Joanna Lech: Każdy z nas chce przeżyć swoją „ciemną miłość”

Dziewczyna ubrana w biała bluzkę i marynarke, obok książka

Antologia Znowu Pragnę Ciemnej Miłości, zabiera czytelnika na wyprawę. Pełną czułych wyznań, szeptów, ale także tęsknoty wypełniającej niekiedy ciała kochanków. Kilka dni temu przeprowadziliśmy rozmowę z Joanną Lech, pomysłodawczynią tomiku, która podjęła się tego nie lada wyzwania wyboru tekstów kilkunastu postaci polskiej sceny poetyckiej.

Joanno, z Twojego bio wiemy o Tobie wiele – jesteś pisarką, poetką, kochasz podróże, zdobyłaś wiele cennych nagród. A jak Ty byś sama się przedstawiła naszym czytelnikom – kim jest Joanna Lech?

Hmmm… jestem bardzo poważną osobą z głową pełną dynamitu J Nie no, myślę, że Joanna Lech jest normalną, prawdziwą osobą i taką stara się pozostać, a przy okazji odpowiednio wykorzystać te wszystkie umiejętności, jakimi została przez dobry los obdarzona. Mimo że robię dużo rzeczy, staram się skupić głównie na pisaniu i to uznaję za mój największy talent, to chcę robić. Tak, Joanna Lech jest odważną (lub trochę szaloną) osobą, bo chce pisać książki – tak bym to podsumowała.

Właśnie – Twoja najnowsza książka – antologia Znowu Pragnę Ciemnej Miłości, pojawiła się kilka tygodni temu na półkach. Zgromadziłaś wiele pozytywnych recenzji, ale pojawiły się także głosy krytyki, mówiące, że nie powinnaś się podpisywać na okładce jako autorka, skoro jest to antologia wierszy różnych poetów. Jak odpierasz takie zarzuty?

Jestem autorką antologii, poza tym w tytule jest raczej jasno: wybór wierszy i wstęp: Joanna Lech. Nie pierwszy i nie ostatni raz w historii literatury zdarzyło się, że na okładce wyboru są umieszczone nazwiska autorów, nie tylko tytuł, jest to przyjęty od dawna zwyczaj. Dodajmy, że nie do końca jest to głos krytyki, wspomniana osoba zasugerowała, że zamiast tytułu powinny się tam znaleźć nazwiska wszystkich autorów i autorek zamieszczonych wierszy, co jest chyba karkołomne, biorąc pod uwagę estetykę wydania i – co ważniejsze – ilość miejsca.

Od początku planowałam, że będzie to wybór wierszy. Insta-poezja staje się coraz bardziej popularna, pojawiło się wiele naśladowczyń przykładowo Rupi Kaur, ale przecież mamy w Polsce cały zastęp świetnych poetów i poetek, uznanych i docenionych, o których nikt tak naprawdę nie słyszał. I skoro pojawiła się taka szansa, pomyślałam – O! To jest coś, co może coś zmienić w tej dziwnej sytuacji, gdy poezja jest traktowana jak najbardziej alternatywna forma kultury, a te wspaniałe wiersze, nigdy nie mają szansy znaleźć czytelników.

Wydaje mi się, że niektórzy nie do końca zdają sobie sprawę z nakładu pracy, jaki włożyłaś w powstanie książki, przecież to nie wyglądało z pewnością tak, że wzięłaś pierwsze, lepsze wiersze z brzegu, złożyłaś i cześć, książka skończona.

To prawda, co roku wychodzi mnóstwo tomików wierszy, moim zadaniem było przeczytanie ich od groma i wybranie tych, które najlepiej pasowały do mojej książki. Złożenie tych wszystkich odrębnych poetyk i światów w jedną zwartą całość. Wiersze o miłości, tęsknocie, bólu – tego jest bardzo dużo i żeby zrobić to dobrze – żeby książka była spójna, musiałam nad tym solidnie przysiąść. Chciałam, żeby moja antologia była różnorodna- w końcu każdy pisze inaczej o swoich osobistych doświadczeniach- ale też wyważona, po prostu: żeby się ją dobrze czytało, jak smakowitą lekturę na chwilę przerwy.

Ile czasu zajął Ci wybór wierszy i przygotowanie wszystkiego do takiej formy, jaką możemy dzisiaj podziwiać?

Kilka miesięcy, zaczęłam od pewnego rodzaju szkicu. Miałam już wybrane ulubione wiersze, które chciałam, żeby koniecznie znalazły się w książce, miałam też kilku autorów, których wiersze chciałam wybrać – to była taka pierwsza część. A potem wiadomo – wybieranie, dodawanie, przebieranie, zmienianie listy. I przede wszystkim- czytanie. Myślę, że całość zajęła mi około pół roku naprawdę żmudnej pracy. Chyba nigdy już nie przeczytam ani jednego miłosnego wiersza więcej.

