Janusz Mrozowski: Więzienie to nie tylko kraty i mury

Ciemnozielony plakat z czarnymi sylwetkami ludzi

Janusz Mrozowski od kilku lat kręci filmy, w których próbuje pokazać obraz więzienia odbiegający od powszechnych wyobrażeń. Z reżyserem rozmawiamy o jego najnowszym filmie „Autorki”, a także o stereotypach dotyczących skazanych, problemach więziennictwa oraz o tym, co musi się zmienić.

Autorki to kolejny obraz w pańskiej filmografii, który przedstawia historię czterech więźniarek, przygotowujących sztukę teatralną. W jakich okolicznościach poznał Pan bohaterki tej produkcji?

Uważam, że ten film jest prezentem, powiedzmy, od opatrzności, jeśli taka w ogóle istnieje. Kiedy przygotowywałem serial telewizyjny w więzieniu, poznałem bohaterki Autorek. Ujęły mnie od razu. Nakręcenie filmu zajęło mi zaledwie dwa dni zdjęciowe. Kiedy pokazałem roboczą wersję koleżance z telewizji, podkreśliła, że tak naprawdę na Autorki składa się moje dziesięcioletnie doświadczenie w pracy z więźniami. Gdybym go nie posiadał pewnie nie zdałbym sobie sprawy z tego, że znalazłem idealne, filmowe postacie. Zresztą nawet jeśli wpadłbym na ten pomysł, to prawdopodobnie nie potrafiłbym wzbudzić w bohaterkach takiego zaufania, by w krótkim czasie zdecydowały się powiedzieć mi tak wiele. Oglądając Autorki, widzimy nie więźniarki, lecz wolne kobiety. Tak jakby ich kobiecość zmiażdżyła siłę więźniarek.

Po raz kolejny pokazuje Pan również otwartość służby więziennej.

Przeważnie o służbie więziennej mówi się źle. W mediach wzmianki na jej temat pojawiają się jedynie wtedy, gdy coś jest nie tak. Funkcjonariusze więzienni niemal w całej Europie są na ostatnim miejscu w rankingach administracji. Polacy są szczególnie wrogo nastawieni do więźniów, dopóki ktoś z ich bliskich nie znajdzie się w więzieniu. Wtedy ta wrogość przenosi się na służbę więzienną. Zwykłem powtarzać, że wolę Polskę więzienną od Polski po drugiej stronie muru. To nie są puste słowa. W polskich więzieniach stosunki międzyludzkie – skazani/administracja – są w miarę normalne, czasami wręcz serdeczne. Natomiast z drugiej strony murów Polacy kochają swoją ojczyznę, a siebie nawzajem nie znoszą, nie mając do siebie za grosz zaufania.

Kobiety z kwiatami, kobieta z czerwonymi włosami, kobieta w białej bluzce

Czy nie bywał Pan za krótko w więzieniach, by móc uzyskać ich prawdziwy obraz?

Nakręciłem wiele filmów o więźniach w różnych regionach Polski. W zakładach karnych spędziłem na tyle dużo czasu, że ani więźniowie, ani służby administracyjne nie byłyby w stanie przede mną grać. Widzę codzienną pracę tych ludzi, ich zaangażowanie i wiarę w to, co wydaje mi się ich prawdziwą misją pomocy drugiemu człowiekowi w odnalezieniu siebie. Popularnie mówi się na to resocjalizacja. Jednak słowo to nabrało już takiej konotacji, że nie chcę go używać. Nie można oczywiście patrzeć na służbę więzienną jak na cudotwórców. To nie jest tak, że do więzienia wchodzi człowiek zły, a wychodzi dobry, bo zachodzi tam jakiś cudowny proces. Tak może stać się jedynie z tymi osobami, które tego chcą. Reszta jest w rękach społeczeństwa. Trzeba nauczyć się inaczej patrzeć na ludzi, którzy zbłądzili, i przyjmować ich na powrót w swoje szeregi. Społeczeństwo powinno czuć się odpowiedzialne za swoich słabszych członków.

