Yeasayer to trochę Animal Collective z lepszymi melodiami i ciekawszymi pomysłami. Nagrywając nową płytę, brooklińczycy odgrażali się, że będzie to coś mocnego. Apetyt na nadchodzący krążek podjudził jeszcze niezwykły teledysk do „Ampling Alp”. Oto i ukazuje się „Odd Blood”. Już po pierwszych dźwiękach słychać, że nie było to tylko wymachiwanie szabelką – krążek zwali z nóg ateistów, a religijnych rzuci na kolana. Bo w formule popowej płyty zmieścili ragi i tale indyjskie, szanty („I Remember”), anty-love-song (genialny „ONE”) i inne zagadki z dziedziny: jak zrobiony jest dany dźwięk. Na pytania te zazwyczaj trudno odpowiedzieć (czy to rżenie koni w „Love Me Girl”?). Po czasie okazuje się jednak, że pod symfonią dźwięków polepionych z różnych obszarów kosmosu „Odd Blood” to rdzennie amerykański śpiewnik. Pewnie właśnie tak brzmiałby pop, gdyby nie wybito Indian. Yeasayer to więcej niż sensacja sezonu – są jedyni, wyjątkowi, najlepsi. Na razie w roku 2010, ale liczne talenty i nonkonformistyczne poglądy predestynują ich do bycia Radiohead nowej dekady.
9/10



























