„Odetchnij od miasta”: 5 miejsc idealnych na urlop z dala od miejskiego chaosu

Drewniany dom wśród zieleni

Są miejsca, które pozwolą zapomnieć o miejskim hałasie, porannych korkach i pełnym smogu powietrzu. Odetchnij od miasta Aleksandry Bogusławskiej, czyli przewodnik po 62 wyjątkowych domach gościnnych, to książka, która zmieni myślenie o podróżowaniu po Polsce. A przed Wami pięć, wybranych przez nas miejsc, które znajdziecie w książce!

Stara Szkoła

Sercem Starej Szkoły jest wielki dwunastoosobowy stół. Posiłki przy nim potrafią się ciągnąć godzinami, bo to ulubione miejsce i gości, i gospodarzy. Na nim lądują wykwintne potrawy, przy nim odbywają się najserdeczniejsze rozmowy. Ten stół przyciąga ludzi jak magnes. Stół zajmuje honorowe miejsce w ogromnej, a jednocześnie przytulnej kuchni, obwieszonej naczyniami i plakatami z filmów o jedzeniu, a obok waz na zupę stoją długie rzędy książek kucharskich. Dzięki takiemu szczęśliwemu układowi można od razu podglądać, jak Ewa i Jacek Traczowie gotują pyszności, które zaraz wylądują na talerzach.

Stara Szkoła to miejsce, gdzie dobrą kuchnię traktuje się z należytą powagą i szacunkiem. Co nie znaczy, że goście są bombardowani niezrozumiałymi smakami i składnikami – wszystko pochodzi z najbliższych okolic, a w Starej Szkole często można spotkać dostawców przywożących tu swoje produkty: pachnące pomidory, ogromne cukinie, truskawki rosnące na oborniku, najlepsze kawałki mięsa, a także mleko, z którego Traczowie robią pyszny ser.

– Całe życie szukałam smaków, które pamiętam z wakacji spędzanych na wsi – wspomina Ewa. – Znalazłam je tutaj, w Wysokiej Wsi. W owocach, warzywach i zbożach rosnących wśród nieskażonej przyrody, hodowanych przez ludzi z pasją i zrozumieniem dla ziemi.

Niewiele brakowało, a Traczowie minęliby się z Mazurami. Choć większość życia spędzili w Łodzi, od zawsze są związani z górami i ich pierwotnym planem było zamieszkanie w schronisku przy szlaku. Gdy to okazało się niemożliwe, zaczęli szukać zabudowy poniemieckiej, a najlepiej dużego ceglanego domu. Zjeździli pół Polski i w końcu znaleźli ją. Starą szkołę.

Zagubiona wśród Wzgórz Dylewskich, miała w sobie upragnioną atmosferę spokojnego beskidzkiego schroniska. Traczowie dźwignęli ją z ruiny, by zamieszkać tu na stałe. Niedługo po tym po sąsiedzku zaczął budować się hotel spa Ireny Eris, a jego inwestorzy prosili Traczów, by w swojej szkole przenocowali pracowników budowlanych. To wtedy Ewie i Jackowi spodobało się przyjmowanie gości i stara szkoła została pensjonatem. Choć teraz Wzgórza Dylewskie są znane dzięki marketingowi sąsiadów, wtajemniczeni wiedzą dobrze, gdzie naprawdę warto przyjechać. Kuchnia jest tam, gdzie kiedyś odbywały się lekcje, a pokoje gościnne są urządzone w starych apartamentach nauczycielskich. W czasach pruskich profesorowie mieszkali w szkołach, w których uczyli, a przy nich mieli własne gospodarstwo. Budynek jest pieczołowicie odnowiony i nietrudno sobie wyobrazić, jak wyglądał przed stuleciem, kiedy w klasach zbierali się uczniowie z okolicy.

