Historia o tym, jak stałem się finansowym minimalistą

Banknot 500 zl

Finansowe życie studenta nie należy do rozkosznych. Praca za barem, roznoszenie ulotek, czy wypełnianie ankiet sprawia, że budżetowy pas raczej należy zaciskać. Studenckie życie obfituje za to w liczne imprezy, spotkania towarzyskie i nieplanowane wydatki. Czy impulsywne wydawanie pieniędzy jest nam rzeczywiście potrzebne do szczęścia?

Zacząłem pracować w wieku 17 lat. Z racji swoich znikomych kompetencji, praca w gastronomii wydała mi się idealnym miejscem na rozpoczęcie kariery zawodowej. Elastyczne godziny pracy, napiwki, luźna atmosfera i dodatkowe pieniądze na własne potrzeby spełniały moje wymagania. Pracę w gastronomii znaleźć nie trudno. Środowisko jest tak małe, że znajomości, dobre chęci i odrobina motywacji wystarczą, żeby się gdzieś zakręcić.

Problem pojawił się w momencie wyprowadzki od rodziców. Wynajem pokoju, opłaty za telefon, karta miejska i wymiana przetartych spodni sprawiła, że nagle domowy budżet nabawił się anoreksji. Wydatki na socjalizację trzeba było ograniczyć, a przyjemności, do których przywykłem, okazały się wykraczać ponad moje możliwości.

Osoba trzymająca pusty portfel w rękach.

Zastanawiałem się co by tu zrobić, aby powrócić do poprzedniego stanu rzeczy. Miałem świadomość tego, że moje finanse wraz ze znalezieniem normalnej pracy będą rosły, jednak brak możliwości uczestnictwa we wszystkich wydarzeniach, w których uczestniczyłem do tej pory, był przygnębiający.

Stanąłem przed wyborem. Szukać kolejnej pracy i dzielić czas między studia i dwa etaty czy ograniczyć wydatki ubolewając nad zanikiem życia towarzyskiego.

Wybrałem opcję numer dwa. Początkowo czułem się bardzo ograniczony, jednak było to imperatywem do skrupulatnego przeanalizowania bieżących wydatków. Zacząłem zbierać paragony i stworzyłem tabelę wydatków w Excelu. Bardzo szybko zorientowałem się, że znaczna część pieniędzy przeznaczana jest na głupoty. Zakup czekolady przed północą, piwko na dobitkę, czy bezsensowny fast food po zakrapianej imprezie stanowiły znaczący udział finansowego braku wydajności.

Tabelka z Excelem pokazująca wydatki budżetu domowego.

Po miesiącu postanowiłem zmienić nawyki ekonomiczne na dobre. Zacząłem gotować posiłki. Przestałem kupować zbędne drobiazgi. Kosztowało mnie to o wiele mniej wysiłku, niż myślałem. Fakt – przez pierwsze dwa tygodnie było ciężko, jednak do zmian przyzwyczaiłem się szybko. Na koniec miesiąca zostałem z takim oszczędnościami, jakich moja kieszeń nie widziała od dawna.

Pieniądze, długopis i kalkulator leżące na wykresie.

Zwiększyła się liczba dni, w których nie wydałem ani złotówki. Na początku czułem się z tym przynajmniej dziwne, ale z czasem zacząłem czerpać przyjemność z każdego dnia bez transakcji. Uświadomiłem sobie, że system, którego jesteśmy beneficjentami, sprawia, że stajemy się również w pewnej mierze jego niewolnikami. Zrozumiałem, jak bardzo zakorzeniony jest w nas w przymus nabywania i jak fatalne jest to, że uzależniamy szczęście od tego, ile możemy sobie kupić.

Moje życie nabrało ponownie smaku, kiedy nauczyłem się rezygnować z rzeczy, których tak naprawdę nigdy nie potrzebowałem. Przestałem się również bać nieplanowanych wydatków. Mój standard życia poszedł w górę. Co więcej, z racji tego, że częściej sobie gotowałem – straciłem na wadze.

Mężczyzna siedzący przy komputerze, widok z lotu ptaka

Zmiana stylu gospodarowania pieniędzmi okazała się nie tylko korzystna, ale również przyjemna. Ostatecznie moje życie towarzyskie również nie ucierpiało. Okazało się, że znajomi, podobnie jak ja, wolą wpaść do mnie na butelkę wina niż wyjść na miasto i wydać mnóstwo pieniędzy.

W tym miejscu czas na mały apel. Jeżeli Ciebie, drogi czytelniku dopadł syndrom chudego portfela – nie wahaj się użyć przeciwko niemu spinaczy do paragonów i kalkulacyjnego oręża.

Tekst: Jeremi Pedowicz

Komentarze
Historia o tym, jak stałem się finansowym minimalistą
Oceń artykuł