Lady Gaga od A do Z

Jasna blondynka z podniesionymi rękami w jasnej bluzce i dużych, ciemnych okularach

Na początku usłyszała, że nie ma szans, że to nie pop, że ludzie tego nie kupią. Dziś wiadomo, że to ona jest najbardziej elektryzującą postacią ostatnich lat. Sprzedała najwięcej, sprowokowała najtwardszych. Kiedy rynek muzyczny pogrążył się w zapaści, ona przybyła z odsieczą w postaci bestsellerowych singli. HIRO docenia – poniżej Lady Gaga alfabetycznie.

A jak ambicja. Blond ambicja (okej, czasem farbowana). Czyli taka o skuteczności stuprocentowej i masowej. Historia popu zna jeden taki przypadek. No niech będzie – dwa. Tak się jednak złożyło, że pierwszy w mijającym roku wstydził się za niesmacznie landrynkową płytę, drugi wydawał ostatnie oszczędności na prawników czyszczących kartotekę z grzeszków popełnianych w imprezowym amoku. I nawet jeśli optymistycznie przyjąć, że pozycja Madonny jest niezagrożona, i obiektywnie odnotować spektakularny powrót Britney Spears – nie da się ukryć, że w ostatnich 12 miesiącach żadna z powyższych nie namieszała tak jak Lady Gaga. I niech ktoś powie, że to jedynie pierwsza lepsza panna wyciągnięta z lokalu podejrzanej reputacji, która swój sukces zawdzięcza sztabowi specjalistów i magii Photoshopa. 23 lata w metryce, cztery miliony sprzedanych płyt, cztery singlowe numery jeden z rzędu. Sukces strategii? Potęga tupetu.

B jak Bowie. David Bowie. Cesarz metamorfozy i autokreacji. Gaga regularnie się na niego powołuje, ale punkty styczne nie sprowadzają się tu wyłącznie do deklarowanej inspiracji. 37 lat temu David Bowie wdał się w najważniejszą w dziejach muzyki polemikę z symbolem i ikoną. Płytą „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and Spiders from Mars” bezczelnie zadrwił z magnetyzującej instytucji, jaką jest gwiazda rocka. Wymyślił sobie alter ego – kosmitę, który z fikcyjnym zespołem robi karierę na Ziemi, wspomniany koncept-album to narracyjnie konsekwentny przejazd przez kolejne stadia tej kariery, upadki i wzloty. 37 lat później bardzo błyskotliwa Panna Szydera zakpi z destrukcyjnego blichtru, pozerki, niezdrowych obsesji i terroru kolorowych magazynów. Żeby sprawę skomplikować – zrobi to ultraprzebojową płytą. „The Fame”, debiutancki album Lady Gagi, to „Ziggy Stardust…” naszych czasów. Coś jeszcze? Ziggy nie miał płci. A ponoć z Gagi też bardziej dżentelmen niż dama… (Patrz H jak Hilton).

C jak chłopcy. Czyli Motley Crue i feminizm według Gagi. Buzujący testosteronem pudelmetalowcy nagrali swego czasu kawałek „Girls, Girls, Girls” – pochwałę patriarchatu rozpisaną na wyścigowe gitary. Gaga odpowiedziała im w „Boys, Boys, Boys” – przeboju równie heteroseksualnym, tyle że tym razem narrator spogląda na przeciwnika z wysokości trzynastocentymetrowego obcasa. Chociaż nie ma w tym specjalnie zideologizowanego wojowania. Lubię chłopaków, którzy słuchają AC/DC i piją piwo. Jestem trochę jak groupie w dobrym starym stylu. Śpiewam o samochodach i knajpach, bo to bardzo amerykańskie. Bo dorastałam, słuchając Springsteena. Ludzie lubią wpadać w skrajności. Dziewczynom wydaje się, że feminizm polega na zachowywaniu się jak facet. Pieprzyć operacje plastyczne! I nie będę ci gotować – to jest ich podejście. A ja jestem zupełnie inna. Gotowałam mojemu chłopakowi obiady w samej bieliźnie i szpilkach. On mówił: Kochanie, jesteś taka sexy. A ja mu na to: Zjedz pulpecika.

D jak disco. Historyczny i geograficzny (bo N jak Nowy Jork) punkt odniesienia. Lady Gaga jest retro i nawiązuje do nielegalnej rewolucji, która w połowie lat 70. eksplodowała na falach radia WPXI-FM i na parkiecie Studia 54. Tamte dzikie tańce były wyzwoleńczym manifestem mniejszości rasowych i seksualnych. Rockandrollowe damy trzymają z marginesem.