W tym starym budownictwie jest coś, co przyciąga. Siedząc przy kominku wieczorem, możesz mieć wrażenie, że mury oddychają. W środku takiego domu panuje niezwykła wręcz, magicznie relaksująca cisza. Nigdzie nie musisz się spieszyć, już po jednej nocy zwalniasz kroku i zamiast sprawdzać telefon – wertujesz książki znalezione na półkach Starej Szkoły. I nawet jeśli w domu zazwyczaj przesiadujesz przed telewizorem, tutaj dajesz się namówić Jackowi na rowery lub, jeśli leży śnieg, biegówki, w których jest on światowym ekspertem.

Kania Lodge

John Borrell jest postacią niezwykle barwną. Pochodzi z Nowej Zelandii, mieszkał w ponad stu krajach i przez większość kariery zawodowej był korespondentem wojennym. Pracował dla najważniejszych światowych agencji i gazet: BBC, Reuters, The Times, dla których przez ponad trzydzieści lat relacjonował wydarzenia drugiej połowy XX wieku. Kryzys libański, ostatnie lata kolonializmu, wojny narkotykowe w Kolumbii, upadek komunizmu, pierwsza inwazja na Irak, wojna w Jugosławii. To tylko nieliczne z wydarzeń, których Borrell był naocznym świadkiem. Prowadził życie ekscytujące i awanturnicze, w pracy obserwował jednak ogromne cierpienie. Patrzył na rozpadające się ustroje, bezsensowne wojny i ludzką rozpacz. Pod koniec lat osiemdziesiątych przyjechał też do Polski relacjonować wydarzenia prowadzące do końca komunizmu.

– Trafiłem na Kaszuby dzięki mojej żonie Ani – wspomina John. Anię poznał w Nigerii, gdzie wykładała historię sztuki na uniwersytecie. Jej rodzice mieli domek letniskowy w Sitnej Górze nad Jeziorem Białym. – Usiadłem więc pewnego letniego popołudnia na wzgórzu. Pode mną, w krystalicznie czystym jeziorze, odbijał się las, nade mną leciał klucz ptaków. Od tamtej chwili zacząłem marzyć o życiu z daleka od śmierci i zniszczenia.

Uznał Polskę za dobry kraj, w którym można zacząć wszystko od nowa. Uwierzył w potencjał do zmian, w odzyskaną wolność Polaków, a szczególnie w pejzaż Kaszub, który nieco przypomina łagodne wzgórza Toskanii. Dlatego też rzucił pracę w prestiżowym nowojorskim The Times, za którą dałoby się pokroić wielu dziennikarzy, i za dolary kupił ziemię nad Jeziorem Białym. Osiemnaście rozparcelowanych działek połączył znów w całość i wymarzył sobie stworzenie na nich najlepszego pensjonatu w Polsce.

To był zapewne pierwszy dom gościnny w kraju, zbudowany w 1994 roku. W Nowej Zelandii i Australii country guest houses od dawna były już popularnymi miejscami wypoczynku, podczas gdy u nas wciąż królowały niepodzielnie betonowe hotele lub kwatery do wynajęcia. John podszedł z rozmachem do projektu swojego pensjonatu, tworząc miejsce luksusowe. Z wielkimi apartamentami, dużym salonem z kominkiem, restauracją podającą wyszukane dania, spa, prywatnym kortem tenisowym i plażą. Budynki pensjonatu są przeszklone i bardzo jasne, a okna wszystkich pokoi sypialnych wychodzą na Jezioro Białe – zgodnie z głównym zamysłem Johna.

Z apartamentów i ogrodowych tarasów można obserwować, jak pięknie zmienia się kolor wody, raz odbijając białe promienie słońca, a raz chowając je w głębinach. Okazało się, że zapotrzebowanie na butikowy pensjonat było spore i do Kania Lodge zaczęli ściągać goście. Na początku głównie obcokrajowcy mieszkający w Polsce: ambasadorzy, biznesmeni. Doceniali wysoki standard, ale również możliwość pobytu na wsi. Do Kani jedzie się przez pagórkowaty kaszubski krajobraz, mijając pola uprawne ciągnące się aż po horyzont. Prawdziwa sielanka.

