Ostatnie bastiony streetu: czy powinniśmy za nimi płakać?

grupa skejtów na bmx'ach rozmawia z policjantami

Kultura streetu w świecie skateboardingu, bmx, rolek itp., istniała od zawsze, bowiem to ona była ich początkiem — Nie od razu skatepark zbudowano. Dzisiaj również mamy z nią do czynienia, ale czy na długo?

Coraz częściej słyszy się o niszczeniu, a nawet zabijaniu popularnych streetowych spotów, a w konsekwencji — nawet całej kultury streetu. Burzliwe rozmowy z władzami miast, facebookowe protesty…

Najświeższym tego przykładem jest warszawski SzaberBowl, czyli ukryty pod mostem Poniatowskiego — bowl, wybudowany tylko i wyłącznie przez skejterów. Obecnie przeznaczony jest do rozbiórki i uważany za samowolę, jednak twórcy miejscówki sprzeciwiają się decyzji miasta i obecnie walczą o powstanie w tym miejscu legalnego spota do akrobacji.

Władze miast niekiedy dają się skusić na takie propozycje, jak miało to miejsce w Katowicach, przy Pomniku Trudu Górniczego (PTG), wokół którego od samego jego powstania, skejci urządzali sobie miejsce spotkań, a gdy miasto chciało przenieść pomnik i sprzedać grunt, to właśnie oni stanęli murem, dzięki czemu obecnie jest tam legalny skatepark, którego można Ślązakom pozazdrościć. Genialny przejaw inicjatywy obywatelskiej, ale czy rzeczywiście się opłaca?

Takie miejsca przyciągają ludzi z całego świata i nie muszą być to koniecznie całe skateparki, niekiedy wystarczą duże schody czy kilka długich murków, by nadać miejscu streetowy klimat. Przykład: El Toro, 21-stopniowe schody odwiedzane przez riderów z całej Ameryki, tylko po to, by odhaczyć je na liście i zrobić coś, czego nie zrobił jeszcze nikt.

MACBA, miejsce znane przez każdego ridera na świecie, jeśli chodzi o trip do Barcelony — istny must-have: murki, murki i jeszcze raz murki, czyli wszystko, czego trzeba by przejechać pół świata. I to o to właśnie w tym wszystkim chodzi. Dla ridera przekrzywiony słupek obok sklepu już staje się „mini” miejscówką, którą będzie katować dzień w dzień, dopóki nie sklei triku lub właściciel go nie wygoni czy postawi przeszkodę do pionu. No właśnie… dopóki.

Jak mówi marka EtniesThe planet is our playground – tu można by postawić kropkę, wyjaśnia wszystko, ale drążymy… Czy street nie polega na robieniu rzeczy niemożliwych na rzeczach zwykłych, czytaj — nie twoich/publicznych?

Czy ridera nie napędza myśl, że zwykły Kowalski chodzi tędy na zakupy, a tymczasem on double-peg grind to hard 180 barspin? Czy opieprz od prawnego właściciela spotu nie jest stałym elementem streetowej wyprawy w miasto? Wszystko się zgadza, więc czy to naprawdę zabija street?

Tworząc legalny skatepark w takim miejscu, traci ono streetowy klimat i pojawia się w Mapach Google, czyniąc je obiektem sportu i rekreacji z tabliczką, a przecież street to coś o wiele więcej. Można wręcz powiedzieć, że to budowanie skateparków go zabija.

Street z założenia jest na granicy prawa, więc bez niej — streetem być przestaje. Gdy jedna miejscówka upadnie powstanie następna, z nową historią, nowymi przeszkodami, nowymi riderami. To właśnie ta nietrwałość całej formy staje się jej siłą napędową, widzisz murek — skaczesz, następnego dnia murku nie ma — szukasz kolejnego, takie jest prawo ulicy. Choćby nie wiadomo jakby się starać, streetu nie zabijesz, to tych ludzi tylko wzmacnia.

Tekst: Kacper Trzeciak

Komentarze
Ostatnie bastiony streetu: czy powinniśmy za nimi płakać?
3 (60%) 1