Od początku wiedziałaś, że tytułem będzie to konkretne zdanie z wiersza Haliny Poświatowskiej – Znowu pragnę ciemnej miłości?

Nie, w pewnym momencie to do mnie przyszło. Roboczo nazwałam ją po prostu „antologia miłość”, po głowie krążyły mi też inne tytuły. Ale tak czytałam i nagle stwierdziłam: TO JEST TO! Klasyczny przecież wiersz, znany i świetny a ten werset zdecydowanie robi mi całą książkę! Od razu widać, że to nie jest kolejny tomik o romantycznych wzlotach i zalotach. No i się uparłam na ten tytuł. Jest mocny, wyrazisty, zmysłowy i głęboki- – idealny, taki jak (nieskromnie mówiąc) książka J Na szczęście udało się go pożyczyć.

Dochodzimy do momentu, gdy książka została wydana i trzeba przyznać, że dość szybko znalazła się na pierwszym miejscu bestsellerów Empiku w dziale poezja, zaraz przed Rupi Kaur. Czy sama postać Rupi jako kobiety jakoś cię inspiruje?

To wspaniałe, że wiersze takich autorów jak Jakubowska, Honet, czy Różycki znalazły się na półkach Empiku, że się sprzedają, są czytane i docenione. Nie spodziewałam się listy bestsellerów, ale nie ukrywam- strasznie się cieszę, że udało mi się tylu ludzi troszkę tą świetną, polską poezją zainteresować.

Co do samej Rupi, przyznam, że mam nieco mieszane uczucia. Z jednej strony jest silną, odważną kobietą, która odniosła sukces w niszowej branży. W założeniu jej książki są feministyczne, ale nie do końca- czytając jej wiersze, można odnieść nieco inne wrażenie. Mimo wszystko trzeba przyznać, że dużo się tam dzieje; jest walka, jest zmysłowość, dramatyzm, gojenie się. Oczywiście, nie jest to poezja najwyższej półki, są to raczej banalne sentencje, jednak myślę, że nie ma co demonizować całego zjawiska. Insta poezji zawdzięczamy to, że oswoiła ludzi z wierszami, pokazała, że jest dla nich miejsce, a to już bardzo dużo.

Tak, można powiedzieć, że poezja właściwie przeżywa swój pewnego rodzaju renesans dla szerszej publiki.

Dokładnie, poezja znalazła swoje miejsce, nie tylko w życiu, ale też w wirtualnej przestrzeni i to jest niesamowite. Ludzie robią zdjęcia stronami wierszy, wrzucają na swój Instagram, dzielą się tym. Czytają, odczuwają. Sami piszą. A to znaczy, że poezja jest nam jednak potrzebna i ja się z tego bardzo cieszę.

Jeszcze kilka lat temu dość sceptycznie wypowiadałaś się w kontekście mediów społecznościowych, ale to się chyba zmieniło – Twoje konto na Instagramie obserwuje prawie 40 tysięcy ludzi, prężnie działasz w środowisku mediów społecznościowych. Co według Ciebie social media dają, a co zabierają?

Na pewno zabierają czas i uwagę, którą można byłoby skupić na lepszym spędzaniu życia, a nie tylko łapania jego najlepszych kadrów. A co dają? Otwarcie na ludzi, wyjście na szeroki świat, możliwość podróży. Dla mnie to było wspaniałe, że mogę się podzielić tym, co robię. Interesuję się fotografią, trochę się uczyłam, więc te obrobione zdjęcia też się pojawiają, ale najczęściej używam Instagrama do tego, do czego właściwie został stworzony, czyli chwytania dnia- taki pamiętnik pstrykany w biegu starym telefonem. Dobrze też być na bieżąco ze znajomymi, choćby to było tylko oglądanie ich na tych obrazkach; bo przecież nie zawsze jest czas, żeby wpaść czy zadzwonić. Intagram inspiruje, zwłaszcza przy wyborze nowych lektur do czytania i miejsc do odwiedzenia, a przewijanie własnego konta w przeszłość jest dla mnie ważną lekcją bycia uważną, pomaga też na smutki. Widzę, ile dokładnie tracę z życia, zamartwiając się w domu, zamiast zmusić się i coś działać, zmotywować się, iść naprzód. Banalnie to zabrzmiało, ale czasem po prostu trudno jest wyjść z trybów mechanizmu smutku.

