MAG. / KOMIKS/KSIĄŻKA
 PIERWSZY DOJRZAŁY KOMIKS
PIERWSZY DOJRZAŁY KOMIKS
SZNINKIEL
Tekst: Bartosz Sztybor    
2009.12.11
Sceny nagości i brutalność, a także niebanalna tematyka sprawiły, że – wydany w Polsce po raz pierwszy w 1988 roku – „Szninkiel” pozostał dziełem kultowym w oczach niejednego czytelnika, miłośnika gatunku czy przyszłego twórcy komiksów. Przy okazji reedycji oryginalnego wydania ci ostatni postanowili podzielić się swoimi wspomnieniami dotyczącymi przełomowej lektury ich młodości.

Nazwiska twórców, Grzegorza Rosińskiego oraz Jeana Van Hamme’a, których legendarny „Thorgal” publikowany był w popularnym „Relaksie”, bez wątpienia elektryzowały polskich czytelników. Choć popularność „Szninkiela” to nie renoma autorów, a w głównej mierze sytuacja ówczesnego rynku. Pod koniec lat 80. zagraniczne historie obrazkowe nie krzyczały do odbiorców ze sklepowych półek, a jedyną furtką (i to delikatnie uchyloną, by przeciągu nie było) na światową twórczość były magazyny komiksowe. Skromna liczba wydawanych tytułów i jakość poszczególnych wydań sprawiły, że kilkusetstronicowy „Szninkiel” kusił już samym wyglądem okładki i gabarytami. No a poza tym – niech już będzie – także kusili wspomniani Van Hamme oraz Rosiński, czyli nasz człowiek we Francji.

Komiks wzbudził zainteresowanie głównie wśród dość młodych czytelników, co zresztą nie powinno dziwić, bo przecież – uwaga, cynizm – według przeważającej części społeczeństwa historie obrazkowe są rozrywką dla dzieci. No i właśnie te dzieci starały się za wszelką cenę zdobyć „Szninkiela”, co nie zawsze należało do najłatwiejszych zadań. Oczywiście dla jednych – jak dla Piotra Nowackiego, współautora „Mutującej teczki” – wiązało się to po prostu z prozaiczną wycieczką do kiosku. Inni jednak musieli się bardziej natrudzić, czego najlepszym przykładem jest sytuacja Krzysztofa Ostrowskiego, twórcy „Plasteliny”: „Pamiętam, że Szninkiel kosztował 1500 złotych i że nie było mnie na niego stać. Tak więc wymieniłem się z kolegą z podwórka za kilkanaście oryginalnych Conanów. Igor, jeżeli to czytasz, to chciałbym się odmienić“. Życzliwy kolega był nieocenionym wsparciem także w przypadku Tomasza Leśniaka, współautora „Jeża Jerzego“, lecz akurat tutaj problemem nie były pieniądze: „Byłem gdzieś w połowie podstawówki, kiedy w księgarni zobaczyłem opasły komiks z czerwoną okładką. Od razu zacząłem namawiać mamę na zakup tego tomiska. Rodzicielka już była skłonna spełnić moją zachciankę, ale jako odpowiedzialny rodzic zajrzała najpierw do środka. Ku mojemu zdziwieniu szybko odłożyła komiks na półkę i poinformowała mnie, że to komiks nie dla dzieci. Tym samym pragnienie posiadania tego komiksu wzrosło o sto procent, bo do wyobrażeń związanych z objętością doszedł jeszcze smak zakazanego owocu. Nieocenieni w tej sytuacji okazali się koledzy z klasy, których rodzice nie byli na tyle przewidujący, żeby zapoznać się z zawartością”.