Pensjonat to teraz spore, znane na całych Kaszubach siedlisko. Latem goście pływają łódką po jeziorze, jeżdżą na rowerach po okolicy i grają w tenisa. Na stokach Kania Lodge pasą się owce i rosną winogrona. Enologia to pasja Johna, prowadzi on też wysyłkowy sklep z winem Wine Express, do którego sprowadza egzotyczne rodzaje trunków, między innymi z Australii i Nowej Zelandii. Kilka lat temu za namową znajomego zaczął też produkować ekskluzywną wódkę Vestal z wyselekcjonowanych odmian ziemniaków. Sprzedawana w limitowanej liczbie butelek, każda z nich ma swój numer i rocznik. Ponad dwadzieścia lat po zamieszkaniu w Polsce John dalej wprowadza tu nowe trendy i odważnie podejmuje kolejne wyzwania. W tym czasie był świadkiem zmian, jakie zaszły w naszym kraju po transformacji. Kiedyś z Kani nie było widać żadnych świateł, traktory stanowiły rzadki luksus, a ludzie nie chodzili do restauracji. Dziś większość gości pensjonatu to Polacy, którzy doceniają wykwintne wino, obszerne apartamenty i jagnięcinę z owiec pasących się za oknem. Oraz oczywiście rozmowę z gospodarzem, mającym wobec swoich zawodowych doświadczeń bardzo ciekawą perspektywę zdobytą w ciągu ostatnich dwudziestu lat.

– Jestem jednak bardzo szczęśliwy, że tu się znalazłem. Tęsknię za pisaniem, ale nie za życiem reportera – stwierdza John.

Patrząc na widoki z Kania Lodge, trudno mu się dziwić.

Siedlisko Leluja

Tradycyjny ośmioosobowy dom kurpiowski oraz osobny pokoik dla gości w kurniku. Dzieciaki mogą tu doświadczyć prawdziwego życia na wsi, a do dyspozycji mają sporą stodołę z zabawkami (i możliwością spania na sianie), różne zwierzaki oraz pomoc wesołej gromadki tubylców. Monika Żurawska wita mnie szerokim uśmiechem. Jest już po sezonie, gości niewielu, ale w Siedlisku zawsze ma ręce pełne roboty. Pieli grządki, zajmuje się zwierzętami, jeździ ciągnikiem po polach, gotuje dla dwójki dzieci, robi remont i opiekuje się gośćmi Siedliska. Najczęściej wszystko naraz. Leluja jest w Wielgolasie, nieco ponad godzinę drogi od Warszawy. Wojtek, mąż Moniki, pracuje zresztą nadal w stolicy i dojeżdża do pracy ze wsi.

– Ja bym w życiu tak nie chciała – zdradza Monika – mi jest tutaj dobrze. W Warszawie brakowało mi przestrzeni, czułam, że się duszę. W tym miejscu trudno się dusić: jak okiem sięgnąć szeroko rozciągają się łąki i lasy. Okolica jest cicha, na terenie Siedliska słychać tylko beczenie kóz, rżenie koni i szum traw na okolicznych polach. Tutaj goście nie tylko odrywają się od swojej miastowej rzeczywistości, ale też kompletnie o niej zapominają.

Początki jednak bywały bardzo trudne. Monika i Wojtek zamarzyli o życiu na wsi, kupili działkę, sprowadzili zwierzęta. Nic jednak nie wiedzieli o praktycznej stronie takiego życia. Jak sami przyznają, doić kozy uczyli się… z filmów na YouTubie. Monika była jednak zdeterminowana i bez żalu zostawiła swoją warszawską pracę na rzecz życia na wsi. Dziś, po skończeniu kilku kursów serowarskich, uczy innych robić sery i dbać o zwierzęta. W lipcu 2017 roku otworzyła również fundację Maryjkowo, która wspiera dzieci i młodzież z okolicy, pomaga im organizować zajęcia artystyczne, a nawet warsztaty teatralne.

