Penis jak się patrzy

Co nawet największego samca alfa może wpędzić w kompleksy? Jak wielu facetów definiuje swoją męskość przez zawartość spodni? Porzućmy wszelką nadzieję – chociaż czasy się zmieniają, patriarchat trzyma się mocno, a najważniejszym jego elementem pozostaje penis. Nie zawsze w wymarzonym rozmiarze.

Peter, Percy, Rubert i Roger – oto pierwsza czwórka najpopularniejszych niegdyś w Anglii imion, które nadawano nie noworodkom, a penisom. W ścisłej czołówce byli jeszcze John i Willy, a dzisiejszy diament wśród imion, czyli Dick, rozgłosu doczekał dużo później i to tylko dlatego, że określenie dickory dock, od którego pochodzi, było za długie dla posługujących się tradycyjnym cockneyem. Penis bywał nie tylko Rogerem, ale też wężem, węgorzem, ptakiem, żółwiem, rybą (!), mieczem, dzidą czy lancą. O ile te mniej lub bardziej wyszukane metafory miały po prostu hamować rumieńce wstydu, które pojawiały się na dźwięk słów dick lub cock, to imiona dostały od losu funkcję specjalną. Sugerowały, że penis to nie pierwsza lepsza część ciała jak, dajmy na to, ucho, ale organ wyjątkowy, ważny i co najistotniejsze – odrębny. Przez długi czas owa odrębność penisa była kategorią absolutnie kluczową – skoro penis już rządzi mężczyzną, to niech przynajmniej nie będzie władcą anonimowym.

Święta laska
W czasach, kiedy wszystko było prostsze i życie kręciło się generalnie wokół jedzenia i kopulowania, penis dumnie stał na posterunku i de facto wypełniał najważniejsze sfery. Fallusem tłumaczono wszystko to, czego przed wynalezieniem religii monotoistecznej nie można było wyjaśniać gniewem lub radością pojedynczego Boga. Penisy rzeźbiono na murach miast i prywatnych mieszkań, by odpędzały pecha. Zwycięskie rydwany były wyposażone w rzeźbę monumentalnego członka. Natomiast bracia poganie urządzali sobie święta płodności, w trakcie których kto nie miał zawieszki w kształcie drewnianego fallusa, ten trąba.

baked

Oczywiście penisa nie mogło zabraknąć również w kuchni, w której wypiekano odpowiednio uformowane ciasta, co ostatecznie kończy dyskusję, skąd u waszych wesołych koleżanek pomysł na torty z lukrowanymi penisami. Na Bliskim Wschodzie do sprawy podchodzono poważniej i nie bawiono się w tanie atrapy. Jak głoszą plotki, nowy król zjadał penis swojego poprzednika, by przejąć jego siłę i moc. Hebrajczycy z kolei składając przysięgę w jakiejś hiperważnej sprawie, podkreślali prawdziwość swoich słów łapiąc za jądra tego, komu się przysięgało. Potencję i siłę męskiego członka podkreślała również niezastąpiona mitologia. Piorun Zeusa, trójząb Posejdona czy różdżka czarodzieja to zdecydowanie nieprzypadkowy trend, w który idealnie wpisuje się do dziś laska marszałkowska.

Pałka demona
Penis spada z piedestału dopiero, gdy na arenę dziejów wkracza oświecenie. Wtedy mit fallocentryczny traci swoją siłę rażenia. W sumie już nawet wcześniej fallus zaczął mieć zdecydowanie czarny PR. Inkwizycja prowadzi bowiem swoje legendarne polowania na czarownice, które oskarżane są nie tylko o czary i magię, ale przede wszystkim o odbywanie stosunków z diabłem. Kwestia szatańskiego penisa rozpala opinię publiczną do czerwoności. Jaki jest jego kolor i rozmiar? A może diabeł ma dwa penisy?