I właśnie ta zawartość sprawiła, że dla ówczesnej latorośli była to pierwsza styczność z poważną i dojrzałą twórczością. „Szninkiel” rozdziewiczył młodych czytelników rysunkami pełnymi krwi, nagich kobiecych ciał i seksu. Wrażenie robiła też oczywiście warstwa fabularna, w której za fasadą przygodowego fantasy skrywała się opowieść o poświęceniu, przeznaczeniu, filozoficznym aspekcie boskości i człowieczeństwie, a wszystko to wsparte dodatkowo bogatymi odniesieniami do Nowego Testamentu. Bez wątpienia była to świeża jakość, ponowne odkrycie medium, wręcz pierwsze komiksowe dzieło sztuki i moment, w którym – jak wspomina Ostrowski – „poczułem, że mnie, czytelnika komiksów, traktuje się bardzo poważnie“. I choć dużo osób doceniło ten niebanalny całokształt, to nie da się ukryć, że dla większości najbardziej poruszające i emocjonujące były sceny erotyczne. Tym bardziej że Grzegorz Rosiński perfekcyjnie narysował wszystkie te lubieżności, a jego graficzna dbałość o każdą cielesną wypukłość i wklęsłość była doskonała. Jednak realistyczna nagość z jednej strony, a chęć spróbowania zakazanego owocu z drugiej. Dyskwalifikowany przez niektórych rodziców „Szninkiel“ stał się pożądanym towarem, który ciężko było zdobyć, a jego posiadanie wiązało się z ogromnym ryzykiem (klaps w tyłek to jeszcze nic w porównaniu z wykładem rodziców na temat narządów płciowych, seksu i – o zgrozo – gwałtu, który na stronach komiksu też się pojawiał). O czasach konspiracji opowiada zresztą Piotr Nowacki: „Po przeczytaniu komiksu pobiegłem do kina, gdzie byłem umówiony z kolegą. Kumpel również kolekcjonował komiksy, więc zapytałem, czy kupił może Szninkiela. W tym momencie kolega zza pazuchy wyjął powyrywane kartki, na których znajdowały się sceny erotyczne z komiksu Van Hamme’a i Rosińskiego. Wyrwał je, bo bał się, że rodzice zabiorą mu komiks, kiedy zobaczą te fragmenty. Ja ograniczyłem się do trzymania Szninkiela na dnie mojej kolekcji, żeby nie rzucał się w oczy”.

W późniejszych latach małolaty rozmawiały na przerwach o tym, ile razy ich tamagotchi zrobiło kupę, natomiast niecałą dekadę wcześniej tematem przewodnim był właśnie „Szninkiel“. Oczywiście wszystko za sprawą wiadomych scen, w których główny bohater dobierał się na przykład do swej ukochanej G’wel albo uprawiał całkiem widowiskowy – bo z użyciem magii – seks z Volgą Jasnowidzącą. Z klasowych rozmów wylewał się więc testosteron, a sufity szkół pękały od nadmiernego libido. Poza tym – co wspomina Tomasz Leśniak – „egzemplarze Szninkiela szybko zaczęły krążyć z rąk do rąk, a dyskusje o kilkustronicowych scenach erotycznych zdominowały na jakiś czas rozmowy na przerwach”. Koleżeństwo górą! Każdy chciał przeczytać komiks Van Hamme’a i Rosińskiego, więc posiadający go wybrańcy dzielili się z resztą. Zdarzało się jednak, że właściciel otrzymywał z powrotem dzieło w dość nadszarpniętym stanie, nad czym ubolewa Piotr Nowacki: „Bardzo szybko po osiedlu poszła fama o posiadanym przeze mnie rarytasie i mój egzemplarz przechodził z rąk do rąk. Kiedy do mnie wrócił, był już w fatalnym stanie, a najbardziej zużyta była strona z Volgą”.

Te pierwsze, mocno wyeksploatowane egzemplarze po jakimś czasie ustąpiły miejsca nowym, gdy w 2001 roku wydawnictwo Egmont wypuściło kolorową reedycję (pierwowzór był w pięknej czerni i bieli). Komiks znalazł nowych nabywców, lecz rynek był już inny – czyli fanów nie przybyło. Poza tym starzy weterani uznali barwną wersję za niegodną, bo ta kłóciła się z ich wspomnieniami i sentymentem. Na szczęście wychodząca właśnie najnowsza reedycja „Szninkiela“ powraca do korzeni i zachwyca poziomem wydania. Twarda oprawa, mnóstwo dodatków i edycyjnych fajerwerków sprawia, że to komiksowe dzieło wreszcie doczekało się odpowiedniej oprawy. I choć sama treść i te niegdyś szokujące obrazy nie robią już dzisiaj takiego wrażenia, to „Szninkiel“ w dalszym ciągu zachwyca warstwą graficzną, przeraża kilkoma aktualnymi prawdami o człowieku i ekscytuje doskonale budowanym napięciem erotycznym pomiędzy głównymi bohaterami. Jednak przede wszystkim sprawia, że wracają wspomnienia i emocje, które towarzyszyły temu pierwszemu spotkaniu. Spotkaniu, po którym nie tylko wielu młodych ludzi poczuło się dojrzale, ale i dojrzałe – w ich oczach – stało się medium komiksowe.

GALERIA

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.