Za miejsce spotkań służy im stara stodoła wypełniona pachnącym sianem, gdzie zresztą można spać latem – jak na prawdziwą wieś przystało. Dom dla gości ma również prawdziwie sielski klimat. Siedlisko leży w Kurpiach Białych i główna chata jest właśnie typową kurpiowską chatą krytą trzciną. A „leluja” to nazwa tradycyjnej wycinanki w kształcie drzewa, która widnieje na logo Siedliska. Drewniane domy są ozdobione tradycyjnymi dekoracjami, makatkami, wyszywankami oraz obrazkami religijnymi, które zbiera Monika.

Zastanawiam się, jak drobna kobieta radzi sobie z ogromnym gospodarstwem, zwierzętami, agroturystyką, dziećmi? Zdaje się jednak, że Moniki nigdy nie opuszcza dobry humor i pozytywne nastawienie do świata.

– Odpowiada mi takie sielskie życie, ja tego chcę – przyznaje z radością. – Mogę spać z dzieciakami na sianie, przebywać ze zwierzętami, żyć naturalnym rytmem. Dla mnie to jest raj.

Taras Tarczyn

Urian Hopman. Scenograf, aktor, coach, założyciel hipisowskiej wioski w Ruigoord pod Amsterdamem, prezenter telewizyjny, kolekcjoner staroci, malarz, projektant ubrań i wnętrz. Artysta totalny. Marzyciel niepoprawny. Do Polski przyjechał w 1991 roku, niedługo po upadku komunizmu. Wtedy pracował w holenderskiej firmie sprzedającej dekoracje świąteczne i na Dolny Śląsk zabrał go jego ówczesny szef, który znalazł tu producentów.

Zobaczyłem wzgórza, zielone lasy, wozy ciągnięte przez konie, ludzi śpiewających podczas zbiorów na polach. Uznałem to za strasznie romantyczne, wszyscy zdawali się szczęśliwi i wolni – twierdzi Urian. – Praktycznie natychmiast postanowiłem przenieść się do Polski.

Życie w naszym kraju przypominało mu nieco dzieciństwo, które spędził na farmie tulipanów pod Amsterdamem. Od małego jednak w głowie Uriana była sztuka. Tej pasji nie powstrzymali ani jego rodzice – rolnicy, ani nikt inny. W Amsterdamie prowadził burzliwe i pełne przygód życie wśród holenderskiej bohemy lat siedemdziesiątych. Za jego życiorysem trudno nadążyć, bo obfituje w ciągłe szalone zmiany, a liczba uprawianych przez niego zawodów może przyprawić o zawrót głowy. Raz był dyrektorem artystycznym największych holenderskich teatrów, raz hipisem mieszkającym w opuszczonym domu. Projektował buty i robił meble. Jeździł po świecie w poszukiwaniu dekoracji do swojego domu, potem zaszywał się gdzieś na kilka lat, by malować.

Sam twierdzi, że nie jest w stanie zbyt długo usiedzieć na miejscu i szybko szuka czegoś nowego. Jak dotąd najdłużej usiedział jednak w Tarczynie. Ta wioska jest powszechnie uznawana za najpiękniejszą na Dolnym Śląsku. Położona na wzniesieniu góry Tarczynka (422 m n.p.m.), z szerokim widokiem na okoliczne pagórki, lasy i doliny, Karkonosze i Śnieżkę. Tarczyn jest też jedną z najstarszych wsi Dolnego Śląska, pierwsze wzmianki o niej pochodzą ze średniowiecza, ale w okolicy znaleziono nawet pozostałości rzymskiego traktu handlowego. Teraz w Tarczynie mieszka tylko kilkanaście osób. Właśnie tu na początku lat dziewięćdziesiątych Urian kupił budynek po dawnej karczmie.