Wracając do samej książki, tak jak już mówiłyśmy – Znowu Pragnę Ciemnej Miłości, nie jest książką o miłości przez różowe okulary. Żyjemy w czasach, gdzie miłość, czy pierwsze zauroczenia przeniosły się w dużym stopniu do wirtualnej przestrzeni – mamy Tindera, inne aplikacje do tak zwanego randkowania, gdzie poznawanie ludzi ogranicza się do swipe’owania w prawo lub lewo. Jaki jest Twój stosunek do tej, powiedzmy – miłości w czasach Tindera?

Tinder jest odpowiedzią na to, że ludzie żyją w kulturze obrazków, wszystko musi być ładnie opakowane, łatwe i szybkie. Portale randkowe przestają być atrakcyjne, bo właściwie ludzie już nie chcą ze sobą pisać. Nikt nie ma na to czasu. Tinder stał się właściwie grą na telefon. Możesz sobie przewijać, lajkować, klikać. Niezobowiązująco, bo to nawet nie zdrada- testowanie apki na telefonie z często fałszywego konta. Inaczej jest za granicą, w krajach, gdzie Tinder jednak częściej jest używany do szukania szybkiego seksu: zdjęcia gołych torsów piszą już prawie same hasła typu: u mnie? 8? Trójkąt? 69? Anal? Chętna na dziś? Jeśli nie jesteś chętna, od razu cię blokują. Nie mam nic przeciwko randkowym aplikacjom, są przydatne, jak każde inne- w końcu wszystko jest dla ludzi, o ile ludzie wiedzą, jak z nich korzystać. U nas to trochę inaczej działa, mam wrażenie, że mimo rosnącej popularności tego medium wciąż nie do końca wiemy, jak się do tego zabrać. Nie potrafimy ze sobą rozmawiać, nawet online- przynajmniej do takich wniosków doszłam w czasach, gdy pisałam zabawne para-felietony na temat używania Tindera.

Niestety spotkałam się wtedy z wieloma nieprzyjemnymi sytuacjami, wyzwiskami, ordynarnymi, chamskimi wręcz wiadomościami, obcesowymi propozycjami seksualnymi w pierwszej linijce rozmowy, groźbami, jeśli się nie umówię lub propozycjami zapłaty za noc. Czasem się zastanawiam, czy to wszystko było na poważnie, bo niby do czego ta cała przemoc słowna ma prowadzić? Bo raczej nie do udanej randki. Ale trzeba pamiętać, że Tinder to tylko środek do celu, tak jak inne portale, które były przed nim. Wszystko zależy od nastawienia użytkowników. W końcu cokolwiek, co pomaga nam wyjść, z tej straszliwej klatki samotności, jest dobre i potrzebne.

I to świetnie, że ludzie szukają tam różnych rzeczy: miłości, małżeństwa, przygodnego seksu, chwili rozmowy, partnerów na wesele, wspólnego zdjęcia do pochwalenia się babci, kogoś do wyjścia na piwo lub nawet znajomych w nowym mieście. I myślę, że trzeba tę różnorodność celów uszanować, a swoje jasno nakreślić, a nie zawsze to potrafimy. I szanować innych ludzi, choćby to byli partnerzy seksualni na jedną noc. Serio, przeraża mnie ilość wyzwisk, jakie dostają kobiety-singielki na portalach randkowych. Jakby bycie młodą, atrakcyjną i aktywną seksualnie przynosiło jakiś wstyd: w Polsce w 21 wieku, no dajcieżesz spokój.

Myślisz, że każdy z nas ma w życiu taki etap, gdy szuka tej Ciemnej Miłości?

Myślę, że każdy, czasem. Tak jest zbudowany nasz mózg. Szukamy ekscytacji, nie tylko akceptacji i miłości. Jak jest cały czas dobrze, to też nie jest dobrze. Ludzie szybko się nudzą, stabilne związki nie wystarczają, chcą mieć zastrzyk endorfin, poczuć, że żyją, więc marzą o tym, żeby spotkało ich coś romantycznego i zmysłowego. Przeżyć przygodę, romans spod ciemnej gwiazdy, przynajmniej raz w życiu. I mimo późniejszego żalu czy złamanego serca, to jest jednak coś, co napędza świat. Siła, której nie da się zatrzymać. Życie, endorfiny, „lust for life”. Powtarzając za znakomitym poetą: jesteśmy jednak strasznymi psami na życie.

Gdybyś miała możliwość stworzenia ścieżki dźwiękowej do swojej książki – jaki artystów byś zaprosiła albo jakie gatunki muzyczne byś w niej chciała usłyszeć?

