Adam Green miał kiedyś zespół, w którym brało się narkotyki, a potem pisało o tym piosenki (okej, było parę o miłości, ale to też pewnie kwestia używek). Potem nagrał kilka solowych płyt, gdzie ćpuńskie aluzje przegrały z durnym szowinistycznym dowcipem. Dziś Adam Green jest trochę jak Frank Sinatra, tylko nie taki wysublimowany i czysty. Lubimy te jego oszukane swingi od niechcenia i to, że jest z Nowego Jorku. Naczelna wierzy, że są sobie przeznaczeni.



























Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...