Debiutant Borys Lankosz, reżyser „Rewersu”, powiedział, że możliwość współpracy z gwiazdami, jak Krystyna Janda, Anna Polony i Marcin Dorociński, umożliwił mu świetny scenariusz Andrzeja Barta. Tak było? To scenariusz przekonał Państwa do tego projektu?
Tak właśnie było. Andrzej Bart napisał bardzo dobry scenariusz, który był z jednej strony precyzyjny, z drugiej rozwijał, przynajmniej moją, wyobraźnię. Gdy porozmawiałem sobie z Borysem, zobaczyłem młodego faceta, który wie, co chce zrobić.
Dla mnie w tej historii najważniejszy jest ładunek gatunkowy, czyli konwencja czarnej komedii, kryminału, kina intrygi. Nie bolałoby mnie, gdyby nie było tej współczesnej ramy.
A mnie się wydaje, że jest to rozszerzające o tyle, że dziecko, które się urodziło, chciał nie chciał, wzięło się z miłości do złego człowieka. Niewątpliwie grany przeze mnie Bronek jest zły. Ale gdyby urodził się w innej kulturze i w domu z innymi tradycjami, byłby po innej stronie. Walczyłby w powstaniu albo w partyzantce. Tak czy tak jest dziecko, które narodziło się z miłości do złego człowieka. I to dziecko to jest coś cudownego. W tym jest i straszność, i piękno życia.
Powiedzieć o Bronku, że jest zły, to mało. Jaki jeszcze jest Bronek?
Z pozoru Bronisław jest idealnym kandydatem na męża. Fantastyczny facet. Postawny, ogładny, nie za dużo mówi…
Ogładny?
No tak, nie je za dużo.
Mnie się wydał szorstki.
Ale nie od razu. Stara się chłopak.
To nie tylko fantastyczny kandydat na męża, ale fantastyczna postać do grania, bo posiadająca jakąś tajemnicę, której nie można zdradzić, nie można od razu jej sprzedać w filmie.
Dlatego ja też nie chciałbym za dużo opowiadać o filmie, wolałbym, aby widzowie odkryli tę postać w kinie. Z Borysem skupiliśmy się tak naprawdę na tym, aby stworzyć na ekranie postać romantycznego kochanka z lat 50. Chcieliśmy stworzyć amanta – bo wydawało nam się, że to wynika z kontekstu tej historii. Udało się – ludzie porównują tę postać do Humphreya Bogarta, Jamesa Deana…
I do postaci z książek Tyrmanda.
Tak. Już samo pierwsze pojawienie się Bronka – on jest jak Zły Tyrmanda. Ale to wszystko było w scenariuszu. Dlatego skupiliśmy się na tym, aby to był bohater z tamtych lat – taki, który zainwestował w złote uzębienie na przykład. Tak nam się kojarzył. To się udało i z tego jestem dumny. Oddaliśmy atmosferę przeszłości, nakreśliliśmy również portret człowieka z tamtych czasów. Przykłady zagranicznych aktorów – Bogarta czy Deana – są miłe, ale widzowie widzą w tej postaci także bohaterów polskich filmów, na przykład „Kanału” Andrzeja Wajdy.
Pojawiają się porównania do Tadeusza Janczara.
Zgadza się.
Dla mnie ta postać jest też trochę komiksowa…
Ja myślę, że Pani sobie dopisuje. I bardzo dobrze. Ja też nie lubię takiego grania, żeby wszystko dopowiedzieć i dookreślić. Starałem się zagrać tę postać najlepiej, jak potrafiłem, i w sposób bardzo prawdziwy – ale tak to już jest, że jedni na scenie umierania płaczą, inni się śmieją. Wszystko jest kwestią interpretacji.
Dodatkowym atutem Pana roli jest nawias ironii i dystans do granej przez siebie postaci.
Bo opowiadamy o czasach, w których nie żyliśmy i których nie poznaliśmy. Tak naprawdę nie mamy pojęcia, jak straszne to były czasy. Bohaterowie z tamtych lat są trochę idealizowani. Więc to jest pewnego rodzaju cudzysłów. Myślę jednak, że widz i tak będzie sobie dopisywał więcej, niż my sobie założyliśmy – i to jest właśnie magia kina.
