Warszawa czy Londyn: gdzie lepiej tworzy się muzykę? Rozmawiamy z producentem muzycznym lesslessem

Mężczyzna w zielonej kurtce stojący w podziemiach

Lessless to pseudonim artystyczny Łukasza Sobolewskiego, producenta muzyki elektronicznej znad Bałtyku, z Poznania, Warszawy, aż w końcu z Londynu, gdzie od niedawna mieszka.

Wychowany na dźwiękach klasycznego pianinka, jako młodziak bujał się do oldschoolowych dźwięków w MTV, aż w końcu dorósł, zakochał się w syntezatorach i wpadł w sidła elektroniki. To on, w swoim remixie, nadał nowego sensu kawałkowi Stres, z kultowego już, albumu Albo inaczej, wydanego przez Alkopoligamię. Zasadniczo, zremixował jazz.

Lessless nie daje się jednak tak łatwo zdefiniować, dlatego, kilka lat później, tworzy nasycony basem, bit do numeru Gotowy zarymowanego przez Kaietanovocha. Siedzi.

Minęły dwa lata, od ostatniej EP-ki wydanej przez producenta. Album Simple songs, nagrany wraz z warszawską wokalistką Anią Iwanek jest wyważonym połączeniem muzyki elektronicznej z tęsknotą za jazzem i bluesem, uosobioną w czarnym, jak noc, wokalu Ani, zagubionych dźwiękach klawiszy i mozolnej perkusji.

Najnowszy album lessless’a, Scapes jest jednak inny i dla mnie brzmi trochę jak soundtrack Twojego najlepszego weekendu. Spotykamy się więc u niego, w Londynie, kolebce wielu gatunków muzycznych i oceanie możliwości, w jednym z większych miejskich parków, Greenwich. Siedzimy na ławce, pijemy kawę i patrzymy jak Londyńczycy spuszczają ze smyczy swoje smukłe charty i tęgie zmartwienia. Jest kilka dni po premierze jego najnowszego klipu do Slingshot, świeci słońce, a kawa nie jest kwaśna. Jest nieźle.

Hej Łukasz, jak się czujesz?

Czuję się jak Tom Cruise w filmie Magnolia. Pod ostrzałem. (śmiech)

Krajobraz dookoła Ciebie przeszedł lekką transformację, zniknął Pałac Kultury i samotna palma na rondzie. Powiedz co się zmieniło przez ostatnie pół roku?

Kurczę, sporo. Po pierwsze, po wielu latach spędzonych na pracy na dwa etaty, czyli dzieleniu doby na pracę w dużej firmie o międzynarodowym zasięgu (śmiech) (przyp. red. czytaj: korpo) oraz robienie muzyki, wreszcie podjąłem decyzję o całkowitym poświęceniu się muzie i przeprowadziłem się do Londynu. Także studiuję sobie tutaj Music and Sound Design i w zasadzie nie zajmuję się już niczym innym poza muzyką i dźwiękiem do filmów. Trochę się bałem, ale wiesz… kto nie ryzykuje, ten nie pije browaru (śmiech)

Wow, Londyn, w kontekście tworzenia muzy czy filmu brzmi rajsko! Myślisz, że jest tu lepiej i łatwiej muzykom?

Czy łatwiej, to ciężko powiedzieć…Perspektyw jest na pewno więcej, bo jest większa skala, ale na pewno jest też większa konkurencja, więc żeby coś osiągnąć, trzeba się naprawdę postarać. Jest się od kogo uczyć, bo dla mnie Brytyjczycy są najlepsi w robieniu elektroniki i ogólnie dźwięku. Czuje się dobrze, że tutaj trafiłem.

Zaryzykuję stwierdzenie, że lepiej się nie dało! W jaki sposób zmieniło się Twoje podejście do produkowania, od przeprowadzki do UK?

Znacznie. Jeśli chodzi o Scapes, to jest to jest album, który koncepcyjnie i w większej części powstał jeszcze przed samym wyjazdem do UK, jednak jego ostateczne brzmienia i aranże nabrały swojego kształtu już po przyjeździe, gdzie w większym stopniu zająłem się tworzeniem muzyki do filmów. To bardzo wpłynęło na moje postrzeganie tego, co słyszę i mam nadzieję, że da się to zauważyć. Oczywiście, po przeprowadzce mam też do czynienia z ludźmi z różnych kręgów kulturowych, co samo w sobie, jest bardzo inspirujące. A i Londyn, jako miasto, ma kompletnie inny vibe od warszawskiego. Bardzo tęsknię za Polską, ale mam wrażenie, że na Wyspach ludzie są bardziej życzliwi i wyluzowani. Nie wiem, czy to już widać na Scapes, ale wydaje mi się, że muzyka, którą teraz robię jest po prostu lżejsza i mniej czarno-biała.

Czyli to pozytywne zmiany. Co najbardziej wpływa na taki mood?

Może to zabrzmi banalnie, ale chyba wpływ na moją muzykę, ma fakt, że teraz po prostu mogę i koncentruję się tylko na niej. Wiesz, jeśli wstajesz rano, jesz śniadanie i wchodzisz do studia i nie skupiasz się na niczym innym, tylko na muzie, która od razu powstaje w najbardziej profesjonalnych warunkach, to to, co robisz jest o wiele bardziej spójne.

A jak z ludźmi?

Ich wpływ jest chyba faktycznie jeszcze ważniejszy. Wielu z nich poznaję na uczelni, są to ludzie, którzy są bardzo dobrymi producentami lub mają już bardzo duże doświadczenie w filmie i sporo już osiągnęli. A mówiąc dużo mam na myśli choćby jednego z perkusistów Duran Duran, którego spotkałem właśnie w szkole, w studio czy jednego z moich nauczycieli, który współpracował z Sade. Kompletny random. Mam ogromny szacunek do rodzimych twórców, ale jeżeli chodzi o współczesną muzykę, uważam, że to Londyn jest jednym z miejsc, w których wszystko zaczyna.