Taka jest rola pańskich filmów? Edukuje Pan nimi społeczeństwo?

Wierzę w to, że sztuka ma moc edukacyjną. Jednak wiele zależy od tego, jakie kręcimy filmy na temat więziennictwa. Jeśli będziemy utrwalać wizerunek groźnego, wytatuowanego skazanego, który chwali się swoim przestępstwem i szuka tylko okazji, by kolejny raz złamać prawo, wtedy zaszkodzimy i samym sobie, i więźniom. Takich bohaterów może nawet fajnie się ogląda, bo to uspokaja nasze sumienie. Myślimy, że w więzieniach właśnie takie osoby siedzą, więc nie musimy się za bardzo nimi przejmować. Jednak w rzeczywistości takich osób jest stosunkowo niewiele. O tym, że ludzie myślą inaczej, przekonałem się niedawno w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej. Na spotkaniu broniłem projektu Prison Match. Zakłada on zorganizowanie meczu pomiędzy więźniami w Ustce i rzymskim więzieniu w Rebibbia. Myśl przewodnia jest taka, żeby każda drużyna była złożona z sześciu więźniów i pięciu strażników. Zostałem zaatakowany przez przewodniczącego komisji, skądinąd filmowca, który powiedział, że nie podobają mu się moje filmy, bo pokazuję przestępców w sposób za bardzo ludzki, nie informując nawet widza o tym, za co zostali osadzeni. Odpowiedziałem, że pokazuję ludzi takimi, jacy są. Nie skupiam się na tym, co nas dzieli. A dzielą nas mury i kraty, a także to, co oni zrobili, a czego myśmy – może jeszcze? – nie zrobili. Z tego oni już się wytłumaczyli przed sądem. Nie chcę do tego wracać. Mnie interesuje to, co nas łączy, czyli nasze wspólne człowieczeństwo. Mamy w sobie tyle samo zła i dobra. My jednak mieliśmy nieco więcej szczęścia, być może dzięki wychowaniu, warunkom socjalnym, oświacie czy otoczeniu, że potrafiliśmy nad tym złem do tej pory zapanować, a oni nie. Tak zwane „bestie” zostawiam kolegom z telewizji. Mnie zależy, żeby pokazać, kim moi zbłądzeni bohaterowie są naprawdę. Zrobienie czegoś złego nie zamienia w złego człowieka. Pragnę, żeby społeczeństwo pomyślało czasami o więźniach, jak o zbłądzonych braciach i siostrach. Jesteśmy katolickim narodem, który zapomniał, kto pierwszy poszedł do raju i o przykazaniu kochaj bliźniego swego…

Kobietami za więziennymi kratami

Jaki jest dziś największy problem, z którym boryka się polskie więziennictwo?

Odkąd zlikwidowano karę śmierci, kary więzienia bardzo się wydłużyły. Nić, która wiąże pobyt w więzieniu z przestępstwem, w pewnym momencie pęka. Więzień przestaje wiedzieć, co tam robi. Są ludzie, którzy zaczynają pracować nad sobą już w momencie aresztowania i kontynuują tę pracę w trakcie odbywania kary. Tym ludziom trzeba dać szansę szybszego wyjścia na wolność, żeby mogli przyłączyć się do społeczeństwa. Jeśli się tego nie wychwyci, może być za późno i wtedy szybko wrócą za kratki. Warto byłoby może pomyśleć o celebracji wyjścia z więzienia.

Bał się Pan kiedyś w więzieniu?