Czy rzeczywiście brakuje dobrych polskich scenariuszy. Czy taki scenariusz jak „Rewers” to ewenement w życiu aktora?
Dobry scenariusz jest ewenementem. Myślę, że ludzie, który dobrze piszą, gdzieś są – ale albo nie mają wiary w siebie, albo nie mają odpowiedniego parcia i dostępu do człowieka, który to przeczyta i skieruje do produkcji. Trzeba też odwagi. Dobry scenariusz to także taki, który uruchamia wyobraźnię. Jest precyzyjny, ale jednocześnie otwierający. Andrzej Bart i Borys Lankosz mieli swoje wizje postaci Bronka – to, co ja zrobiłem, było wypośrodkowanym rozwiązaniem.
Jak się pracuje z debiutantami? Przed Borysem Lankoszem pracował Pan z Kasią Adamik, Patrykiem Vegą. Jest różnica pomiędzy pracą z początkującym reżyserem a tą z doświadczonym?
Nie ma żadnej różnicy.
Nie ma większego zapału u młodych – zaangażowania, chęci do pracy, inwencji, pokoleniowego porozumienia?
Jak się wie, co chce się zrobić, to pokolenie ani doświadczenie nie mają znaczenia. I jak się ma dobry scenariusz. Ja miałem nietypową sytuację z Maciejem Wojtyszką, z którym pracowałem nad „Ogrodem Luizy”. Maciej po prawie 20 latach nierobienia filmów kinowych powracał właśnie „Ogrodem…”, trochę jak taki debiutant. Ja chciałem zrezygnować z tego filmu, ale nie zrobiłem tego, bo reżyser wiedział, co chce zrobić.
Dlaczego chciał Pan zrezygnować?
Nie podobał mi się scenariusz. Był zbyt infantylny, nie podobały mi się dialogi. Powiedziałem Maćkowi, że jest coś intrygującego w tej sytuacji, ale nie do końca wierzę w tę historię. I wtedy Maciek powiedział – „to zrobimy to po naszemu”. I tak się stało.
No ale pan Maciej Wojtyszko jest niezwykłym erudytą, wie jak dobrać odpowiednie argumenty.
Jest niezwykle inteligentny i wie, jak pracować z aktorem. I lubi aktorów. Ja ostatnio miałem wielkie szczęście do pracy z ludźmi, którzy lubią aktorów i rozumieją to, że aktor jest jak ostatni receptor, ostatni nerw w ciele reżysera, który wyrazi wszystko, co on ma w głowie i w sercu. Nie rozumiem reżyserów, którzy nie lubią aktorów.
A są tacy?
Oczywiście.
I czym ich niechęć się objawia?
Uważają, że wszystko wiedzą najlepiej. A film to jest praca zespołowa.
W „Ogrodzie Luizy” gra Pan Fabia – twardego gangstera, którego stać na czułe, ludzkie gesty. Tu też jednak widoczne są, jak w „Rewersie”, dystans i cudzysłów ironii.
To było potrzebne i to też wydawało mi się najciekawsze w tej historii. Wszyscy wokół uważają, że Fabio porwał tę dziewczynę, Luizę, żeby mieć panienkę. A on chciał się nią po prostu zaopiekować. I chciałem to grać jak najszczerzej. Może i to jest naiwne... Ale to też coś znaczy – tak ten świat zagalopował, że naiwne i mało wiarygodne wydają nam się najprostsze słowa. Że ktoś chce się kimś zaopiekować bez żadnego interesu. A to jest bardzo piękne zachowanie, każdy słabszy człowiek potrzebuje pomocy. I powinien tę pomoc otrzymać.
W rezultacie udział w „Ogrodzie Luizy” przyniósł Panu specjalną nagrodę aktorską w Gdyni. W tym roku na tym samym festiwalu otrzymał Pan nagrodę – już nie specjalną – za najlepszą drugoplanową rolę męską w filmie „Rewers”. Czy jest jakieś przełożenie – nagroda w Gdyni: wyższe gaże, więcej propozycji?
