Młodzi ludzie a Brexit: podział, który miał zjednoczyć

Grupa hipsterów w kolorowych okularach

Gorąco pragnęli zmiany i ją dostali. Brytyjczycy podjęli przełomową decyzję o wyjściu z Unii Europejskiej. Większość jest zadowolona, ponieważ jak wiadomo ignorance is bliss. Piękne slogany do nich przemówiły: że odzyskają „swój” kraj, że nagle wszystko się zmieni na ich korzyść. Niedługo po wynikach, samozwańczy patrioci są w stanie odczuć, że nowa sytuacja to nie raj, który im obiecywano. Rozmawiamy z Brytyjczykami po opadnięciu pierwszego „brexitowego” kurzu. 

Kilka dni temu Nigel Farage, były przewodniczący Partii Niepodległości Zdjednoczonego Królestwa, pojawił się przed mównicą na spotkaniu Donalda Trumpa z wyborcami. Kandydat na prezydenta chwalił go publicznie za sukces, jaki odniósł w kampanii Brexitu pomimo utrzymujących się latami głosów sprzeciwu, żartów i ogólnego braku wiary. Łatwo zrozumieć gorące wsparcie Trumpa i jego zachwyt.

Brexit – chwytliwe portmanteau wyrazów „Britain” i „exit” – spowodował nie lada rwetes w całej Europie. W czerwcu 52% głosujących w referendum przekonało rząd do podjęcia decyzji o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. Jednak od tamtej pory minęły dwa miesiące, a David Cameron wciąż oficjalnie nie powiadomił Rady Europejskiej o owym zamiarze, co wedle zapisów Art. 50. traktatu Unii należy zrobić. Procedura wyjścia jest żmudna i skomplikowana, ale niezbędna do ustalenia zasad relacji z krajami Unii. Negocjacje mają potrwać nawet dwa lata. Czy to przypadek, że wraz z obwieszczeniem wyników, propagatorzy tej idei Boris Johnson i Nigel Farage, postanowili przejść na emeryturę? Cóż za gorliwość i oddanie sprawie!

Obrazek z angielskim dżentelmenem przy plakacie ze sloganem politycznym

Prawdziwym pytaniem w związku z tak ważną zmianą ekonomiczno-polityczną dla narodu brytyjskiego jest: Jaka przyszłość czeka tych, którzy faktycznie będą musieli żyć z jej konsekwencjami? Studiując na angielskim uniwersytecie przez ostatnie trzy lata, mieszkałam z czteroma Brytyjkami pochodzącymi z Londynu. Postanowiłam zapytać je oraz innych znajomych urodzonych w Anglii, jakie są ich osobiste odczucia w związku z kampanią polityczną obu stron brexitu oraz wynikami referendum. Większość osób głosowała przeciwko wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii. Na szczęście udało mi się znaleźć i podpytać dwóch studentów, którzy głosowali „za”.

Dwójka Brytyjskich młodych ludzi obserwuje wyniki referendum

Głosy „za” wyjściem z Unii

James, 22 lata, przekonuje mnie do swoich racji. – Patriotyzm już nie istnieje w tak różnorodnym świecie. Mój głos nie był motywowany nietolerancją. Uważam, że to dobry ruch pod względem ekonomicznym. Rynek UE jest skorumpowany i stworzony, by dawać korzyści elitom. Pojedynczy rząd, np. brytyjski, jest w stanie lepiej rozwiązywać problemy kraju bez ingerencji z zewnątrz –  dodaje. Zapytany o to, jak przewiduje, że ta zmiana dotknie go osobiście, nie boi się konsekwencji. –  Nie sądzę, bym to odczuł. Moja praca obejmuje klientele z wystarczającym dochodem, by być odpornym przed jakimikolwiek zmianami ekonomicznymi  – tłumaczy.

