciętych uszu, gołębich kup i bród z włosów łonowych!

on-the-line_4

„Przystanek miłość”

reż. Eric Bross

Ten film nie załapał się do większości podsumowań najgorszych obrazów pierwszej dekady XXI wieku tylko dlatego, że wszyscy o nim zapomnieli. Na szczęście przed nami nic się nie ukryje! Pewien chłopak spotkał w metrze dziewczynę, która podobnie jak on potrafi wyrecytować z pamięci wszystkich prezydentów Stanów Zjednoczonych. Ale piękność znika, zaś młodzieniec angażuje całe Chicago w poszukiwania ukochanej. W roli głównej ( uwaga!) nażelowany Lance Bass z N’Sync. Pamiętacie? To taki popularny kiedyś boysband, w którym śpiewał Justin Timberlake i jakichś czterech kolesi.

rejs_w_nieznane_5

„Rejs w nieznane”

reż. Guy Ritchie

Jeśli mężczyzna robi film w ramach prezentu dla kobiety to należy trzymać się od tego z daleka. Ofiarą takiego aktu miłości padł nawet tak zdolny fachura jak Guy Ritchie, który nakręcił dla Madonny „Rejs w nieznane”, przeróbkę komedii Liny Wentmuller z połowy lat 70. Piosenkarka gra tu rozkapryszoną damulkę, która trafia na bezludną wyspę razem z ubogim rybakiem. Seanse wszystkich powyższych komedii romantycznych odradzaliśmy głównie dlatego, że są głupie. „Rejs w nieznane” jest nie tylko głupi, ale i śmiertelnie nudny. Równie dobrze można włączyć sobie w Walentynki seans obrad Sejmu.

romansidlo_1

„Romanssidło”

reż. Peter Chelsom

Jedna z najbardziej spektakularnych finansowych klap w najnowszej historii Hollywood. Komedia Petera Chelsoma kosztowała aż 90 milionów dolarów, zarabiając na siebie mniej niż 10% tej sumy. Czemu „Romanssidło” pochłonęło aż taki majątek? Po prostu nieprzekonani do powodzenia projektu producenci rozciągnęli zdjęcia na kilka lat. Nie dziwię się ich obiekcjom. Historia architekta Portera, który dopiero po 50-tce zdał sobie sprawę z tego, że jego życiową partnerką powinna być inna kobieta jest, delikatnie mówiąc, mało porywająca. Po „American Beauty” opowiadanie w kinie o kryzysie wieku średniego straciło sens.

all_about_steve04

„Wszystko o Stevenie”

reż. Phil Traill

Ten film przypomina, że Oscar dla Sandry Bullock był tylko wypadkiem przy pracy. Nie oszukujmy się, aktorka najlepiej czuje się w kretyńskich komediach pokroju „Wszystko o Stevenie”, gdzie wciela się w postać Mary, zwariowanej autorki gazetowych szarad. Jej bohaterka ma tlenione włosy, czerwone kozaki, zachowuje się jak debilka i ściga przez całe Stany tytułowego Stevena (w tej roli ufarbowany na blond Bradley Cooper). Przypominam, że Cooper i Bullock mają także w tym roku szansę na Oscara. Sandra, Bradley, I know what you did last summer.

Tekst: Jacek Sobczyński

Oceń artykuł