„Dziewczyna idealna nie istnieje”: fragment książki Amy Schumer

Zdjęcie okładki książki z nagą kobietą odwróconą tyłem i obok zdjęcie nagiej kobiety trzymającej kubek z kawą w dłoni

Twierdzi, że nie wygląda jak miss świata, ale może mieć każdego faceta. Czasem przesadza z humorem i alkoholem, ale twierdzi, że komikowi wolno. Walczy o prawa kobiet i przeciwstawia się przemysłowi urodowemu. Amy Schumer pokazuje, że nie istnieje „dziewczyna idealna”, w swojej książce łamie wszelkie normy społeczne. Przed Wami fragment książki Dziewczyna z tatuażem na lędźwiach!

Rozdział Piękna i Silna

Zanim opuściłam rodzinne pielesze i wyjechałam na studia, rządziłam w liceum. Sama decydowałam, w którym miejscu najlepiej zaparkować wóz, orientowałam się, gdzie zdobyć najlepszą kanapkę z kurczakiem i który z woźnych sprzedaję trawkę. Wszyscy mnie znali. I lubili. Uprawiałam sporty, umiałam być fajną kumpelą, czułam się ładna. Rozpoznawana. Zrealizowałam w pełni swój licealny potencjał. Posiadałam tożsamość. Uważano mnie za osobę silną, zabawną i fair. Trwał ów słodziutki okres w życiu, gdy jeszcze nie marnowałam czasu na kwestionowanie własnej wartości. Brałam, co dawano, i nie przejmowałam się resztą. A potem zaczęłam studia na Towson University w stanie Maryland. Tak się złożyło, że grupa dziewcząt z pierwszego roku mojej uczelni została uznana za najseksowniejsze studentki w ogólnokrajowym plebiscycie magazynu „Playboy”. Ja do nich nie należałam, niestety.

Okazało się nagle, że błyskotliwość i charyzma znaczą tu tyle, co nic. Z każdym dniem czułam, że pewność i wiara w siebie umykają mi bezpowrotnie. Nie podobałam się tamtejszym facetom. Woleli chudsze, bardziej jasnowłose, głupsze. Moje pieprzne odzywki działały tylko na pracowników stołówki, którą dość często odwiedzałam, wskutek czego przytyłam nie zwyczajowe siedem, ale piętnaście kilo, i to w rekordowo krótkim czasie. Mężczyźni nie zwracali na mnie żadnej uwagi, który to fakt – wyznaję ze wstydem – niemalże mnie zabił.

Jakie takie zainteresowanie okazał mi dopiero pewien gościu imieniem Brett. Był ode mnie starszy o pięć lat i wyglądał jak członek Hitlerjugend. Korzystał z dziekanki na ostatnim roku, co czyniło go osobą, która powinna już była ukończyć studia, ale musiała dostać jeszcze trochę dodatkowego czasu, nim wejdzie w świat realny. Facet się prawie nie odzywał, co idealnie pasowało do moich planów wobec niego.

Zainteresowanie ze strony starszego, ładniutkiego chłopaka uważałam teraz za swój sukces. Kiedy spotykałam go na kampusie, od razu się z lekka denerwowałam – serce zaczynało mi walić, a mijając go, rzucałam mu znaczący uśmiech i spoglądałam głęboko w oczy. Czułam, jak cała krew gwałtownie napływa mi do twarzy. Czas spędzałam na analizowaniu tych sytuacji oraz planowaniu, w co się ubiorę następnym razem. Powinnam włożyć zwykłe saboty
czy sandałki od Reefa? Ciekawe, czy dziś wieczorem on będzie w pubie. Bo jeśli tak, to konieczne muszę założyć mini w zebrę i top bez ramiączek! Bardzo chciałam, żeby do mnie zadzwonił, lecz nigdy tego nie robił. Aż nagle pewnego dnia – telefon. Była ósma rano, kiedy w moim pokoju w akademiku zabrzęczał stary aparat.

– Siema, Amy. Mówi Brett. Wpadnij.
Jasny gwint. To jest właśnie to, pomyślałam. Obudził się i od razu o mnie pomyślał. Zrozumiał w końcu, że jesteśmy sobie przeznaczeni i że czeka nas wspólne życie. Dość udawania, przecież zostaliśmy dla siebie stworzeni. Ciekawe, gdzie będziemy wychowywać nasze dzieci. Czy on zdecyduje się na Baltimore, jak już założymy rodzinę? Ja pójdę wszędzie tam, gdzie jemu będzie najlepiej. Nie muszę wychowywać naszych dzieci na Żydów, choć na pewno nie pozwolę ich ochrzcić.