Inną motywację podaje Charles, 21-letni student: – Uważam się za Brytyjczyka, nie Europejczyka. Chcę, by mój kraj rozwijał się wolny od korupcji. Nie wiem jak wpłynie to na moje życie, ale mam nadzieję, że ostatecznie zjednoczy to kraje Wielkiej Brytanii, zamiast je podzielić – dodaje optymistycznie. Co za niesamowity paradoks. „Zjednoczeni” i „patriotyzm” to często powtarzane, ładnie brzmiące słowa, które przemawiają do naiwnych wyborców.

Prawda jest jednak taka, że Szkocja już teraz chce być odłączona od Wielkiej Brytanii. Walijczycy wręcz nienawidzą Anglików za, cóż, spójrzcie na historię stosunków między tymi krajami. Mój kolega z Walii żyje dla momentów, gdy Anglicy przegrywają mecze rugby. Anglicy ze swym pretensjonalnym akcentem  –   który i tak wymiera, gdyż coraz mniej ludzi stara się mówić ładnym językiem –  naśmiewają się z twardego akcentu swoich brytyjskich „braci”. Wygląda na to, że mówiąc o patrioryzmie, moi rozmówcy chwytają się idei, a nie tego, co faktycznie za nią stoi.

Grupa ludzi ubranych na czarno na ulicy

Neutralne opinie

19-letni Will nie głosował wcale. – Wyniki referendum nie będą miały na mnie żadnego wpływu. Mam brytyjski i irlandzki paszport, więc mógłbym studiować za darmo w UE. Uważam, że przestępstwa na tle rasowym istniały od zawsze i nie się nie zmieniło. Ale co ja tam wiem, jestem biały – dodaje. Podobne zdanie ma Peter, który jest pół-Anglikiem. – Mam również francuski paszport, więc zmiany w stosunkach Wielka Brytania-reszta Europy nie będą mnie dotyczyć – odpowiada nonszalancko. Łatwo jest zachować taką obojętność, gdy czuje się komfort podwójnego obywatelstwa. Obaj zapominają, że nawet ich dotkną zmiany, jakie Brexit wprowadzi w codziennym życiu.

Głosy „przeciw” wyjściu z Unii

Studentka historii Jenny ma 20 lat i urodziła się w Anglii, ale jej rodzice są pochodzenia greckiego oraz tunezyjskiego. – Wciąż mam nadzieję, że to się jednak nie wydarzy. Referendum było jedynie sprawdzeniem, czego pragnie społeczeństwo. Rząd nie musi go słuchać. Faktyczne odejście z Unii nie będzie łatwe. To będzie jak okropny rozwód, a moje pokolenie to dzieci, które chcą, by to małżeństwo wyszło. Wielka Brytania zostanie odizolowana od reszty Europy – mówi. Connor to z kolei student literatury angielskiej, który ze smutkiem przyznaje, że Brexit obudził ciemną stronę społeczeństwa. – Wyniki referendum dały ludziom przyzwolenie na ksenofobiczne i rasistowskie komentarze. Uważam, że kampania Farage’a była oparta na kłamliwych statystykach i propagandzie obiecującej lepsze życie. Ludzie nie rozumieją, że obcokrajowcy napędzają naszą gospodarkę. Jedna trzecia lekarzy i pielęgniarek w publicznej służbie zdrowia to nie są Brytyjczycy – dopowiada.

Trzech mężczyzn w letnich ubraniach w plenerze

Anita to urodzona w Anglii córka Amerykanki i Szwajcara, która dopiero od niedawna ubiega się o brytyjski paszport. –  Mimo, że spędziłam tu całe życe, nie czuję się mile widziana, biorąc pod uwagę wyniki referendum. Nie dość, że podróżowanie po Europie stanie się trudniejsze, to jeszcze i kulturowo Wielka Brytania zostanie odizolowana – tłumaczy.