E jak Europa. „Początkowo Just Dance nie chciało grać żadne amerykańskie radio, bo w Stanach electro pop to cholerny underground – a w Europie to osobny, szanowany gatunek”. Otóż to, w USA Gaga nie miała lekkiego startu. Nawet wydawca asekuracyjnie prosił, żeby nie liczyła na zbyt wiele z przebojami za trudnymi dla mas. Ale prawdziwą damę też poznaje się bardziej po tym, jak kończy. Wspomniany debiutancki singiel musiał odczekać swoje i do europejskiej premiery pełnej płyty wlókł się w ogonach tematycznych notowań „Billboardu”. Prawie pięć miesięcy na ławce rezerwowych – czasem nie pomagają nawet gościnne jęki Akona. Cierpliwości. W styczniu 2009 roku nagranie zdobyło już wszystkie liczące się szczyty. Wniosek naciągany, za to jak poprawia samopoczucie: to Europa dała Gagę Ameryce, nie odwrotnie.

F jak fantazja. Bo wiadomo, od czego jest – w myśl nieśmiertelnego klasyka polskiej piosenki. A co innego robi Lady Gaga, jeśli nie bawi się, bawi się na całego?

G jak grzeczna dziewczynka. Rodzice, włoscy imigranci, posłali Gagę do prywatnego żeńskiego liceum, nowojorskiego Convent of the Sacred Heart. „To szkoła dla grzecznych dziewczynek, które nie uprawiają seksu” – wspomina Gaga. Życie w czystości wszelkiej porzuciła jednak szybko. Wyprowadziła się z domu i utrzymywała z koncertów i burleski w klubach gejowskich (patrz R jak rewia). Co rodzice niespecjalnie pochwalali. „Kiedy tata pierwszy raz przyszedł zobaczyć mój występ, wyszłam na scenę w bikini w leopardzie centki, cekinowym pasku i wielkich, babcinych majtach – to było tak ohydne, że aż cudowne. Ojciec pogratulował mi występu, choć widziałam, że był mocno zszokowany. Mama później wyznała, że się kompletnie załamał i uznał, że zwariowałam. Przeprowadzili ze mną poważną rozmowę: Dziecko, wydaje nam się, że postradałaś zmysły, nie wiemy, co robić”.

H jak Hilton. Perez, nie Paris – choć Gaga kończyła to samo liceum, co swawolna dziedziczka i jej młodsza siostra. Ale właśnie – Perez, najsłynniejszy bloger od celebrytów. Arogancki, bezwzględny, perfidny, przezabawny. Nie oszczędza nikogo – na przykład zdjęciom hollywoodzkich balangowiczek regularnie dorysowuje w pobliżu nosów kokainowe ścieżki. Kibicuje nielicznym – w tym Gadze. Ze szczerej sympatii zdobył się na przewrotny hołd – na tegorocznej halloweenowej imprezie w kalifornijskiej willi modelki Heidi Klum pojawił się przebrany za Lady Gagę. Showbiznesową pozycję w równym stopniu określają dłonie, które składają się do oklasków na koncertach, i te, które z aprobatą głaszczą po głowie i poklepują po ramieniu na backstage’u. Perez Hilton, Marilyn Manson, Madonna – wszyscy tytułują się fanami Lady Gagi. Nie przyznała się tylko Christina Aguilera, więc dziennikarze musieli zrobić to za nią. Kiedy Aguilera kilka miesięcy temu pokazała się publicznie jako platynowa femme fatale w ciuszkach dla fetyszystów, bulwarówki zwęszyły gruby podstęp – Aguilera chce być Gagą. Xtina odcięła się głupio: „Nie mam pojęcia, kim jest Lady Gaga. Nie jestem w stanie nawet powiedzieć, czy to kobieta, czy mężczyzna”. Gaga zripostowała z właściwym sobie wdziękiem: „Rozumiem, że Christina Aguilera może nie wiedzieć, kim jestem, nie mam jej tego za złe. A co do płci – to, co powiedziała, to gigantyczny komplement. Wiem, że wyglądam jak gej, ale taki był cel, to bardzo warholowskie” (patrz W jak Warhol).

I jak ikona społeczności gejowskich. W przyjaznym mniejszościom nowojorskich klubach grała pierwsze koncerty i rozdawała pierwsze autografy. „Nigdy nie wyprę się środowiska, które wspierało mnie od samego początku”. Takimi ikonami są też chociażby Grace Jones i Kylie, dobre wzory.

