IMPREZOWICZ
FILM:
„Kac
Vegas”,
reż. Todd Phillips
SKUTEK :
kac
INNE
PRZYKŁADY: „Charlie na kuracji”, reż. Charles Chaplin;
„Wesele”, reż. Wojtek Smarzowski; „Kto się boi Virginii
Woolf”, reż Mike Nicols
Najlepiej uzasadnioną obecnością alkoholu w filmie jest impreza we wszystkich swoich postaciach. Od kurtuazyjnej kolacji w restauracji (patrz: kino francuskie), gdzie stanowi naturalny składnik opisywanego świata i nie niesie za sobą zagrożeń, po prywatkę u zepsutych nastolatków (amerykańskie horrory oraz seriale telewizyjne), gdzie jest symbolem deprawacji i pozwala widzowi zorientować się, kto ma kręgosłup moralny, a kto nie. I co za tym idzie w horrorze – kto umrze, kto przeżyje; w melodramacie – kto znajdzie miłość, kto zostanie sam. Impreza, kiedy przyjmie formę orgiastycznej libacji, potrafi skupić niczym w soczewce cechy kultury, w ramach której się odbywa. Taką właśnie oglądamy w „Kac Vegas” – alkohol, intensyfikując uczucia i zachowania ludzi, wyostrza cechy kultury, którą tworzą. Jeżeli ktoś pozostaje w nieszczęśliwym związku, dopuści się zdrady, ze świni wyjdzie świnia, a ten, kto ukrywa tajemnicę, najpewniej ją zdradzi. Imprezowicz jest też zabawny, więc uatrakcyjnia przekaz filmowy. Ponadto uwiarygodnia świat przedstawiony – nawet fabryka snów, wbrew swej pedagogicznej misji i odwiecznej hipokryzji, musi zachowywać iluzję podobieństwa do rzeczywistości, której alkohol jej częścią (choć ją rozmywa). Co może jeszcze ważniejsze, imprezowicz jest bezpieczny – obśmianie niweluje negatywne konotacje związane z alkoholem i sprowadza wszystko do kaca, nie burząc spokoju i przyjemności widza.
ARTYSTA
FILM:
„Wojaczek”,
reż. Lech Majewski
SKUTEK: wena
INNE
PRZYKŁADY: „Basquiat – taniec ze śmiercią”, reż. Julian
Schnabel; „Faktotum”, reż. Bent Hamer; „Bezdroża”, reż.
Aleksander Payne; „Małżowina”, reż. Wojtek Smarzowski
Picie, tak w życiu, jak na ekranie, to częsty sposób, by zasygnalizować problem natury innej niż uzależnienie. Po pierwsze, pije się, by zapomnieć lub rozpamiętać. Zazwyczaj w grę wchodzi utracona miłość. To niemalże powód dyżurny, lubiany właściwie przez każdy rodzaj kina. Można też zapijać samotność i wyalienowanie albo kontemplować ubóstwo i brak perspektyw. W problematyzowaniu życia najlepsi ze wszystkich są jednak artyści. Alkohol określa tożsamość. Pije się, bo jest się artystą. Bo doskwiera bolesna świadomość świata. W przypadku tego dziwnego rodzaju ludzi często dochodzi do mieszania gorzały z narkotykami, które są może i bardziej filmowe (bo mniej powszechne) oraz bardziej artystyczne (mogą zapewnić wizje), ale na polskim gruncie można odnaleźć artystów czysto alkoholowych, jak tytułowy „Wojaczek” z filmu Lecha Majewskiego. Tu nakłada się jeszcze problem choroby psychicznej. A może to tylko depresja, bo ciągi bywają długie, a kace zabójcze. Stanowią mimo to niezły materiał literacki, co potwierdza chociażby przykład Marcina Świetlickiego, który też deklaruje, że brzydzi się wszelką abstynencją. Ludzie pióra zaglądają do kieliszka tak często, że w Polsce wynaleziono nawet szklankę literatkę. Mamy też całą gamę malarzy, muzyków, performerów i artystów ulicznych. Wszyscy trapieni dziwną melancholią i zwyczajną skłonnością. Czasami trudno się już rozeznać, czy problemy są neutralizowane przez alkohol, czy z picia wynikają. Ale trzeba zrozumieć, że talent to dar, który trudno czasem unieść na trzeźwo.
