Ponad 800 ferm zwierząt futerkowych w Polsce. Dlaczego nic o tym nie wiesz?

Blondynka w ciemnych płaszczu trzyma transparent z lisem i podpisem

W Polsce jest ponad 800 przemysłowych ferm zwierząt futerkowych. Jesteśmy jednym z największych producentów futer na świecie. To istne fabryki zwierząt, na które nie bez powodu nikt nie ma wstępu. O dramatycznej sytuacji zwierząt i zmaganiach aktywistów porozmawialiśmy z Dobrosławą Gogłozą, prezeską stowarzyszenia Otwarte Klatki. Zwierzęta widoczne na zdjęciach zostały już oskórowane i nie żyją.

Ostatnio pojawił się w telewizji reportaż na temat poszkodowanych mieszkańców Gorzowa Wielkopolskiego, którym muchy nie dają żyć. Ta plaga jest efektem dwóch hodowli norek nieopodal miasta. Czy naprawdę jesteśmy ślepi na cierpienie zwierząt, dopóki robactwo nie zacznie nam wchodzić do nosa?

Przede wszystkim należy pamiętać, że to, co pokazują nam w programie nie jest jedyną skargą, jaką składają mieszkańcy. Z naszej współpracy z mieszkańcami terenów znajdujących się blisko ferm wynika, że ludziom przeszkadza sam fakt, że są to hodowle zwierząt futerkowych. Nie podoba im się to, że zaraz obok ich domu będzie zabijanych kilkaset tysięcy zwierząt rocznie, ale media mało to interesuje. Panuje bowiem przekonanie, że sam temat zwierząt się nie sprzeda, że dopóki nie pokażą ewidentnego problemu ekonomicznego albo ekologicznego, to materiał nie odbije się szerokim echem. Nawet jeżeli mieszkańcy będą o tym mówić dziennikarzom, to oni niekoniecznie przekażą to dalej.

Większość osób oglądając taki reportaż jest zszokowana, że fermy norek w ogóle w Polsce istnieją.

Jesteśmy jednym z największych producentów skór zwierząt futerkowych na świecie. O pierwsze miejsce konkurujemy już tylko z Chinami. W Polsce jest ponad 800 ferm, na których hoduje się norki, lisy, jenoty, nutrie, a nawet szynszyle.

Dlaczego w wielu krajach na świecie hodowla zwierząt futerkowych została prawnie zabroniona, a w Polsce dalej jest legalna?

Dlatego, że cały czas nie traktujemy tematu zwierząt jako istotnego społecznie. Nie jest on nośny politycznie. Są takie rzeczy, które spowodują, że ludzie wyjdą na ulice i zaprotestują. Na sytuację zwierząt większość osób się godzi i myśli: „ok, tak po prostu jest”. Dlatego jednym z naszych celów strategicznych jako organizacji jest sprawić, aby te kwestie zostały postrzegane w sposób społeczny i polityczny. Dopiero wtedy, kiedy głowy państwa będą musiały do tego usiąść, będziemy mogli mówić o jakichkolwiek większych zmianach.

Jak staracie się to osiągnąć?

Przed wyborami wystosowaliśmy listy do wszystkich partii politycznych z zapytaniem o ich programy dotyczące ochrony praw zwierząt. Uważam, że gdyby każda partia w Polsce miała swój program dotyczący zwierząt wśród wielu innych, jakie poruszają, byłby to duży sukces. Dlatego nie można się obrażać na mieszkańców, którzy mówią o muchach, bo jest to ważny głos ekonomiczny. My, organizacja, jesteśmy specjalistami od zwierząt, więc kiedy trzeba mówić o cierpieniu,  jesteśmy dobrym partnerem do rozmowy. Mieszkańcy miast są z kolei bardziej wiarygodni w tematach społecznych, ekonomicznych, politycznych.

Biały los z poranionym ogonem w klatce

 Ale Polacy nie noszą futer.

To prawda, produkujemy je głównie na eksport. Ale ten eksport też przestaje być dobrym biznesem. Dlatego dziwi mnie, że większość gmin dalej pozwala na uruchamianie kolejnych ferm. To nie jest dobry kierunek rozwoju. Tutaj chodzi o miejsca pracy: jeżeli ktoś ma zamiar otworzyć firmę i zakładamy, że będzie się ona rozwijać, to super – przedsiębiorca ten da ludziom pracę. Jeśli jednak gmina zezwala na otworzenie miejsc pracy w firmie, która może zaszkodzić lokalnym przedsiębiorcom, doprowadza do spadku cen gruntów (jeżeli ktoś zainwestował w dom, to traci on na wartości ze względu na przykre sąsiedztwo). To duże nieporozumienie. Istnieje tez poważne ryzyko, że te fermy w przeciągu paru lat będą totalnie nierentowne. To jest praca tylko sezonowa, nie utrzymasz z tego rodziny. Dodatkowo, są badania, które wykazują, że obecność rzeźni na danym terenie zwiększa patologie społeczne. Możemy się spodziewać, że w jej okolicy zaobserwujemy większą przemoc domową, częstszy alkoholizm. Codzienne zabijanie zwierząt z rąk połowy mieszkańców małej miejscowości, poprzez wkładanie im elektrody do pyska i odbytu, nie może zostać bez echa. To nie jest normalne życie ani normalna praca. Powiązanie między zabijaniem zwierząt a przemocą wobec ludzi jest bardzo silnie udokumentowane w psychologii. Trzeba zatem pamiętać, że to nie jest tylko kwestia zabijania norek, ale też duża szkoda społeczna.