Właśnie! Zastanówmy się… Do Agnieszki Wolny-Hamkało pasowałoby jakieś zmysłowe indie. Do Rafała Wojaczka zdecydowanie lekko wkurwiony Jack White, do Marty Podgórnik dałabym np. Courtney Love. Wiersze Joanny Oparek widzę chyba w jazzowej oprawie, ale taki jazz z pazurem, jam session, tom Waits po straconej miłości i kilku głębszych o piątej nad ranem. To jest w ogóle ciekawy pomysł do zrobienia. Na przykład wiersze Jakobe Mansztajna czytane przy jakimś hip-hopowym podkładzie…

Skoro mamy teraz okres wakacyjny, a Ty kochasz podróże, to może wybrałabyś jakieś 5 miejsc, które byś poleciła naszym czytelnikom? Mogą być zarówno te z odbytych już podróży, jak i Twoich planów na przyszłość!

Może zacznę od najbliższych lokacji, czyli po prostu Mazury. Jakiś czas temu przejeżdżałam tamtędy jakoś po sezonie, przypadkiem, we wrześniu, było już nieco zimno i odkryłam zupełnie inny świat. Cisza, spokój, nikogo, tylko puste, zamglone jezioro, brak zasięgu. Doświadczenie z pogranicza zen, zupełne wyciszenie. Niesamowite. Godzina hipnotycznego wpatrywania się w horyzont, potem przyszedł rybak i karmił ptaki resztkami, podniósł się harmider i zaczęłam robić zdjęcia jak szalona. Gdybym chciała się oderwać od miasta, to na pewno wybrałabym się tam na dłużej.

Jednym z marzeń jest wyprawa na prawdziwe safari, w Kenii czy Tanzanii. Tam, gdzie zwierzęta wciąż żyją dziko, w chronionych parkach krajobrazowych. Takich miejsc jest coraz mniej i to przez ludzi, którzy po prostu bezmyślnie niszczą tę naturalną przestrzeń. W Kenii są ostanie, mało komercyjne wycieczki organizowane przez lokalnych mieszkańców, którzy wiedzą, gdzie i kiedy można znaleźć zwierzęta i cię zabierają tam własnym jeepem. Prawdziwe doświadczenie, może trochę niebezpieczne, ale wciąż bym się wybrała, zwłaszcza że te małe, familijne firmy niedługo znikną, wyniszczone przez drogie, turystyczne wyprawy, na których niewiele da się zobaczyć.

Kolejne niespełnione marzenie to Wielki kanion i Las Vegas. Przejechać się po tamtych drogach, czyli wyprawa przez Route 69 wieśniackim samochodem z odkrytym dachem i „born to be wild” ryczącym z głośników. Totalnie American Dream. A biorąc pod uwagę, że w tamtych okolicach jest dużo tych tanich motelów przydrożnych, to wcale nie trzeba posiadać małej fortuny- tylko okazyjne bilety i wiza do stanów. Taka długa podróż przez kilkanaście miejsc w Ameryce, zwieńczona Wielkim Kanionem: może kiedyś się uda. Napisałabym o tym reportaż, wszystkich ludziach spotkanych na drodze. Może mało oryginalnie, ale żyje się raz!

Poza tymi większymi wciąż niespełnionymi marzeniami myślę, że mikroturystyka też jest ciekawą opcją na odpoczynek. W Krakowie pod Kopcem Kraka ludzie sobie rozkładają namioty i robią mini-wakacje, opalają się na dachach. Wiesz, podobno najlepiej odpoczywa się, jak się robi coś innego, niż na co dzień. Małe wyprawy za miasto, do okolicznych miejscowości, do lasu. Naprawdę można znaleźć zadziwiająco ciekawe rzeczy w najbliższej okolicy. Zrobić coś kompletnie innego, szalonego: po raz pierwszy od lat pojeździć na rowerze albo kupić hulajnogę, iść w góry, nauczyć dzieci wspinać się na drzewa, zbić sobie stolik z palety, poczytać na łące, wyjść z aparatem w miasto, rozbić namiot w szczerym polu, rozpalić ognisko. Chociaż zdaję sobie sprawę, że są teraz różne zakazy, ale zawsze można zorganizować sobie jakąś wyprawę za niewielkie pieniądze. Siedząc w domu, trudniej jest odpocząć. Szczególnie że ludzie trochę zatracili tę zdolność odpoczywania, w końcu żyjemy w ciągłym biegu i robimy nieustannie „wszystko na raz”. A wystarczy usiąść gdzieś z książką, wyłączyć na chwilę telefon, siebie wyłączyć, po prostu: nie robić nic. Patrzeć, oddychać. W końcu lato minie, zanim się obejrzymy, a dopóki jest zielono i ciepło, aż chce się gdzieś wybrać. I aż chce się żyć.

Rozmawiała: Klarysa Marczak

Komentarze
Joanna Lech: Każdy z nas chce przeżyć swoją „ciemną miłość”
Oceń artykuł