Fakt, że wszystkie, jak jeden mąż, przyznają, że penis demona był czarny, można uznać za komponent późniejszych uprzedzeń rasowych, ale ciekawsze wydaje się to, że kobiety zgodne były tylko co do tego szczegółu. Wielkość czy kształt wahały się od olbrzymiego i grubego po niewielkiego i cienkiego niczym serdeczny palec. Wniosek? Diabeł swoje kochanki wartościuje i wobec bardziej lubianych używa po prostu lepszego sprzętu. Ze świętej laski penis staje się pałką demona i na długo ląduje na cenzurowanym. Na nowo zaczyna się nim interesować dopiero freudowska psychoanaliza, która w członku widzi praprzyczynę wszelkich lęków, frustracji i późniejszych niepowodzeń. Woody Allen powiedział kiedyś, że zgadza się z Freudem co do osławionej zazdrości o penisa, tyle że on nie przypisywałby jej wyłącznie kobietom.

Pożądane centymetry
I tu jest właśnie penis pogrzebany. Chociaż członek nie zajmuje już aż tak wiele miejsca w kulturze jak wcześniej i nie stoi w absolutnym centrum wszechrzeczy, to nadal nie można przejść obok niego obojętnie. Kto ani razu nie wpisywał w wyszukiwarkę pytania „czy rozmiar ma znaczenie?”, niech podniesie rękę (ci, którzy chwilę wcześniej nerwowo kasowali historię przeglądarki się nie liczą). O niewielkich rozmiarach penisów sławnych mężczyzn krążą legendy, których główną funkcją jest chyba kompensacyjna. Skoro nawet Ernest Hemingway nie miał w spodniach anakondy, a pod koniec życia zmagał się z impotencją, to kto by się realnie przejmował wypełnieniem swoich bokserek? Wprawdzie niewiele potencjalnych kochanek zachwyci 12 cm, ale imponujące 30,5 cm Jimiego Hendrixa prędzej wzbudzi lęk niż dreszczyk podniecenia. Pocieszające jest to, że przeciętna kobieta ma naraz do czynienia z jednym penisem w erekcji i wtedy bardziej zajęta jest czym innym niż skanowanie rozmiaru i tworzenie w Excelu arkuszy kalkulacyjnych.

Jeśli ktoś poszukuje jednak realnego wsparcia, pomocną dłoń wyciąga do świata męskiego biologia. Uwaga! Penis przeciętnego mężczyzny i tak jest mniej więcej cztery razy większy niż wymaga tego Matka Natura. Co więcej, prezentuje się wyjątkowo okazale przy członkach goryli i orangutanów (4 cm w momencie wzwodu) czy szympansów (połowa średniej męskiej erekcji). Bronią w ręku wszystkich matek, żon i kochanek niech stanie się z kolei informacja, że o tym, czy dany gatunek jest zaprogramowany mono- czy poligamicznie świadczy wielkość jąder. A jądra męskie na tle innych gatunków nie należą do przesadnie dużych. Szach-mat, Casanovo.

Druga płeć
Sylvia Plath nie nazwałaby się zagorzałą entuzjastką tej części ciała mężczyzny. Podobno kiedyś powiedziała, że według niej męskie przyrodzenie wygląda jak szyja starego indyka. Kobiety zresztą od zawsze dzielą się na te, które w penisach widzą coś uroczego, a nawet rozczulającego, i takie, dla których to narząd dość jednak obrzydliwy. Z tego właśnie względu grupy zwolenniczek i przeciwniczek seksu oralnego prawdopodobnie nigdy nie znajdą wspólnego nomen omen języka. Skąd dokładnie biorą się te uprzedzenia, trudno wskazać jednoznacznie. Swego czasu niechęć do penisów mogło podsysać wczesne chrześcijaństwo, które ponad miarę gloryfikowało dziewictwo, przypominając z ambon, że doskonałość równa się posiadaniu błony dziewiczej. Tę gwarantuje rzecz jasna brak kontaktu z tym, co może ją naruszyć. Matka Boska jest tak wspaniała nie z powodu swojego macierzyństwa przecież, ale dlatego, że żaden członek nigdy jej czystości nie naruszył. Tak czy inaczej, penis wzbudza do dziś niestałą w proporcjach mieszankę przyjemności, strachu, niechęci i rozkoszy.