Fermy futerkowe są obszarem zupełnie niedostępnym dla mediów. Dlaczego nie da się wejść na ich teren?

Bo to nie jest w interesie hodowcy. Wielu z nas dalej żyje mitem przyjaznej dla zwierząt fermy, gdzie zwierzęta biegają sobie po trawie, kopią w ziemi i tak dalej. Kiedyś w Polsce istniały takie fermy, np. lisów, które miały swoje luźne zagrody. Teraz lisy do śmierci nie wychodzą z klatki, która ma wielkość jednego metra kwadratowego.

Wydaje mi się, że ludzie wolą żyć tym mitem. My tak naprawdę nie chcemy poznać niewygodnej prawdy.

I to jest jeden z głównych problemów środowiska prozwierzęcego. Ludziom łatwiej jest żyć nie będąc świadomym pewnych rzeczy. Z trudną wiedzą często musimy sobie jakoś poradzić, stajemy się odpowiedzialni, a jednocześnie czujemy się bardzo bezsilni. Dużo łatwiej poradzić sobie ze świadomością rzeczy nieprzyjemnych, kiedy wiemy, że możemy je zmienić. Największym obciążeniem dla naszej psychiki jest dowiadywać się o sprawach ciężkich, na które tak naprawdę nie mamy wpływu.

Plakat o futrach na slupie ogłoszeniowym

Opowiedz mi coś o norkach i innych zwierzętach hodowlanych. Jakie mają osobowości?

Większość osób, która trzyma norki w domu, twierdzi, że są one podobne do fretek, ale bystrzejsze i zdecydowanie bardziej asertywne. Norka jest zwierzęciem dość inwazyjnym. To drapieżnik, więc nie powinna ot tak przedostawać się do natury. Dlatego jeśli taką norkę uratujemy, to lepiej ją udomowić niż wypuszczać do lasu.

Ludziom najbardziej żal jest lisów, które przypominają psy.

Bo to są zwierzęta psowate. I to bywa dla ludzi szokujące, kiedy wnosimy o zakaz hodowli zwierząt psowatych. Dla mnie dużym paradoksem jest to, jak się pisze prawo wobec lisów. Np. w ZOO możesz mieć lisa polarnego. I przepis mówi, że ten lis potrzebuje takiego i takiego wybiegu, bo takie są jego potrzeby gatunkowe. Jednocześnie, tego samego lisa polarnego możesz trzymać na fermie zwierząt futerkowych i tutaj to samo zwierzę zamknięte zostanie w klatce wielkości zaledwie metra kwadratowego. Co więcej, według prawa, takie warunki również spełniają jego potrzeby. Mamy  do czynienia z ogromnym paradoksem, jakim jest prawo pisane pod potrzeby hodowców, a nie zwierząt.

Czy istnieje w Polsce ferma futerkowa, która spełnia standardy i ma na względzie dobro zwierząt? O ile w ogóle możemy mówić o dobru zwierząt, które są zabijane.

Nie zanotowano, aby wiele  ferm łamało prawo. Trzeba tylko pamiętać , że to prawo nie dba o dobro zwierząt. Warunki dyktowane przez przepisy dalej generują wiele problemów, jak np. kanibalizm wśród norek. Norki są zwierzętami wodnymi i muszą pływać. U tych, które są pozbawione możliwości pływania, zwiększa się hormon stresu. I to do takiego samego poziomu, do jakiego urósłby, gdyby były głodzone. Czyli norki w tych fermach, które nie mają dostępu do zbiorników wodnych, cały czas żyją w stresie. Lisy z kolei potrzebują kopać nory. Jeżeli wejdziesz na fermę lisów, to zobaczysz, jak wiele z nich w sposób rozpaczliwy i bezsensowny, próbuje wygrzebać dziurę w swojej klatce. Nie jest to próba ucieczki, a zaspokajania swoich naturalnych, gatunkowych potrzeb. Gdyby warunki gatunkowe tych zwierząt były szanowane, to skóra z takiego lisa byłaby na tyle droga, że fermy futerkowe przestałyby być w jakikolwiek sposób opłacalne.

Lisy w klatce na fermie futerkowej

 A i tak futro dalej jest towarem luksusowym.