Każde słowo, nagroda, docenienie ze strony kolegów ma znaczenie. Natomiast zawsze po takiej nagrodzie ma się trochę mniej propozycji.
W 2005 roku odebrał Pan nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego. Ta nagroda miała na pewno jakieś przełożenie – może nie tak oczywiste, ale według mnie to bardzo ważny dowód na istnienie pomostu pomiędzy aktorskimi pokoleniami.
Im jestem starszy, tym bardziej doceniam znaczenie tej nagrody. Kiedy ją otrzymałem, nie wiedziałem, co ona dla mnie znaczy. Teraz myślę, że gdybym dostał tę nagrodę za „Rewers” – chociaż już chyba wymknąłem się z tej kategorii ze względu na wiek – to byłoby to jeszcze bardziej śmieszne właśnie przez czasy i pokolenie. Jestem bardzo dumny z tej nagrody. Piękny patron, piękna nagroda – lampka się w niej jeszcze świeci – włączam ją sobie czasami albo mój synek włącza i się świeci. Po filmie „Rewers” ta nagroda stała się dla mnie jeszcze bardziej czarno-biała. Przez te porównania do polskich czy zagranicznych aktorów łączę się z nimi w marzeniach. Mam nadzieję, że nie daję ciała, że kontynuuję coś fajnego w polskim kinie. I jestem z tego bardzo dumny.
Jakie to marzenia?
Tak sobie powiedziałem, nawet nie wiem, co to do końca znaczy. Ale myślę, że odnosi się do tego, żeby być dobrym aktorem. Lub do dążenia, żeby być wielkim aktorem. Nie chcę brnąć w to dalej – tak mi się powiedziało i nawet nie wiem, co to znaczy. Jest jakieś połączenie dla mnie z tamtymi czasami, z tamtymi idolami.
A być jak Cybulski – co to znaczy dzisiaj?
Nie wiem. Bo myślę, że w zawodowym życiu Zbyszka Cybulskiego było bardzo dużo plusów i bardzo dużo minusów. Zbyszek został ikoną i nie wiem, czy komukolwiek z nas będzie dane zmierzyć się z jego legendą, z tym kim on był w swoich czasach. Myślę też, że przez to, co się dzieje w mediach, era wyidealizowanych idoli odeszła. Nie ma takiego szacunku. Może to wróci? Ale nie wiem, co to znaczy być jak Cybulski…
A więzi pokoleniowe? Wtedy filmowcy tworzyli jeden pokoleniowy głos. Nie tylko żyli w jednym czasie – tworzyli razem, bawili się wspólnie, myśleli podobnie. Niewątpliwie łączyło ich doświadczenie wojny, ale to był ideologiczny, światopoglądowy krąg ludzi. Ma Pan poczucie, że dziś należy do jakiejś pokoleniowej grupy aktorskiej, jakiegoś kręgu wtajemniczonych?
Chciałbym uprawiać ten zawód do późnego wieku, bo ciągle mnie to rajcuje. Jak na razie mam szczęście spotykać bardzo wielu ciekawych aktorów i reżyserów – czuję, że mamy coś do powiedzenia wspólnie. Trzeba robić filmy z serca, z jakiejś potrzeby – czy to zasmucenia czy rozbawienia widzów. Trzeba robić różne filmy – byle ze szczerych chęci, a nie z musu. Przede wszystkim dla siebie, a nie pod publiczkę. Tak zrobił Borys, tak zrobiła Kasia, tak zrobili Maciek i Patryk. Ja mam ostatnio szczęście do ludzi. Jestem zadowolony, że żyję w takich, a nie innych czasach. Oczywiście, bywa też bardzo ciężko – w dobie łatwego krytykowania cieszy, że jednak ta krytyka coraz rzadziej kręci noskiem, a wyciąga konstruktywne wnioski. Jeszcze niedawno tego nie było – najłatwiej było zrugać. Wystarczy wejść na internet, czego nie robię, bo nienawidzę internetu.