No dobra, a co tutaj zaczyna się dla Ciebie? Światło dzienne ujrzała właśnie twoje nowa elektroniczna EP-ka, Scapes. Cóż to za muza?

Wszystko (śmiech). Scapes to elektronika, ale mam z nią taki problem, bo ciągle zadaję sobie pytanie, czy to muza, która nadaje się do puszczania na imprezach i nie wiem. A jak nie wiem, to zaczynam się zastanawiać czy w ogóle powinno mi zależeć, żeby się do tego nadawała.

Sam tańczysz, kiedy robisz nowe beaty?

Bardziej chodzi o to, co w tworzeniu sprawia mi największą przyjemność. Może nie tańczę robiąc muzę, ale zdarza mi się tupać nogą, jak coś mi bardzo siądzie. Fakty są takie, że nie mam pojęcia czy ludzie będą się potrafili do tego bawić, chociaż z LiveActu, który zagrałem w ubiegłym roku w Poznaniu, wynikałoby, że chyba tak. Nawet jeżeli jest to jakaś nowa forma tańca, której nigdy wcześniej nie widziałem (śmiech). Powiedziałbym, że ta muza jest czymś pomiędzy muzyką elektroniczną a tym, co robię udźwiękawiając filmy. A jeśli chodzi o stylistykę, to mam niestety sentyment do dźwięków, które kojarzę z lat 90. Niekoniecznie świeżych w dzisiejszych czasach, ale na pewno mających swój urok.

Czy uważasz Scapes za spójna kompozycyjnie całość, czy raczej każdy z tych kawałków ma odmienną genezę i charakter i miały różne inspiracje?

Spora część tych kawałków jest inspirowana dźwiękami, których słuchają moi przyjaciele, choćby LoFi house’ów, czego odzwierciedlenie na pewno widać w Scapes. Chciałbym o nim myśleć, że spójny, jednak każdy z tych numerów jest kompletnie inny. Hidden to chmurzasta historia o upływie czasu. Press to mieszanka analogu i cyfry, Polski i UK, sampli nagranych w latach 70., w poznańskim studio nagrań eksperymentalnych, połączone z melodyjnymi motywami z Wysp, London called me (śmiech). Selena to house’owo-bassowy hołd dla lat 90.

A Slingshot to kawałek, który od początku był mocno związany z obrazem, bo powstał pierwotnie do dokumentu o gruzińskiej scenie muzycznej, a jednocześnie trochę pokazuje, jak zmieniła się moja muzyka w ciągu lat- odcięcie się od ciężkiej elektroniki i nowy rozdział. Zależało mi, żeby było to coś więcej niż tylko obraz wyreżyserowany pod muzykę i ostatecznie jest hybrydą, złożoną z dwóch kompletnie innych stylistyk, gdzie pierwsza jest mieszanką dubstepu i trapu, z przestrzennymi syntezatorami, a druga to po prostu słodko-gorzki klimat electro-house.

Z kolei Henna to moje wyobrażenie o tym, jak wyglądałyby aftery, gdybym brał w nich udział. (śmiech).

A jednak jest zupełnie inaczej niż na Simple Songs, które zrobiłeś z Anią Iwanek?

Styl i brzmienie Scapes w dużej mierze wynikają z tego, jak sobie wyobraziłem, żeby moja muzyka była słuchana na żywo. Chciałem, żeby te kawałki były jakąś częścią historii, którą opowiadam, grając live. Najbardziej jarałbym się, gdyby przynajmniej częściowo ludzie mogli to postrzegać tak, jak przy słuchaniu muzyki instrumentalnej. Można do niej tańczyć, ale nie trzeba.

Jesteśmy już kilka dni po premierze teledysku, do kawałka Slingshot, ze Scapes. Jak poszło?

No poszło, kurczę, poszło bardzo dobrze. Razem z domem produkcyjnym MOHDO oraz Onyx Studios, zrobiliśmy kawał fabularnego klipu, który mam nadzieję, ogląda się jak film. Teledysk nagrywaliśmy w Londynie, na Soho. Dosyć długo omawialiśmy jego koncepcję, razem z reżyserem, Davidem Bartkiewiczem, operatorem, Łukaszem Dryżałowskim i scenarzystą — Jamesem Cornwallem. Nie będę zdradzał szczegółów, ale motyw klipu jest bardzo otwarty na interpretacje. Polecam wszystkim projekcję z wyciąganiem własnych wniosków, a potem kolejną, bo intryguje. Jestem też w ciężkim szoku, jak bardzo ludziom spodobała się taka konwencja fabularna i niektóre z interpretacji pisanych na YouTube są naprawdę imponujące.

Jestem zaintrygowana. Jakie masz teraz plany i co się dzieje?

Obecnie przygotowuję się do zagrania dwóch LiveActów, wiosną i latem, w Polsce. Równolegle, nakręcam kolejne współprace, mam za sobą premierę singla z Amani, brytyjską wokalistką i pracujemy nad kolejnym kawałkiem. Lepimy też dźwięki razem z Simone Cartia, młodym włoskim gitarzystą. Wypuściłem też całkiem niedawno, remix kawałka Ile mogę? w wykonaniu Rosalie., z płyty Albo Inaczej 2 i gadamy sobie o tym, co by tu znowu zrobić… Także dzieje się, cały czas.

Zdjęcie wyróżniające: Łukasz Dryżałowski

Komentarze
Warszawa czy Londyn: gdzie lepiej tworzy się muzykę? Rozmawiamy z producentem muzycznym lesslessem
5 (100%) 5