Jako Polka w Anglii bardzo się obawiałam takiego obrotu sprawy. Jednak w przeciwieństwie do wielu Polaków, którzy przyjechali tutaj do pracy bez zamiaru asymilacji lub integracji z angielskim społeczeństwem, nie sądzę, by wyniki referendum zniszczyły moje plany na rozwój zawodowy w Anglii. By tu studiować, wzięłam pożyczkę studencką od rządu. Warunkiem jej spłacenia jest praca w Anglii. Dlatego też nie wydaje mi się, by ktokolwiek był skory do wyrzucenia mnie z kraju w bliskiej przyszłości. Ula, moja rówieśniczka, która również mieszka w Anglii, bardzo negatywnie postrzega wybór dokonany przez większość Brytyjczyków. – Czuję, że brexit pozwolił ludziom wyjść ze swojego zakłamania i udawania, że ludzie są równi. Teraz myślą, że mają przyzwolenie, żeby otwarcie powiedzieć komuś „nie chcemy cię tu”. I przeraża mnie, do czego to może prowadzić. To, że już teraz odwracają wzrok od umierających dzieci, które płyną do nich na pontonach. To, że my „kradniemy” im pracę i zasiłki. Bedą też mieli inny problem. Brytyjczycy studiują sztukę i taniec, a wywalą obcokrajowców inżynierów i lekarzy, którzy wydają na to mnóstwo kasy tym samym napędzając ekonomię  – opowiada.

Jednym ze sloganów, który został zapożyczony od kampanii Trumpa było „Let’s make Great Britain great again!”. Jak na ironię, zamiast zjednoczyć kraj, wyniki referendum zaznaczyły podział społeczeństwa. Duże miasta takie jak Londyn lub Manchester głosowały w większości przeciwko brexitowi. W tym samym czasie mieszkańcy mniejszych miast oraz wsi ulegli wdziękowi i ładnie brzmiącym słowom kampani pro-brexit. Podobnie jak w Stanach mieszkańcy metropolii takich jak Los Angeles czy Nowy Jork nie potrafią zrozumieć i uwierzyć w popularność Donalda Trumpa.

Brytyjczycy z flagami

Ceny mieszkań pozostają wysokie, a międzynarodowe korporacje planują swój własny brexit – vodafone, ryanair oraz easyjet. Nawet tak producenci trywialnych produktów mlecznych będą musieli podnieść swoje ceny. Krzycząc „we want our country back!”, wyborcy nie uwzględnili dobra swoich pobratymców poza Wyspami. Miliony relaksujących się w Hiszpanii lub na południu Francji brytyjskich emerytów nie będą już miały darmowego ubezpieczenia zdrowotnego. Piłkarze spoza Wielkiej Brytanii nie będą mogli tak łatwo przenosić się do angielskich klubów. A przecież jak wiemy, Anglicy niczego tak nie kochają jak dobrego meczu!

Można też zauważyć jak bardzo chcą zadbać o rozwój naukowy i edukację –  15% procent personelu uniwersyteckiego to osoby spoza UE. Studenci spoza Europy nie będą mieli łatwo ze znalezieniem pracy po studiach. Wiza pracownicza nie będzie już zamienna z wizą studencką. Kto więc będzie leczył cukrzycę korpulentnych zwolenników Brexitu? Kto będzie napędzał gospodarkę? Popularną opinią w ciągu ostatnich lat jest to, że obcokrajowcy „zabierają” Brytyjczykom prace. Najwięcej tego typu sądów wypowiadanych jest przez chavy („dresiarskich”) Anglików, którzy swoją edukację ukończyli na poziomie podstawowym i przez większość życia pozostają na zasiłkach.

Osoby, które będą musiały żyć z konsekwencjami Brexitu to oczywiście millenialsi. Wygląda na to, że zmiany polityczne nie sprawią, że kraj zacznie płynąć mlekiem i miodem. Dodatkowo niosą oni na barkach brzemię, bo przecież „młodzi ludzie to przyszłość narodu”. Przy braku jedności w społeczeństwie, jak będzie wyglądać wspólne budowanie przyszłości? Rozwód Zjednoczonego Królestwa z Unią Europejską wpłynie na codzienne życie mieszkańców. I wszyscy wiemy, że seperacja rodziców powoduje nieodwracalną traumę ich dzieci.

Tekst: Martyna Posluszna

Młodzi ludzie a Brexit: podział, który miał zjednoczyć
4.94 (98.82%) 17