Nie zagląda Pan na Stopklatkę?
Na Stopklatkę i Filmweb jeszcze czasami tak, ale na inne, bardziej plotkarskie strony już nie. Ale i na tych filmowych portalach zdarza się zbyt pochopna krytyka. Łatwo jest krytykować, trudno natomiast wyobrazić sobie, jak ciężko jest zrobić film. Potworna praca, nie tylko przez miesiąc, ale na długo wcześniej i później. To jest praca zbiorowa – i jak nie będzie drużyny, nie będzie nagród. Szacunek dla wszystkich, którzy pracują na efekt końcowy!
Nie tak dawno przeczytałam w „Gazecie Wyborczej”, że w Polsce nie powstają dobre filmy, bo nie nadeszli kolejni wielcy twórcy. Wciąż czekamy na nowego Kutza, Wajdę, Munka. Wie Pan, ja nie czekam. Tamto pokolenie opowiadało o swojej rzeczywistości, dziś reżyserzy powinni mówić o swoich czasach. Myślę, że takie nastawienie i takie podejście jest dla młodych krzywdzące.
Ale z drugiej strony może to pokolenie wojenne było bliskie w jakiś sposób autorowi tego tekstu. I też niekoniecznie musi zakładać kalkę. Najlepszym przykładem jest „Rewers”, który powstał w słynnym Kadrze i nawiązuje do filmów tych wszystkich wielkich reżyserów. Na szczęście nikt nie nazwał Borysa nowym Munkiem, Kutzem…
Bo on nie imituje, tylko ewentualnie inspiruje się filmami mistrzów.
I ja tak bym chciał czytać taką wypowiedz.
Mam jednak wrażenie, że my cały czas żądamy od naszego kina, aby zabierało głos w jakiejś wielkiej sprawie.
Róbmy filmy na miarę tamtych filmów, ale z potrzeby serca, po swojemu, w tych naszych czasach. Już raz tak było, że tylko krytykowano. Też nie rozumiem, po co pluć w swoje własne gniazdo…
Robić po swojemu – sądząc po Pana aktorskich wyborach, Panu to się udaje.
Tak się staram, często na przekór jednym albo drugim. Robię to specjalnie, żeby mnie nie zaszufladkowano. Niektórzy lubią mnie w takich rolach, kolejni cenią mój inny wizerunek – ja staram się nie zamykać w jednym repertuarze. Jesteśmy narodem, który uwielbia dookreślenia. Ten to jest taki, a ten taki. Każdy aktor zagra najpiękniej, co chce reżyser, tylko reżyser musi w niego uwierzyć. Mnie takie określanie, szufladkowanie w zawodach, które są niezmierzalne – bo każdy odbiór jest inny – wnerwia. Czasami robię na przekór. Dlatego teraz chcę grać amantów.
Przyzwyczaja nas Pan do jakiegoś swojego wizerunku i potem następuje wolta – zmiana emploi.
Ja nawet nie myślę o emploi. Nie myślę o tym, jak wyglądam. Ja wiem, jak wyglądam – a nie chciałbym, żeby mieszały mi się rzeczywistości. Ja wiem, kto ja jestem, natomiast w filmach jestem kimś zupełnie innym. To mi się też podoba w tym zawodzie, że mogę być, kim zechcę.
Teraz Pan gra amantów, bo…
I proszę – chce Pani mnie sklasyfikować.
No przecież sam Pan powiedział, że teraz gra amantów, na przekór i świadomie. Chciałam jedynie zauważyć, że choć teraz gra Pan amantów, Pana różnorodne role mają jednak wspólny mianownik.
Niewątpliwie są to silne osobowościowo postaci, temperamentne. Ale dla mnie najważniejsze w nich jest to, że każda z nich to taki everyman – każdy przecież może zostać bezdomnym (nawiązanie do filmu Kasi Adamik „Boisko bezdomnych” – przyp. red.). To jest o normalnych ludziach. Tylko los nimi tak, a nie inaczej pokierował. Lubię, kiedy scenariusz jest o ludziach, a nie z dupy wzięty. No, chyba że jest taka konwencja.