J jak Jay-Z. Pewnie pluje sobie w brodę, że tak się pomylił. Zanim upolował Gagę Interscope, label należący do koncernu Universal, jako pierwsza zakontraktowała wokalistkę wytwórnia należąca do hiphopowego rockefellera. W ramach umowy powstała jedna, nigdy niewydana EP-ka i Def Jam wyparł się zobowiązań. Niesmak niechlubnego epizodu wynagradza dziś żona potentata. Beyoncé zaprosiła Gagę do teledysku („Video Phone”), Gaga wpuściła Beyoncé do studia (śpiewa gościnnie w „Telephone” z najnowszego albumu Lady, „The Fame Monster”).

K jak kompozytorka do wynajęcia. Bo skąd w ogóle ta Gaga się wzięła? Czy łowcy talentów naprawdę biegają po klubach dla transwestytów z ofertami lukratywnych kontraktów płytowych? Choć wiek tego nie sugeruje, Gaga może się pochwalić całkiem imponującym branżowym doświadczeniem. Zanim nagrała autorski album, pisała piosenki dla Britney Spears, Fergie i Pussycat Dolls.

lady gaga lampki choinkowe

L jak legenda. „Dziś wiele gwiazd muzyki, w której przede wszystkim chodzi o zabawę, nie ma w sobie potencjału długowieczności. W muzyce rozrywkowej chodzi o bieliznę, pornografię i pieniądze. A ja nie chcę być gwiazdką jednego przeboju. Chcę być całym ćwierćwieczem muzyki pop”. Skoro chce, to trzymamy kciuki.

M jak moda. „Kiedy piszę piosenkę, myślę o ciuchach, które będę miała na sobie, śpiewając ją”. Każde publiczne wystąpienie jest odzieżową prowokacją. Geometryczne sukienki, dziwaczne kapelusze, lateksowe kombinezony, fajerwerki ze stanika (strzela na koncertach). Gaga nie kryje inspiracji niegrzeczną częścią wybiegu, nie bez powodu stała się ulubionym wieszakiem odważnych projektantów: Thierry’ego Muglera, Alexandra McQueena, Matthew Williamsa. „Ważne, żeby wyglądać wyjątkowo, oryginalnie. Weźmy taką Jennifer Aniston – uważam, że jest prześliczna. Ale ja wolę być interesująca niż ładna”. Brawura w garderobie zrobiła z niej niekwestionowaną ikonę stylu, docenioną przez największe modowe magazyny świata, w tym dwie najważniejsze i najbardziej opiniotwórcze edycje „Vogue’a” – włoską i francuską.

N jak Nowy Jork. Przystań dziwaków i artystów, stolica emancypacji, rozpusty i bohemiarstwa. Trochę luksusu, trochę dekadenckich sentymentów. Ten najlepszy, legendarny, bezsprzecznie kojarzy się z uwielbianymi przez Gagę Grace Jones i Andym Warholem (patrz W jak Warhol), bananowy zbytek tego współczesnego doskonale uchwycono w najbardziej trendogennym serialu mijającej dekady – „Gossip Girl”. Lady Gaga pojawiła się gościnnie w jednym z niedawnych odcinków telenoweli o dzieciakach z Upper East Side.

O jak opera. Lubi w ten sposób mówić o trasie koncertowej promującej wydany właśnie „The Fame Monster” – The Monster Ball Tour. Bo jej już nie przystoją zwykłe koncerty. The Monster Ball Tour to gigantyczne multimedialne widowisko. „Wyobraź sobie, że elementy charakterystyczne dla teatru czy opery – dostojne, wielkie i piękne – wmontowujesz w electropopowy show z nowatorską scenografią. To prawdziwie artystyczne doświadczenie w formie postapokaliptycznej house’owej imprezy”. Premierę początkowo zaplanowano na przyszły rok, ale w związku z odwołaniem wspólnej jesiennej trasy Gagi i Kanye Westa The Monster Ball Tour wystartowała 27 listopada.

P jak „Paparazzi”. Czwarty singiel z pierwszego albumu, czwarty numer jeden z rzędu w amerykańskim notowaniu najlepiej sprzedających się nagrań – pierwszy raz w dziejach, nie było wcześniej tak doskonale celnego debiutanta. Geniusz numeru to również, a może przede wszystkim geniusz zrealizowanego przez Jonasa Åkerlunda teledysku. Stylizacja na brazylijski tasiemiec, piękni, zepsuci, bogaci, tragedia, zemsta, fenomenalna choreografia z wózkiem inwalidzkim. Sztuka umiejętnego przejazdu po bandzie i ryzyko notorycznego puszczania oka – opanowane na pięć z plusem. Rynek najwyraźniej lubi przekorę – kiedy sprzedaż płyt osiągnęła marne poziomy, wszystkie prognozy zgodnie mówiły, że tylko pojedyncze single mogą naprawić sytuację. Nikt w mijającym roku nie miał więc tak dużego udziału w akcji ratunkowej jak Lady Gaga.