Ogoliłam sobie nogi w zlewie, skropiłam się lekko wodą pod pachami. Współlokatorka przyglądała mi się spod kołdry, a ja biegałam jak opętana po naszym nędznym pokoju w akademiku, który – gdy myślę o tym z perspektywy czasu – niewiele się różnił od celi więziennej: jarzeniówka pod sufitem, odgórnie przyznany współspacz oraz niedające się otworzyć okna. Żadnych szans, aby wyskoczyć i skończyć studia wcześniej. Pobiegłam na miejsce spotkania, gotowa spędzić z Brettem cały dzień. Co będziemy robić? Było jeszcze na tyle wcześnie, żeby pójść na ryby. A może przyjechała jego mama i chcieli mnie zaprosić na wspólne śniadanie?

Puk, puk – zastukałam radośnie do jego drzwi. Puk, puk. Czy on przeniesie mnie przez próg? Na pewno układa teraz fryz przed lustrem i mówi do swojej mamy: „Bądź sympatyczna, bo to
chyba jest ta jedna jedyna”. Zamierzałam być dla jego matki przemiła, a jednocześnie asertywna, aby nie uznała, że może przejąć całkowitą kontrolę nad wszystkim: na przykład kolacjami, które będziemy wspólnie jadać w każde święta. Bardzo szybko zacznę jej mówić na ty, dając tym samym do zrozumienia, że lepiej ze mną nie zadzierać.

„Rito, w tym roku to ja zrobię zapiekankę z fasolki szparagowej”. Puk, puk. Puk. Puk. PUK! Wreszcie drzwi się otworzyły. Stanął w nich Brett, lecz trochę jakby nieobecny. Twarz miał zniekształconą od wypitego alkoholu i pewnie czegoś jeszcze. Oczy zionęły pustką, jakby dusza opuściła jego ciało. Nie mógł skupić na mnie wzroku. Stał, usiłując przyjrzeć mi się z obu stron jednocześnie, jak jakiś rekin.

– Hejka! – wrzasnął nagle o kilka oktaw za głośno i uścisnął mnie, aż zabolało. Ja byłam jednak zbyt zajęta unoszeniem wysoko głowy, wystawianiem do przodu cycków i wciąganiem brzucha, by zwrócić uwagę na te wszystkie, bardzo wyraźne, sygnały ostrzegawcze. Gościu był nawalony w trzy dupy. Szybko zdałam sobie sprawę, że wcale nie jestem pierwszą osobą, o której tego ranka pomyślał. Raczej ostatnią, jaka przyszła mu na myśl poprzedniego wieczoru, ponieważ dla Bretta nadal trwał poprzedni wieczór. Zastanawiałam się, ile dziewczyn nie odebrało jego telefonów, zanim dodzwonił się wreszcie do mnie – grubej studentki pierwszego roku, świeżynki. Czy miał mnie zapisaną w kontaktach jako „Schumer”?

Musiało minąć trochę czasu, zanim dotarł do literki „s”. No ale cóż, oto stałam w jego pokoju, ja, osiemnastolatka spragniona objęć, dotyku, chcąca być obiektem pożądania. Chciałam z nim chodzić i wyobrażałam sobie, jak wędrujemy po kampusie, trzymając się za ręce. Byłby to dowód na to, że można mnie kochać, że wcale nie stałam się jakimś koszmarnym trollem płci żeńskiej, jak sądziłam, ponieważ ten fajny, starszy ode mnie facet bardzo mnie polubił. Pomyślałam: Zaczekam, aż wytrzeźwieje, a potem będziemy się z tego wszystkiego śmiać. Oboje zrozumiemy, że naprawdę mamy się ku sobie. Brett włączył jakąś muzę i poszliśmy do łóżka. Właściwie to on mnie do niego wepchnął w ramach gry wstępnej, którą faceci uprawiają często w celu zakomunikowania: „Przygotuj się, bo biorę teraz sprawy we własne ręce i zaraz odlecisz, mała”. Tylko że potem prawie nigdy do niczego nie dochodzi. Brett śmierdział jak skunks spity heinekenem – a dokładniej to leciało od niego heinekenem, skunksem oraz mrożonymi cheeseburgerami Micro-Magic, które planowałam namierzyć i zjeść w łazience, jak tylko zaśnie. Kiedy rzucił się na mnie, poczułam jego drapiący poranny zarost (wiedziałam, że potem przez parę dni będę miała czerwone usta, jakbym piła poncz) i przesycone alkoholem pocałunki. Generalnie odnosiłam wrażenie, że liże mnie ktoś, komu właśnie podano nowokainę. Muzyka grała za głośno. Czułam się anonimowa, nieważna, pozbawiona twarzy i imienia. Byłam jedynie ciepłym ciałem, w które wdzierały się jego zimne palce, gmerające w mojej pochwie, jakby zgubił tam klucze. Potem nastąpił seks. Używam tego wyrazu raczej na wyrost. Jego członek wykazywał twardość skórki od banana bez banana. Już kilka minut po wejściu do tego pokoju wiedziałam, że na stosunek płciowy nie ma najmniejszych szans. Czyli bardzo dobrze, bo tak naprawdę nie byłam gotowa się z nim przespać. Prę dzej niemowlę weszłoby na Mount Everest, niż ten facet wykazał się zdolnością do penetracji.