W 2001 roku, pod koniec remontu, ktoś podpalił ten dom pod nieobecność Holendra. Podobno nie ze złości na właściciela, ale na świat. Z karczmy jednak pozostały tylko zgliszcza. Opowiadając o tym teraz, jest bardzo spokojny i zdaje się zupełnie pogodzony z tym, co go spotkało. Przez kolejne lata zbierał fundusze na odnowienie swojej posesji, bo agroturystyka to najbliższy jego sercu projekt, a Dolny Śląsk – ukochane miejsce na świecie. Nawet mimo tego, że żył we Francji, w Indiach, Maroku czy Namibii. To tam kupował i zbierał przedmioty ozdabiające teraz jego dom, które tworzą niepowtarzalne wnętrza Tarasu Tarczyn. Właśnie te wnętrza i niesamowite ciepło gospodarza przyciągają gości do tego miejsca.

Od czasu pożaru z pomocą znajomych i sąsiadów powoli odnawia stodołę, która nie uległa zniszczeniu, oraz spalony dom. W środku tymczasem tworzy swoje kompozycje z mebli, naczyń, lamp, rzeźb i obrazów. Jeździ na pchle targi i odnawia przedmioty, których nikt inny nie chciał. Największe wrażenie robią kilkusetletnie dolnośląskie szafy, fantazyjnie malowane w aniołki i kościółki przez starych rzemieślników. Jak się okazuje, świetnie pasują one do marokańskich kafelków i malowanych tkanin z Afryki czy ogromnej kolekcji naczyń: misek, wazonów i kubków. To miejsce dla prawdziwych wolnych duchów, którzy będą umieli docenić niezwykły wystrój i swobodną atmosferę panującą w domu. Nie ma tu nic z hotelowych klimatów, za to od razu po przyjeździe przychodzi ochota na pracę twórczą. To właśnie po to powstał Taras Tarczyn.

Urian mimo starszego już wieku nadal realizuje się zawodowo, tworząc przede wszystkim scenografie dla holenderskich teatrów. Nie zamierza jednak ruszać się poza Tarczyn, jest wręcz lokalnym patriotą i chętnie udziela się tu społecznie. Powoli też uczy się języka polskiego, choć w Tarasie Tarczyn dalej najchętniej goszczą hipisi z Holandii i Belgii. Latem na łące przed stodołą staje jurta dla gości, można też rozkładać namioty, grać muzykę, śpiewać. Słowem – czego dusza zapragnie. Goście mówią, że Taras Tarczyn to raj, a sąsiedzi przychodzą tu choćby tylko po to, by chwilę posiedzieć w pięknej stodole. Dobra energia Uriana udziela się każdemu, kto go odwiedza.

Możliwość podziwiania tych widoków, obcowanie z naturą i znajomość z tymi ludźmi sprawiają mi ogromną radość – twierdzi. – Uważam moje życie w Tarczynie za ogromny przywilej i codziennie z całych sił to doceniam.

Kozia Farma

Przyjechać na Kozią Farmę to jak na chwilę przenieść się w Bieszczady. Tyle że Kozia znajduje się 40 kilometrów od centrum Warszawy. Na farmie jest całoroczny cieplutki domek z sauną, w lecie również jurta mongolska i niewielki pokój dla pary. Oraz kozy oczywiście.

Od dawna miałam poczucie, że tempo życia w mieście nie jest moje – mówi Edyta Wdowiak. – Zaczynałam boleśnie odczuwać skutki przeciążenia pracą po dwanaście godzin na dobę. Chciałam zwolnić. Potrzebowałam zwolnić.

