Strasznie nudne i wyświechtane hasło „Och, lata 80. wróciły!” słyszy się nazbyt często, żeby jeszcze robiło jakiekolwiek wrażenie. Czasami wręcz można pomyśleć, że ejtisy się w ogóle nie skończyły, tyle razy wracają. Niestety, albumy pokroju „One Life Stand” nie pomagają rozeznać się, czy mamy już rok 2010, czy może jednak 1981. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że gdyby kawałek „Brothers” poleciał 25 lat temu między teledyskiem Kim Wilde, a którymś ze szlagierów New Order, to nikt nie zwróciłby uwagi, że coś jest nie tak. Powrót vocodera? Jest! Perkusja, która kiczowato udaje bicie serca? Jest! Etnoinspiracje? Też są. Nawet wokale w stylu artysty znanego kiedyś jako artysta znany niegdyś jako Prince są. Chyba tylko furczące basy przypominają, że w elektronice wystąpiły już takie zjawiska jak big beat i dubstep. Wtórność? Hot Chip żonglują ogranymi motywami z taką gracją, że nieodparta myśl „Gdzieś już to słyszałem!” budzi raczej uciechę z bycia muzycznym archeologiem niż nagły atak ziewania. Chociaż jakby tu mniej parkietowych wymiataczy w stylu „Ready for the Floor”, to o nudzie znowu nie ma mowy.
8/10



