Nigdy nie miałem takiej sytuacji. Podczas pierwszej wizyty w więzieniu czułem się bardzo nieśmiało. Było to ciężkie więzienie w Lannemezan w Pirenejach, gdzie znajdują się skazani na 10 lat i więcej. Miałem pełną świadomość, ze idę na spotkanie z ludźmi o tragicznym przeznaczeniu. Miałem pokazać im swój film Zemsta Lucy, który kilka miesięcy wcześniej dostał afrykańskiego Oscara. Jeden z więźniów zapytał mnie po projekcji: „A ty jak nas widzisz?”. Odpowiedziałem: „Żyjemy w tym samym momencie, na tej samej planecie. Myślę, że mógłbym być jednym z was, a wy moglibyście być mną. Tak się nie stało. Wy macie tragicznie wyjątkowe przeznaczenia”. Więźniowie proponują, żebyśmy wyrzucili „tragicznie”, zostawili „wyjątkowe”, żeby wspólnie zrobić coś wyjątkowego. To było piętnaście lat temu. Od tamtej pory wracałem do więzienia wielokrotnie. Trochę oswoiłem się z tym miejscem, ale wciąż potrzebuję dwa, trzy dni na adaptację. Nigdy nie powiem, że znam więzienie. To nie są przecież tylko kraty i mury. To jest prawie całkowite ubezwłasnowolnienie, bezsilność, której ja – przynajmniej w więzieniu – nigdy nie doznałem.

Są różnice w adaptacji w więzieniu kobiet i mężczyzn?

Dla kobiet więzienie jest prawdziwą tragedią. Dla mężczyzn to może być jeszcze moment inicjacji, wejścia w dorosłość. W niektórych środowiskach pobyt w więzieniu daje ci galony. Mężczyźni często działają w grupie: wojsko, drużyny piłkarskie, chodzenie wspólnie na wódkę. U kobiet nie ma takich wspólnotowych ugrupowań. Kobiety też o wiele bardziej cierpią pod kątem seksualnym, tęsknią za dziećmi, za bliskością, uczuciami. Trzeba pamiętać, że one stanowią w więzieniu zaledwie cztery procent wszystkich więźniów. Zapytałem kiedyś więźniarki, czy ta statystyka oznacza, że kobiety są lepsze? Odpowiedziały, że nie, ale że one, żeby uprawiać seks, nie potrzebują kabrioletu.

Jeśli chodzi o powrót do społeczeństwa, jak wyglądał on w przypadku bohaterów pańskich poprzednich filmów?

Bardzo różnie. Jedna z bohaterek popełniła samobójstwo, jeden z mężczyzn ma teraz dziewczynę, która trzyma go tak krótko, że raczej nie powróci już na drogę występku. Niedawno dowiedziałem się też, że inna z kobiet, która do tej pory była złodziejką, popełniła morderstwo. Myślę dużo o ofiarach, ale nie mogę nie myśleć o ludziach w więzieniu bez empatii i próby zrozumienia nieszczęścia, przez które przechodzą.

Zdarzyło się Panu, że któryś z bohaterów był niezadowolony z tego, jak go Pan przedstawił w filmie?

Takiej sytuacji nie miałem, ale zdarzyło mi się coś innego. Jeden z bohaterów powiedział przed kamerą, że chciał zabić. Wszyscy myśleli, że to był przypadek, że powinęła mu się noga, a on naprawdę chciał to zrobić. To, co było jego marzeniem, stało się jego tragedią. Chciał, żebym te słowa zachował w montażu. Zaprosiłem go na festiwal do Cannes, gdzie film miał swoją światową premierę. Uważam, że człowiek, który idzie tak daleko w wyznaniu, do popełnionego błędu już nie powróci. Innym razem w więzieniu w Wołowie skazany za podwójne morderstwo na trzydzieści trzy lata człowiek powiedział mi, że sąd powinien mu dorzucić do tej kary dni, które spędza ze mną, bo czuje się wówczas wolny. Dodał, że po dwudziestu dwóch latach więzienie go już nie dotyka. Że właściwie nic go już nie dotyka i nawet nie będzie się starał o zwolnienie warunkowe. Następnego dnia po projekcji Bad Boys widziałem go chowającego się ze łzami w oczach. Powiedział mi, że film uświadomił mu bezsens więzienia i straconych lat.

Rozmawiał: Artur Zaborski
Zdjęcia: materiały prasowe dystrybutora

Komentarze
Janusz Mrozowski: Więzienie to nie tylko kraty i mury
Oceń artykuł