Graffiti – wandalizm czy sztuka współczesnego miasta?

Dwóch chłopaków maluje graffiti

Dla niektórych jest symbolem zbuntowanych nastolatków, a dla pozostałych sztuką, która dodaje miastu niepowtarzalnego charakteru. Według jednych, to zwykłe bohomazy niszczące elewacje budynków, podczas kiedy inni twierdzą, że graffiti bardziej zdobi niż szpeci. Uliczna sztuka ciągle budzi mieszane uczucia, ale jedno jest pewne – kiedy wejdzie się do środowiska osób, które tym się zajmują, to ciężko już się z niego wydostać.

Ściany starych budynków, mury szkolnych boisk, osiedlowe kwiaciarnie czy nadwiślańskie mosty. Na próżno szukać miejsc w Warszawie, gdzie nie byłoby graffiti. Nieważne czy to zielony, pieprzony Żoliborz, rozrywkowe Śródmieście, czy odcięty od reszty miasta Tarchomin. Sztukę w wykonaniu ulicznych artystów można spotkać na każdym kroku i w każdej części stolicy. Kolorowe napisy i grafiki, które znajdują się praktycznie wszędzie, już na dobre wpisały się w krajobraz współczesnego miasta. I choć sztuka uliczna budzi sporo kontrowersji, to nie da się jej pozbyć, bo street art jest elementem miejskiej kultury, która bez graffiti nie byłaby prawdopodobnie taka sama.

Kolorowe graffiti na murach starego, opuszczonego budynku

Kim są grafficiarze? Niesłusznie przyjęło się twierdzić, że osoby, które urozmaicają przestrzeń miejską to tylko zbuntowani, młodzi ludzie, którzy w ramach buntu przed Bóg wie czym, postanowili oszpecić miasto swoimi artystycznymi bohomazami. HWDP na ścianie? Dlaczego nie, w końcu kto dzisiaj lubi policję? I tak nic nie robi oprócz uprzykrzania życia. Chociaż według społeczeństwa większość grafficiarzy to osiedlowe dresy pozbawione jakichkolwiek ambicji i pasji, tak pozostała część, to ludzie z głową na karku. Dlaczego więc masa zwykłych ludzi wierzy, że za graffiti odpowiedzialne są łyse osiłki z blokowisk, podczas kiedy często tworzą je osoby, które na co dzień są normalnymi warszawiakami, grafikami pracującymi w Mordorze czy sprzedawcami i kelnerami? Bo tak w większości nauczyła ich wybiórcza obserwacja i popkultura. Prawda jest taka, że to często nijaki obraz rzeczywistości.

Graffiti nie jest trudną sztuką. Wszystko zaczyna się na podwórku. To środowisko podwórkowe, gdzie zaczynasz tworzyć z grafficiarzem na tym samym poziomie, najczęściej ziomkiem ze szkolnej ławki. A jeśli już w czymś tkwisz, czymś się interesujesz, to potem poznajesz innych – czy to na imprezach, czy na wyścigach i zaczynasz od razu tym żyć mówi jeden z warszawskich grafficiarzy, który maluje na mieście już od 10 lat. Niektórzy skupiają się na malowaniu po blokach, niektórzy malują wzdłuż linii kolejowych, a jeszcze inni robią to wszędzie, gdzie tylko się da i nie zamykają się w konkretnym środowisku. Nie ma żadnego klucza przy wyborze odpowiedniej miejscówki. Nawet owiane sławą pociągi w dalszym ciągu są obiektem kultu wśród grafficiarzy. Tyle, że malowanie ich rzadko wygląda tak jak na filmach.

Nikt nie ucieka pod osłoną nocy przed ochroną, nie biega szaleńczo po torach i nie gubi wszystkiego co możliwe. Pociągi, które są najlepszym nośnikiem współczesnej sztuki tworzonej przez ludzi z puszkami, przyciągają najbardziej, bo są oldschoolowe. W Warszawie mało jest miejsc do malowania, dlatego kilku zapaleńców zbiera się w ekipę, która uderza za miasto, do wiosek oddalonych od stolicy o 30-40 km, a czasami o 150 km. Wszystko zależy tak naprawdę od stopnia ryzyka, które trzeba wcześniej odpowiednio ocenić. Malują i w dzień i w nocy, starają się żeby nikt ich nie zauważył. Wystarczą trzy lub cztery osoby, które wspólnie umawiają się na malowanie, a potem razem otagowują pociąg. Jedna osoba, która stoi na czatach sprawdza, czy ktoś się nie zbliża albo wszyscy obczajają co 5-10 min czy odpowiednie służby nie czają się na nich z pałą za rogiem.

Kolorowe graffiti na pociągu

Czy graffiti dla ludzi jest sztuką czy wandalizmem? Ciężko ocenić. Potwierdza to grafficiarz z warszawskich Bielan. – Ile osób tyle opinii. Społeczeństwo jest podzielone. To zjawisko z jednej strony ciekawe, a z drugiej megachujowe. Czy miasto lepiej wyglądałoby bez tego czy nie, to kwestia sporna, bo i tak wszędzie jest syf – dodaje.