MACHO
FILM:
James
Bond
SKUTEK:
seksapil
INNE
PRZYKŁADY: „Casablanca”, reż. Curtis;
„Pustka”, reż. Nicholas Ray; „Afrykańska królowa”,
reż. John Houston; „Tramwaj zwany pożądaniem”, reż. Elia
Kazan
Alkohol wciąż funkcjonuje też jako symbol męskości. Niewątpliwie najdoskonalszym uosobieniem tego jest postać Jamesa Bonda, popijającego nieśmiertelne martini z wódką (w „Casino Royal” Daniel Craig „ma w dupie”, czy wstrząśnięte, czy zmieszane). We wszystkich odsłonach aktorskich Bond pozostaje bez kaca i wyrzutów sumienia. On wysoki i umięśniony, szybki samochód lub każdy inny ujarzmiony przez niego pojazd, garść adoratorek wokół i drink dzierżony w dłoni. Czysty maskulinizm. W tym właśnie urok Bonda, że jest większy od wszystkich, może z wyjątkiem wielbicieli wódki z filmów Pasikowskiego. Alkohol, uosabiając męskość czy będąc jej ważnym atrybutem, jest o tyle niegroźny, że w dalszym ciągu podlega człowiekowi (tak jak technika i kobiety), a nie człowiek jemu. Ten niesamowicie wymagający wzorzec pana i władcy zawsze jednak trudny był do udźwignięcia. Alkohol w równym stopniu bywał symbolem żywotności tego modelu męskości, co odwrotnie – bolesnej niemocy jego osiągnięcia. Nawet prawdziwi twardziele dają się pokonać przez nałóg – amerykańskie kino utrwaliło chociażby model weterana-pijaka. Wietnam obnażył słabość psychiczną supermężczyzny i zabrał kulturze niezłomnego żołnierza, ale świadomość niemocy utrzymania wizerunku bohatera przeniknęła także do innych gatunków niż film wojenny. Kowboj, inny superbohater Ameryki, też się zapił. Ciężko już z nim było w „Rio Bravo” Hawksa (Dean Martin), a Tarantino upokarza go i uśmierca zupełnie w drugim „Kill Billu”, gdzie Michael Madsen sprząta w podłym barze, pije w przyczepie i zamordowany zostaje przez kobietę. Wszystko w kapeluszu kowbojskim, który dziś kojarzy się bardziej z jednym z wcieleń Madonny. Wciąż jeszcze mięśnie prężyć i pić mogą tylko gangsterzy i policjanci.
PIJACZAKA
FILM:
„Bridget
Jones”,
reż. Sharon
Maguire
SKUTEK: neuroza
INNE
PRZYKŁADY: „Matka swojej matki”, reż. Robert Gliński; „28
dni”, reż. Betty Thomas; „Tylko strach”, reż. Barbara Sass;
„Kiedy mężczyzna kocha kobietę”, reż. Louis Mandoki
Wedle stereotypu kulturowego, kobiecie, inaczej niż mężczyźnie, nie do twarzy ze szklaneczką. Dawniej za sięganie po to, co męskie, kobiety płaciły wykluczeniem, melancholią lub histerią. Znakiem zmiany może być Bridget Jones, która w ślad za Jamesem Bondem zabrała się za fetyszyzowanie alkoholu, przeciągając go na stronę nowoczesnej kobiecości, której stała się ekwiwalentem. Bridget jest ikoną nowszą niż zużyty już nieco szpieg i w przeciwieństwie do niego – nieroszczącą sobie praw do bycia idealną. Tym samym i słabość do kieliszka przekształciła w siłę autentyzmu swojego wizerunku. Mamy więc niejako dwa bieguny – wyzwolona kobieta ze słabością do alkoholu i model pijącej psychopatki. Kino wraz ze swoją misją ideologiczną i funkcją mitotwórczą zdaje się wciąż bardziej surowe dla kobiet. Cały czas też kobiecy alkoholizm jest bardziej wstydliwy niż męski, co stara się swoją otwartą abstynencją zmieniać chociażby Stanisława Celińska. Swoje „coś tam, coś tam” dorzuciła też posłanka Elżbieta Kruk, choć trudno tu mówić o prawdziwym otwarciu. Na gruncie filmowym zmowę milczenia przerywano już kilkakrotnie i czuć zmianę wiatru. Wciąż jednak to tylko faceci reklamują whisky.
SKUTEK: śmierć
INNE PRZYKŁADY: „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, reż. Marek Koterski; „Aberdeen”, Hans Peter Moland (2000); „Dom zły”, reż. Wojtek Smarzowski; „Zostawić Las Vegas”, reż. Mike Figgis
Alkoholizm jest trudny do filmowego pokazania, niemniej kilkakrotnie udało się na ekranie przekonująco pokazać jego koszmar i kino polskie także ma się tu czym pochwalić. Może wynika to także z osobliwego dziedzictwa naszego kraju, nad którym unosi się woń niestrawionej do końca wódy. W Polsce alkohol nie jest tabu, widzi się jego ofiary, zatem łatwiej je opisywać. Ale nie jesteśmy odosobnieni, weźmy Finlandię – o niej także trudno opowiadać bez butelki na ekranie (filmy Akiego Kaurismakiego). Rodzimy film pijacki może poszczycić się przede wszystkim „Pętlą” Wojciecha Jerzego Hasa (1957), niekwestionowanym arcydziełem zrealizowanym na podstawie prozy Marka Hłaski. Gustaw Holoubek stworzył w nim postać Kuby, po której wszystkie Zagłoby wydawały się już niegodne słowa wspomnienia, a twarz jego przypadkowego towarzysza do kieliszka (Tadeusz Fijewski) to właściwie morda każdego polskiego żula. Do tego ekspresjonistyczna aura oddająca koszmar, który rozgrywa się w głowie i w każdym milimetrze sześciennym ciała bohatera. Absolutna doskonałość – film tak prawdziwy, że należałoby go puszczać gimnazjalistom w ramach profilaktyki antyalkoholowej. Od tego momentu każdy polski reżyser chcący podnieść ów problem musiał mieć świadomość, że pułapu Hasowskiego autentyzmu trudno będzie dotknąć. Ale happy endu nie było i nie będzie – choroba alkoholowa jest śmiertelna. Pętla się zaciska.































Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...