Jak w „Idealnym chłopaku dla mojej dziewczyny”? Tu też gra Pan amanta, ale…
…trochę dziwny ten amant, to prawda… Powiem tak – nie zawsze da się zagrać dobry mecz. Nie zawsze. Czasami piłkarz ma stuprocentową sytuację i przestrzeli. Jesteśmy tylko ludźmi – czasem gra się lepiej, czasem gorzej i określać, że o tu ktoś się skończył, a tu zaczął, jest przesadą. Musimy sobie wszyscy pomagać i będzie dobrze. Nie ma się co napinać. Nie mam wielkich zawodowych marzeń – chcę robić fajne filmy.
Gra Pan w Teatrze Dramatycznym. Teatr nakręca film czy odwrotnie?
Teatr jest bardzo ważny, on daje podstawę. Teatr to jest warsztat, ale też ważne jest, aby w tym warsztacie się nie zagubić, nie zasnąć w nim.
Czyli to teatr pracuje na film?
Nie chcę postawić takiej tezy. Szczerze – teatr daje cierpliwość w budowaniu. W filmie tego nie ma – szczególnie w filmie polskim. Nie ma tego czasu. Ja chciałbym doprowadzić do takiej sytuacji, żeby robić jeden film w roku. Żeby móc się przygotowywać pół roku do filmu, ale żeby też tego nie przenosić. I żeby jeszcze móc za to normalnie egzystować, móc utrzymać rodzinę – a ja mam dużo dzieci. Nie chcę robić pięciu filmów rocznie – nie mam takich potrzeb. Jeden, góra dwa i wystarczy.
Nie zapominając o teatrze?
Nie zapominając, ale teraz do teatru jest mi nieco nie po drodze. Ostatnio więcej robiłem w filmie, teatr zszedł na drugi plan. Teatr to też jest inny rodzaj ekspresji. Mnie trochę przeraża, że trzeba mówić głośno. Czasami dudni mi w głowie w teatrze, bo ktoś kłamie.
No tak, w filmie można przerwać ujęcie, ze sceny się nie zejdzie.
Choć w teatrze też lubię takie granie, że można nie trafić w klawisz, jeśli nie jest się skupionym. I można zawrócić. Można, tylko to jest jakiś taki etap bardzo wysoki. Ma też znaczenie, z kim się pracuje, żeby się nie zdenerwować. Bo zawsze można zawrócić i nic się nie stanie. Kilka razy byłem tego świadkiem w teatrze. Mówię o aktorze, który oddziaływał na mnie najbardziej, z którym miałem przyjemność grać i od którego emocjonalnie nauczyłem się najwięcej – śp. Marku Walczewskim. Gdy patrzyłem na niego, kiedy był na scenie, zapominałem o sobie i o tym, co mam grać.
A co on miał takiego w sobie?
Nie wiem – wdzięk, szyk, szarm, styl… słowo. Energię, skupienie. Kiedy był już chory, grał na słuchawce (suflerka cały czas mówiła aktorowi do ucha jego kwestie – przyp. red.). To było strasznie trudne dla kolegów… i dla niego samego. Ja raz spróbowałem tak pracować i to jest nie do zagrania. A on, człowiek chory, nie poddawał się i grał. To był niesamowity aktor, niesamowity człowiek. Byłem świadkiem, kiedy on dwa razy ze względu na chorobę zawrócił – dwa razy przerwał, bo nie słyszał, co mówi mu suflerka – zawrócił i zaczął od początku. I słuchałem tego samego dwa razy z rzędu i za każdym razem to było ciekawe. To było straszne dla kolegów na scenie – bo czegoś trzeba się jednak trzymać – ale także w teatrze można zawracać.
Ale to są jednostkowe sytuacje. W tym przypadku znaczenie miała osobowość aktora.
W teatrze jest jeszcze coś ważnego, czego nie ma w filmie – okres prób, kiedy można eksperymentować z najdziwniejszymi rozwiązaniami. Nie wstydzić się i mieć odwagę, żeby wydobyć z siebie jakiś taki dźwięk, o który człowiek siebie nawet nie posądzał. To staram się przenosić do filmu – aby mieć w sobie odwagę i dezynwolturę. To jest możliwie i w teatrze, i w filmie.
