Niewesołe
jest życie komika. Otoczenie wymaga, byś non stop sypał kawałami bez względu na
okoliczności. George Simmons (Adam Sandler) jest dokładnie w takim położeniu.
Choruje na białaczkę, a kolejka po autografy wciąż rośnie... George jest
bogaty, rozpoznawalny, gra w kasowych komediach, a panienki same pchają mu się
do łóżka. Co z tego? W obliczu choroby bilans życia wypada nie najlepiej.
Komedia
Judda Apatowa, amerykańskiego producenta, scenarzysty, reżysera i aktora ma
potencjał. Adam Sandler wreszcie dostał do zagrania coś więcej niż zestaw
głupich min. Nie przerysowuje, trzyma vis
comica w ryzach, bywa autoironiczny. Film jest zdecydowanie za długi, a
rozgrywający się dramat związany z chorobą, powrotem do dawnej miłości i próbą
pojednania z najbliższymi to temat na oddzielną historię. To, co w „Funny
People” naprawdę się udaje, to celne sportretowanie środowiska wschodzących
gwiazd stand-up comedy. A przecież w
Stanach od tego zaczynali niemal wszyscy. Eddie Murphy – rasistowskimi i
homofobicznymi monologami, Robin Williams – seksistowskim, mocnym żartem i
parodią kilkugodzinnego cunnilingus.
Partnerujący Sandlerowi aktorzy trafnie oddają często żałosną sytuację młodych
komików starających się za wszelką cenę przebić do Hollywood. Problem polega
chyba na tym, że gdy już tam trafisz, przestaje być śmiesznie.
W tle słychać opowieść o innej Ameryce. Kompozycje dawnych gwiazd amerykańskiego folk rocka, Jamesa Taylora, Warrena Zevona, to fajny, subtelny kontrapunkt dla miejscami dosadnego dowcipu o rzyganiu i problemach gastrycznych. Dużo mniej bolą żarty o męskich fantazjach seksualnych oraz rozmiarach penisa. Ale z tego, co się orientuję, dobry dowcip rzadko kiedy bywa… wielki.
7/10



