cuddles

Things My Dick Does
Jednoznacznie pozytywne skojarzenia chce wzbudzić projekt Things My Dick Does. Początek był dość klasyczny. Autor jest grafikiem, który chcąc urozmaicić sexting ze świeżo poznaną miłością swojego życia, wysyła zdjęcia swojego leżącego na poduszce penisa. Po drugiej stronie czatu obrazek spotyka się ze śmiechem i natychmiastową aprobatą, a to prowadzi do pomysłu, żeby poszerzyć grono potencjalnych odbiorców. Na Tumblerze lądują pierwsze zdjęcie i notka o tym, że penis musi czasem budzić się wcześniej niż mężczyzna, do którego został przytwierdzony, i z całą pewnością coś wtedy robi. Co? Gotuje, przytula pluszowego jeżyka albo niechętnie zakłada prezerwatywę. Autor tworzy ze swojego przyrodzenia rodzaj maskotki. Dorysowuje mu ręce i grymasy, oczywiście odpowiednio dobrane do sytuacji odgrywanej na zdjęciu. Penis bywa więc niepokonanym superbohaterem, nieustraszonym piratem, szczerzy się do kieliszka brandy albo ucina krótką drzemkę. Czasem jest wesoły, a czasem smutny, rozdrażniony czy senny. Ot, proza życia, którą urozmaicają mu mecze piłki nożnej (penis kibic), Halloween (penis wydrażąjący dynię) albo głosowanie (penis na wyborach). Do każdego czarno-białego obrazka dołączony jest krótki opis, który dopowiada historię ze zdjęcia, tworząc wrażenie dziennika, tyle że pisanego w trzeciej osobie. Alternatywne życie penisa śledzi 80 000 followersów i jak dotąd tylko kilka osób zostawiło na blogu negatywne komentarze, co może dowodzić, że Things My Dick Does wstrzeliło się w niezagospodarowaną dotąd niszę. A pruderia kruszeje pod naporem napletka.

W Things My Dick Does łatwo dostrzec głos, który pozwala gładko przejść do porządku dziennego nad zatraumiającym niektórych tematem penisa. Zamiast odbierać maile o powiększajacych członki preparatach i pompkach, odpalasz bloga, a tam penis w skorupce jajka posypany mąką. Nowa twarz penisa w wersji 2.0. wydaje się prezentować znacznie sympatyczniej niż wszystko, co do tej pory przerobił tak zwany „sprint historii”. Inicjatywa jest o tyle interesująca, że niemal całkowicie pozbawia członek seksualnego kontekstu. W zamian za to prezentuje sposób na dodanie paru kolorów do mocno erotycznego tła, w którym od zawsze się pojawiał. Niezależnie bowiem od tego, czy traktowano go jak „best gift ever” czy wpisywano na czarną listę, wszystko kręciło się wokół penetracji. Aktualny status zależał po prostu od zapatrywań danej epoki na kwestię ludzkiej seksualności. It’s 2015 i okazuje się, że penis, aby funkcjonować w społecznej świadomości, nie musi być ani straszny i odpychający, ani otoczony przesadną fascynacją czy kultem.

***
To, co znajduje się poniżej linii pępka przyjęło się uważać za wstydliwe i niegodne bycia tematem dyskusji inteligentnych ludzi. Zamiast jednak nerwowo uciekać wzrokiem i chować się za sformułowaniem „ale o czym tu rozmawiać”, można swój obyczajowy brak otwartości leczyć kulturą obrazka. Może z czasem przestaniemy za każdym razem z takim oddaniem gasić światło w sypialni.

tekst | Ida Drotko

zdjęcia | Things My Dick Does

Komentarze
Penis jak się patrzy
5 (100%) 1