Niby tak, ale w rzeczywistości coraz mniej. I to jest problem. Pełne futro z norek jest bardzo drogie, ale kurtka, która ma tylko obszycie z futra, już taka droga nie jest. A w związku z tym, że na taki produkt coraz więcej ludzi jest w stanie sobie pozwolić, to obecnie większość zwierząt nie jest już zabijana na pełne futra, a na dodatki. Do płaszczy, butów, torebek, czy breloczków.

Chcesz mi powiedzieć, że zdarza nam się nie zauważyć, że kupujemy ciuch z dodatkiem prawdziwego futra?

Tak, bardzo często. Bo nie spodziewamy się tak niskiej ceny za prawdziwe futro. Kiedyś futrem z norki można się było szczycić, teraz mało kto się nad tym zastanawia. Tak samo jak niektórzy nie wiedzą, z którymi słodyczami jedzą mleko. Podobnie jest ze skórzanymi butami. W niektórych sieciówkach jest pół na pół, nigdy nie wiesz, na jakie trafisz, dopóki nie sprawdzisz metki. O ile sprawdzisz, a nie zasugerujesz się tylko ceną. W tej chwili nie jesteś w stanie zgadnąć, czy płaszcz, który kosztuje 600zł ma prawdziwe futro z lisa czy sztuczne.

Trudno jest odróżnić prawdziwe futro od sztucznego?

Technologia poszła na tyle daleko, że jest to w tej chwili bardzo trudne. Wiele firm dziwnie strzyże swoje futra albo na przykład farbuje je na niebiesko. Wydaje się, że futro jest sztuczne, ale to tylko barwnik. Zbyt często zakładamy też, że to co jest tanie, musi być sztuczne. Tymczasem okazuje się, że sztuczne futro potrafi być droższe od prawdziwego, a prawdziwe –  nieprzyzwoicie tanie.

Ważny głos zabierają też projektanci, którzy otwarcie mówią, że w swoich kolekcjach przestają używać futer.

Coraz więcej firm decyduje się na rezygnację z futer naturalnych i mam tutaj na myśli naprawdę duże marki, takie jak Hugo Boss. Robią to ze względu na ludzi, którzy futer kupować już nie chcą. Bardzo ciekawy jest temat rynku modowego. W niektórych krajach przeprowadzono badania nad toksycznością futer naturalnych i sztucznych. Niektórzy hodowcy starają się reklamować swoje produkty jako naturalne, ekologiczne, dobre dla środowiska. Okazuje się, że jest wprost przeciwnie. W procesie zabezpieczania skóry i futra przed naturalnymi procesami rozkładu, wykorzystuje się ogromną liczbę środków chemicznych. Chemikalia wykorzystywane do tego procesu zostają też w produkcie końcowym, który potem na siebie wkładamy. W każdym takim produkcie stężenie substancji toksycznych jest podwyższone.

Jest ich więcej niż w sztucznym futrze?

Tak. O tym mówi się coraz częściej. Przykładowo, dużo produktów we Włoszech zostało przez to wycofanych z rynku, ponieważ były one potencjalnie rakotwórcze. Okazuje się, że czegokolwiek byśmy nie mierzyli: zanieczyszczenia powietrza, skażenia wody czy nagromadzenia wykorzystanych substancji toksycznych, to futra naturalne zawsze wypadają gorzej niż te sztuczne. Producenci odpowiadają, że jedno porządne, naturalne futro starczy nam nawet na sto lat. Tylko która dziewczyna będzie nosić futro sprzed stu lat? Zwłaszcza, że te futrzane dodatki nie wpływają na jakość całego produktu. Udowodniono też, że nawet jeśli żywotność takiego futra wynosiłaby sto lat, to i tak jego produkcja byłaby bardziej toksyczna dla środowiska niż stworzenie kilku sztucznych zamienników.

Blondynka z krótkimi włosami w koszulce Otwarte Klatki wygłasza wykład

Otwarte Klatki od samego początku zajmowały się hodowlą zwierząt futerkowych?

My przede wszystkim zajmujemy się tematem przemysłowej hodowli zwierząt, jest to najgorszy rodzaj. Zwierzętami futerkowymi też interesujemy się od samego początku. To była nasza pierwsza kampania. A w Polsce norki i lisy hoduje się tylko w sposób przemysłowy, na dużych fermach, fabrykach zwierząt.

Czym zajmowałaś się przed założeniem Otwartych Klatek?

Działałam w kilku nieformalnych grupach prozwierzęcych, wcześniej w grupach kobiecych.

Czyli od feminizmu do weganizmu?

(śmiech) Tak. Ja naprawdę szczerze wierzę, że to wszystko powoli zaczyna zmierzać w odpowiednim kierunku.

Tekst: Emilia Pluskota
Zdjęcia: Otwarte Klatki

Komentarze
Ponad 800 ferm zwierząt futerkowych w Polsce. Dlaczego nic o tym nie wiesz?
4.6 (91.49%) 47