To, co malujesz, bardzo przypomina street art – te postacie jakby w ciemnej ulicy oparte o mury i klimat jakiejś niekoniecznie głównej dzielnicy miasta...
Nigdy tak o tym nie myślałam. Dopiero niedawno, podczas mojego wernisażu w którejś z galerii, jakiś człowiek zwrócił mi na to uwagę. Może więc coś w tym jest. Ale zaskoczę cię. Mieszkam w środku lasu, w budynku nadleśnictwa, na Pomorzu. Jest to taki ogrodzony teren z pałacykiem z XIX wieku, przy którym jest mój dom. Jest tu piękna lipowa aleja z niezwykłym domem. Wszystko to jest pilnowane przez jednego ciecia. Siedzi on w takiej swojej budce strażniczej w PRL-owskim stylu, a przy niej zielona brama. Więc jakiś czas temu wybrałam sobie jednego pana stróża, moją sześcioletnią córkę (która zresztą przewija się na wielu moich obrazach), dziecko sąsiadów i tak ich przedstawiłam na obrazie. Z miastem mam tyle wspólnego, że jeżdżę spotkać się co kilka tygodni ze znajomymi, posiedzieć przy piwie. No i oczywiście wystawy, konkursy, a do niedawna studia.
Czyli jesteś już dyplomowaną malarką?
Ja w ogóle nie uważam się za pełnowymiarową malarkę. Malarstwa nie studiowałam, a na uczelni, którą nie dawno skończyłam, czyli ASP w Poznaniu, byłam na takim bardzo szerokim wydziale – edukacja artystyczna. Było tam wiele przedmiotów: od rysunku, po wideo. W sumie była to edukacja artystyczna ogólnie rozumiana. Same studia malarskie trwają sześć lat, a ja stwierdziłam, że to nie dla mnie.
A malowałam od zawsze, i to tak bardziej przy okazji, jako hobby. Robiłam to zresztą przez całe swoje życie, a to, że poszłam do tej szkoły, to był bardziej przypadek. Mam więc taki wolny zawód – specjalista od wszystkiego. Ktoś kiedyś powiedział, że studia na akademii to praca nad własną wrażliwością i to tego się tam konkretnie nauczyłam.
Co jest tematem głównym twoich obrazów? Czy starasz się coś powiedzieć przez nie?
Nie. Moja twórczość zawsze była intuicyjna. Nie mam wszystkiego przeanalizowanego, nie jest tak, że chcę coś powiedzieć. Po prostu tworzę coś. To bardziej polega na zabawie. Tak samo jest z tymi tekstami, które pojawiają się na moich obrazach. Są totalnie przypadkowe, nie mają przesłania, nic nie mówią. Są wybierane tak, jak mi pasuje do kompozycji. Wszystko to jest robione na czuja.
Zajmujesz się tylko malowaniem?
Nie. Działam również w grupie wideo – Słaba Grupa. W niej wspólnie z moimi koleżankami robimy różne akcje, które nagrywamy. Tu też wszystko opiera się na spontaniczności i zabawie. Zapraszane jesteśmy jednak na różne festiwale, więc coś tam mimo wszystko z tego powstaje.
Jednak to malarstwo jest obecnie twoim głównym zajęciem. Uważasz, że można z tego wyżyć?
Tak, obecnie żyję z malarstwa. Udało mi się to dzięki temu, że miałam pewien komfort przez całe studia, że nie musiałam być samowystarczalna finansowo i mogłam sobie pozwolić na to, by nie skupić się na malowaniu. Więc mogłam się bawić i jakoś tak wyszło. Zajmowałam się wtedy zresztą głównie wideo, a malowałam sobie tak przy okazji. Malarstwo jest jednak bardziej chodliwe, lepiej się sprzedaje, a wideo to akcja głównie na festiwale i wtedy daje większą przyjemność. Malarstwo jest bardziej komercyjne, że tak się wyrażę. Więc teraz jest odwrotnie, to wideo jest moim hobby. Moje koleżanki ze Słabej Grupy też są zajęte, więc staramy się spotykać, jak tylko mamy na to czas i wtedy coś działać.
Opowiedz jak malujesz, co cię inspiruje, z czego korzystasz?
Powiem krótko: maluję szybko i bez zastanowienia. Nie przejmuję się, jak to robię. To głównie olej, ale technologii nie uczyłam się na studiach, może tylko podstaw. Reszta przyszła sama, głównie intuicyjnie. Dość spontanicznie i szybko robię jakieś przypadkowe fotografie i później coś z nich wybieram do malowania. Tak jak już mówiłam, są to dzieci sąsiadów, najbliższe mi otoczenie. Ja sobie robię po prostu. Nie ma jakiejś dużej wiedzy teoretycznej. Raczej praktyka, intuicja i dobra zabawa.
Ale obraz dwóch postaci z karabinami, to już nie?
Ha! To również dzieci sąsiadów (śmiech), bawiły się.
Jak to się stało że twoje obrazy zaczęły się sprzedawać?
Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeśli zacznie się kręcić na studiach, to potem jakoś to samo będzie się kręciło. Ja miałam o tyle komfortowe studia, że nie musiałam być na zajęciach codziennie, tylko zaocznie – raz na dwa tygodnie jechałam do Poznania. Miałam dzięki temu te dwa tygodnie na to, by siedzieć i dłubać rzeczy, na które miałam ochotę. Miałam taką sytuację, że jak siedziałam sobie u siebie w lesie, nie miałam za bardzo z kim iść na piwo. No i siedziałam i malowałam. Miałam na to czas. To, że mogę teraz na tym jakoś zarabiać, zawdzięczam więc pracy, posiadaniu większej ilości czasu, no i podejściu do tego jak do zabawy. Dopiero później, gdy obrazów było już dużo, wystawiłam kilka na Allegro i zaczęły się sprzedawać. Tak znalazł mnie mój dzisiejszy menager, który zorganizował mi więcej wernisaży i umieścił w galeriach moje prace. Ale na ile są one popularne, to nie mam pojęcia, mieszkając tutaj. Rzadko bywam w Warszawie i innych miastach dłużej.






























Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...