Chociaż on sam nie maluje po nowych elewacjach bloków, bo wydaje mu się to przesadą, tak w pełni rozumie osoby, które to robią. Robią w końcu coś podobnego, tylko mają na to inne spojrzenie. To czy zostaną złapane jest loterią. Mogą zrobić podpis na kamienicy, a następnie procesować się z jej właścicielem o 10 tysięcy kary, a równie dobrze mogą przyjść następnego dnia, przeprosić i zamalować to, co zrobili wczoraj. Wtedy sprawa zostaje załatwiona, a ślad po graffiti znika na zawsze. To, co najbardziej razi, to brak zrozumienia dla osób, które zajmują się graffiti. – Próbujesz się tym bawić, wkładasz w to kupę pracy, wydajesz mnóstwo pieniędzy na farby, nie śpisz po nocach, godzisz to z inną pracą, a dla niektórych to w dalszym ciągu zwykłe mazanie po ścianachtłumaczy  mój rozmówca.

Puszki po farbie

Te napisy na ścianach, których idei powstania nie rozumie bardzo wiele osób, są traktowane przez większość jako akt wandalizmu. – Dla mnie graffiti to bazgroły na murach i za dużo jest tych bezsensownych, które tylko szpecą miasto. Jeśli jednak jest dobrze zrobione, w odpowiednim miejscu i wpisuje się w przestrzeń miejską, to nie mam nic przeciwko. Najważniejsze jest dla mnie żeby nawiązywało do czegokolwiek wizualnie albo tematycznie, bo inaczej razi w oczy mówi Martyna, absolwentka architektury krajobrazu.

Graffiti to żywy organizm, który pojawia się nieregularnie. Są grafiki, które kłują w oczy nawet samych grafficiarzy i uważają, że ktoś słabo postąpił, zamalowując daną powierzchnię. Są takie, co fajnie wyglądają, przyciągają uwagę przechodniów, ale są też takie, które nie pasują wizualnie do miejsca. Wszystko trzeba odpowiednio wyważyć. Niektórzy robią tylko podpisy i chcą być na swoich dzielnicach królami. Jeszcze inni chwalą się między sobą zdjęciami, pokazują jak otagowali pociąg, a następnie ściemniają, co do miejsca, w którym wykonali graffiti. Bo nie ma co ukrywać, ale jakaś konkurencja w tym świecie istnieje i nikt nie chce, aby jego pracę zamalowano. Są osoby, które mogą cie zamalować, ale są też osoby, które dopiero po roku zaczepią cię na ulicy i stwierdzą, że mają problem z tym, że wieki temu przykryłeś ich małe dzieło. Jest trochę zazdrości, jest trochę podziału, ale tak jest przecież wszędzie.

O tym, że grafiki są nieodłącznym elementem krajobrazu stolicy, można się przekonać wychodząc na miasto. To nie tylko nielegalne wrzuty na murach, ale wielkie murale na ścianach czy nawet przyozdobione farbami z puszki osiedlowe sklepy. Są osoby, które aktywnie szukają w internecie ogłoszeń na stronach typu OLX czy Gumtree i przyjmują zlecenia na pomalowanie danej powierzchni. W zależności od tego ile czasu mają poświęcić na pomalowanie, ile puszek farby przy tym zużyją, ustalają wynagrodzenie. Graffiti staje się więc dla niektórych formą zarobku, a „pracodawcy” inwestują w to, aby ich sklep wyróżnił się na tle pozostałych, nie psując przy tym wyglądu okolicy, i wspierają początkujących artystów.

Chłopak z zasłonietą twarz na tle graffiti

W Warszawie mało jest miejsc, gdzie można legalnie malować. Najpopularniejsze zdecydowanie są Wyścigi, gdzie grafficiarze mogą z puszkami przychodzić i tworzyć wrzuty na murze, bez widma policjanta polującego na nich z mandatem. Masz ochotę pomalować legalnie pół dnia, dawno się z kimś nie widziałeś, więc ustawiasz się na Służewiu. Jednak nawet te specjalnie wyznaczone miejsca niektórym przeszkadzają i nie akceptują tego, że jakaś część przestrzeni miejskiej została poświęcona wyłącznie graffiti.

– Nieraz jak legalnie malujemy w ciągu dnia, to tak czy siak, przyjdzie emerytka, która truje dupę, że to jest straszne, to co robimy, że farba śmierdzi, a osoby przechodzące obok tej ściany tylko się zatruwają. Dzwonią czasami po policję. Ale też 10 minut później podejdzie kolejna emerytka, która powie, że fajnie, że młodzi ludzie spędzają czas w ten sposób, zamiast chlać browar na ławce przed blokiemmówi jeden z warszawkich grafficiarzy.

Pociąg w graffiti

Niektórzy trzymają się klasycznych schematów, inni bawią się kolorami. Są też tacy, co mają klapki na oczach i gardzą wszystkim, co nowe. Nie da się odróżnić, kto jest artystą, a kto niszczy miasto. Ciężko jest wskazać w tym przypadku granicę pomiędzy tym, co jest słuszne, a tym, co złe. Są osoby, które teraz są uważane za artystów, a przecież dziesięć lat temu mówiono o nich, że nie robią nic innego, tylko dewastują przestrzeń miejską. A to dzięki niej i nielegalnym początkom, udało im się wybić. Graffiti to nie tylko bazgroły. To głos młodego środowiska, który gdzieś skryty na murach stara się przekazać więcej niż HWDP na murze.

Tekst: Olga Retko

Komentarze
Graffiti – wandalizm czy sztuka współczesnego miasta?
5 (100%) 2