Zagrał Pan ponad 60 ról filmowych i telewizyjnych. To sporo. Czy któreś z tych zawodowych doświadczeń wyróżnia się jakoś szczególnie na tle innych?
Nie chciałbym generalizować. Wszyscy ludzie, których spotkałem, coś dla mnie znaczyli. Dali mi dobrą energię, rzadziej tę złą. Jeśli tak się działo, po prostu nie spotkaliśmy się już nigdy więcej. Wszystkim ludziom, z którymi pracowałem, coś zawdzięczam i to nie jest gadanie głupot, tylko taka jest prawda. Budujemy naszą wrażliwość często w pracy – bo spędzamy ze sobą wiele godzin. 12 lat temu trafiłem do Teatru Dramatycznego, gdzie na początku swojego życia aktorskiego spotkałem takich reżyserów jak Warlikowski, Jarzyna czy Lupa. Potem nie zawsze było już tak różowo, ale ciągle wierzyłem, że będzie dobrze. Także dzięki filmowi i takim osobom jak Wojtek Nowak, u którego zagrałem w filmie „Krugerandy”.
W tym samym 1999 roku zagrał Pan też w filmie „Torowisko”.
To prawda. To wszystko na pewno miało znaczenie, jednak gdy teraz się nad tym zastanawiam, muszę przyznać, że tak naprawdę moje myślenie o filmie zmieniło się pod wpływem „Pitbulla”. Przez to, że miałem trzy miesiące przygotowań. Spotkania, rozmowy, świetny scenariusz. To było jedno z pierwszych tak silnych wrażeń – przeczytałem scenariusz i ręce mi się trzęsły, tak chciałem w tym zagrać. Miało znaczenie również to, co przeżyliśmy razem na planie – chwile bardzo ciężkie, bardzo trudne – wtedy przestałem się pewnych rzeczy bać. Że jak się zafałszuje, to nic nie szkodzi. Można powtórzyć. Coś wtedy we mnie pękło. Myślę, że dużo zawdzięczam Patrykowi Vedze. Wszyscy, którzy u niego wtedy zagraliśmy, sporo mu zawdzięczamy. Myślę też, że Patryk Vega wiele zawdzięcza nam.
Miewa Pan czasami takie myśli, że jednak aktorom filmowym najlepsze możliwości i warunki stwarza kino amerykańskie? Że tylko w USA można zrobić prawdziwą karierę?
Nie biadolę. Nie biadolę, bo i tak wydaje mi się, że jest nieźle. Kariery zagraniczne to wciąż pobożne życzenie dla większości z nas. Jest bariera językowa. Myślę, że idealizujemy wielu zagranicznych aktorów, ponieważ nie rozumiemy niuansów. Gdyby kilku z wielkich polskich aktorów znało bardzo dobrze angielski, zrobiłoby oszołamiającą karierę. Ale nie mamy się czego wstydzić. Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia naszej mentalności…
Polscy operatorzy robią karierę za granicą.
Robią karierę, bo nie kłapią na ekranie.
Pan lubi piłkę nożną…
Tak, właśnie wróciłem z treningów i tak stękam co chwila, bo skręciłem nogę…
Tak na zakończenie chciałabym zapytać, czy czuje Pan, że strzelił już swojego aktorskiego gola.
Ja w piłce im jestem starszy, tym bardziej doceniam fajne akcje. Na treningu i na meczu. To znaczy, jeśli akcja składa się z wielu podań, to ja w tej akcji wolę być tym, który daje to ostatnie podanie, niż strzelającym. Jak byłem młodszy, to wolałem strzelać, dziś wolę podawać. Tak samo jest w filmie.
Czyli jednak ta praca zespołowa…
Oczywiście. W pojedynkę to można sobie monodram zrobić. Co nie znaczy, że mam coś przeciwko monodramom. Może kiedyś zrobię.

































Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...