Udało jej się to zrobić – nie tak daleko od miasta, ale jednak w innym świecie. W Aleksandrowie, pięćdziesiąt minut jazdy od centrum Warszawy. Dom na skraju wsi, w środku mazowieckich lasów. Cisza, zapach sosen, brak zasięgu. Przekraczając bramę działki, Edyta wraz z mężem Jackiem po raz pierwszy poczuli już pozytywną, wyciszającą energię tego miejsca. Decyzja o zamieszkaniu tu zapadła w ułamku sekundy. Nawet mimo tego, że na podwórku leżała sterta śmieci, a dom miał w zasadzie tylko cztery ściany. Zobaczyli tu jednak coś więcej: swoje miejsce na świecie.

– Wiedziałam od początku, że grzechem byłoby trzymać to wszystko tylko dla siebie – mówi Edyta. – Wtedy pierwszy raz przemknęła mi myśl o agroturystyce, a konkretniej o miejscu, które będzie służyć innym w regeneracji sił witalnych. A ja wierzę, że kiedy czegoś pragniesz, cały wszechświat jednoczy się w wysiłkach, by wspomóc cię w spełnianiu twojego marzenia.

I tak po kolei zaczęły się spełniać marzenia Edyty i Jacka. Jednym z nich były kozy – Zuzia i Fruzia, które Edyta dostała na urodziny. Na farmie wkrótce zaczęły się też pojawiać kolejne rogacze, które kupowali z emocjonalnych pobudek, uwalniając je prosto z łańcucha. Dziś szczęśliwe zwierzaki sprawiają radość gościom i właścicielom: są mądre i towarzyskie, a przy tym ciekawskie i psotne. Z ich mleka gospodarze robią sery – w niewielkich ilościach i tylko wtedy, gdy zwierzęta dają mleko. Po kozach przyszedł czas na ruską banię, którą Edyta i Jacek uwielbiają. Dom z bali, całkowicie ogrzewany przez tę właśnie banię, budowali z pomocą znajomych. Plan dzielenia się tym miejscem z ludźmi spełnili dopiero rok temu. Goście przyjeżdżają tu, by na chwilę oderwać się od rzeczywistości.

Wygrzać się w saunie, posiedzieć w gorącej beczce, porozmawiać z przyjaciółmi przy ognisku. Na farmie dzieje się teraz całkiem sporo. Znajomi właścicieli prowadzą tu warsztaty stolarskie, zajęcia jogi, Chi Kung. Są masaże ajurwedyjskie i szkolenia, jak radzić sobie ze stresem, niezbędne we współczesnych świecie. Tymczasem już przekraczając furtkę Koziej Farmy, ma się wrażenie, że to tak naprawdę przejście do innego świata. Czeka w nim ciepły domek z widokiem na las, cisza panująca w jurcie mongolskiej i intymna atmosfera samodzielnego apartamentu dla dwojga. Jeśli dodać do tego wegetariańską kuchnię ze składników rosnących w ogródku, świeże sery kozie i dużo zwierzaków mieszkających na Farmie, to nie ma po co wracać do normalnego świata.

Autorka przewodnika Aleksandra Bogusławska to podróżniczka, fotografka, blogerka. Od 2009 roku z powodzeniem prowadzi popularnego bloga Duże Podróże. Żyje na walizkach, podróżując po takich krajach jak Portugalia, Włochy, Turcja, Francja, Tunezja, Maroko, Irlandia i wiele innych. Jej ostatnia przystań to Edynburg.

Odetchnij od miasta to niezwykły przewodnik po agroturystykach ukrytych w najdalszych zakątkach Polski. Ale nie tylko. To także opowieść o ludziach – odważnych, zdeterminowanych, otwartych – dla których prowadzenie domu gościnnego to prawdziwa pasja. Książkę możecie kupić tutaj: https://bit.ly/2KXh0Xj.

Komentarze
„Odetchnij od miasta”: 5 miejsc idealnych na urlop z dala od miejskiego chaosu
3 (60%) 1