R jak rewia. Bez podstępu i metafory, rewia dosłownie. Debiutanckie przedstawienie Gaga przygotowała dwa lata temu, do spółki z niejakim Lady Starlight, transeksualną gwiazdą didżejingu, perfomance’u i stylizacji. Starlight doradzał Gadze wizerunkowo w jej estradowych początkach, potem wspólnie wymyślili okrutnie niskobudżetowe, ale inspirująco nieobliczalne show na przecięciu burleski i dyskoteki. Z cekinami, brokatem i go-go wygibasami duet wystąpił nawet na słynnym amerykańskim festiwalu objazdowym Lollapalooza.

S jak sława. Mogę wyjść na ulicę w spodniach za dwa dolce i zwykłym T-shircie, a i tak będę wyglądać jak gwiazda. To po prostu trzeba mieć w sobie. Musisz ludziom uświadomić, że jesteś ważny. „The Fame” nie jest o sławie mierzonej natężeniem żenujących newsów w serwisach plotkarskich. To sława powszechna, demokratyczna, dostępna. Z premedytacją projektowana. „The Fame Monster” to w treści już demoniczny ekshibicjonizm, ale w formie wciąż sława pół żartem, pół serio. Pukiel włosów, papierowe laleczki, plakaty i limitowane serie okładki, która będzie się zmieniać na przestrzeni przyszłego roku. Tyle dodała do nowych piosenek przy okazji grudniowej premiery ekskluzywnej, poszerzonej wersji debiutu. Dla kolekcjonerów, fanatyków i wariatów.

T jak Tokyo Love. Takim tytułem Nabuyoshi Araki, cesarz japońskiej fotografii, opatrzył sesję zdjęciową z Gagą w roli głównej – można ją było oglądać w japońskim „Vogue Homme”. I co z tego? To, że Lady Gaga jest pierwszą Amerykanką sfotografowaną przez kontrowersyjnego mistrza obiektywu i jedną z dwóch zachodnich gwiazd, z którymi Araki kiedykolwiek zechciał pracować. Drugą jest Björk.

U jak ubranie. Albo bardziej: jego brak. Czyli nic nie podnosi sprzedaży tak jak negliż? Nie odpowiada się na pytania retoryczne. Przewaga Gagi bierze się z obnażenia świadomego i celowego. Wspomnienie jako dowód: „Pamiętam taki jeden koncert, trochę się upiłam… Miałam nowy materiał i wspaniały ciuch na sobie. Usiadłam na scenie, przepłukałam gardło i czekałam, aż wszyscy się uciszą. Było tam mnóstwo chamskich dzieciaków z West Village, nie wiedziałam, co zrobić, żeby się wreszcie zamknęli. Nie chciałam zaczynać śpiewać, dopóki nie przestaną gadać – więc się rozebrałam. Siedziałam przy fortepianie w bieliźnie. Uciszyli się. Zrobiłam to, bo seks się sprzedaje? Może z dzisiejszej perspektywy tak to wygląda, ale w kontekście tamtej chwili i tamtej publiczności robiłam coś społecznie radykalnego”.

W jak Warhol. Andy Warhol. Wyrocznia, wzór, ideał. Popkulturowy wizjoner. „Chciałabym być takim Warholem w spódnicy. Robić filmy, muzykę, zdjęcia, instalacje, malować. Projektować modę”. Na wzór niegdysiejszej Warholowskiej Fabryki Gaga powołała Haus of Gaga – zespół multimedialnych artystów, z którymi między innymi kręci krótkometrażowe filmy i projektuje oprawę wizualną swoich koncertów.

Z jak znaczenie. Uświadomiłam sobie niedawno, że to, co robię, musi być jednocześnie płytkie i głębokie. Wszystkie moje piosenki są o czymś, wszystkie moje stroje są ikoniczne. Nie tracą znaczenia, nawet gdy potraktuje się je bardzo powierzchownie. Miniaturowy fragment melodii, piękna sukienka. Ludzie mówią: Gaga jest słodka albo Gaga ssie. Ale najważniejsze jest, że mnie zapamiętują. Sprawić, żeby ludzie traktowali komercję jako sztukę – to gigantyczne wyzwanie. Wiele osób mnie po prostu nie rozumie, wiele zwyczajnie nie wie, co ma ze mną zrobić. I wiecie co? Jest mi z tym zupełnie dobrze.

Komentarze
Lady Gaga od A do Z
Oceń artykuł