W trakcie tego całego zawracania głowy rozglądałam się trochę po pokoju, aby zająć czymś myśli, a najlepiej, dałby Bóg, w ogóle odpłynąć w niebyt. Pokój wyglądał tak, jakby urządził go jakiś nadgorliwy dekorator wnętrz, który maksymę „tylko minimalizm, tymczasowość i prostota” wziął sobie zanadto do serca. Zauważyłam plakat filmu Człowiek z blizną, rzecz jasna obowiązkowy w tym okresie. Czy coś jeszcze? Nie. To było wszystko. Ów typowy biały
koleś, syn księgowego, który spędził więcej czasu na grach wideo czy głupiej zośce, niż mogłabym kiedykolwiek zdzierżyć, czuł istotną więź z jakimś kubańskim baronem narkotykowym, zbiegłym ze swojej wyspy.

Nagle Brett zaczął mi robić minetkę. Ambitnie, pomyślałam. Tylko pytanie: jeśli facet zasypia po trzech sekundach poruszania językiem, niczym starzec jedzący swoją ostatnią owsiankę, to czy można to jeszcze uznać za seks oralny? Jedyna wilgoć, jaka wydobywała się spomiędzy moich nóg, pochodziła od jego śliny, ponieważ gościu poszedł w kimę i chrapał smacznie do mojego wnętrza. Miałam ochotę zakrzyknąć ze wszystkich sił: „Zabieraj się stąd, Amy! Jesteś piękna, jesteś bystra, zasługujesz na coś więcej!”. Lecz tylko westchnęłam i wtedy usłyszałam, jak pęka mi serce; z trudem stłumiłam łzy. Czułam, że roztapiam się i niknę w tej dziewczynie leżącej na łóżku, niemal bez reszty. Nagle muzyka się zmieniła, zabrzmiała solówka na dudach.

– Brett, co to jest? – Potrząsnęłam nim, próbując obudzić.
– Ścieżka dźwiękowa z Walecznego serca.
No jasne. Sama powinnam się była domyślić. Mogę się założyć, że plakat z Melem Gibsonem już zmierzał do niego pocztą, aby wkrótce zawisnąć dumnie tuż obok Ala Pacino.
– Mógłbyś włączyć coś innego? Proszę.

Podniósł się, pojękując, po czym padł na podłogę i zaczął się czołgać. Patrzyłam na odsłoniętą szczelinę między jego pośladkami, ciemną, zapuszczoną otchłań, w którą wpadałam. Zabrakło mi powietrza w płucach, prawie mnie sparaliżowało. Jego dupa była niczym kanion. Właśnie przeżywałam swoje najgorsze sto dwadzieścia siedem godzin w życiu, tak jak bohater głośnego filmu pod tym samym tytułem. Musiałam tylko odgryźć sobie, co trzeba, i zwiewać.
Brett wstał i włączył inną płytę CD. „Kochanie, podniecasz mnieee…”. Wlazł z powrotem do łóżka i spróbował wsadzić mi do pochwy to, co powinno się uznać za jego trzecie luźne jądro. Po czwartym szturmie zrezygnował i znów zasnął mi na piersi. Miał ciężką głowę, a oddech tak kwaśny, że musiałam odwrócić swoją. W przeciwnym razie popłynęłyby mi z oczu łzy. Choć właściwie już płynęły, z powodu tej płyty. Tych piosenek.

– Kto to jest? – spytałam. Muzyka była naprawdę cudowna, wkraczała do mojego wnętrza. „Kupidynie, opuść swój łuuuuuk” – śpiewał wokalista. Całe to poranne spotkanie nie mogło się skończyć większą katastrofą, niż się skończyło. Jego nędzne próby „uprawiania miłości” były bardziej à la Mel Gibson niż William Wallace. A teraz, gdy ów niedojrzały mężczyzna, dla którego byłam tylko ostatnią na liście do telefonicznego zaproszenia na seks, leżał w moich ramionach, wokół nas rozlegały się najpiękniejsze piosenki o miłości na świecie. Słuchałam ich i płakałam. Spojrzałam na samą siebie z góry, jakbym była swoją dobrą wróżką zawisłą nad sufitem. Odczekałam, aż wybrzmi absolutnie ostatnia, doskonała nutka, potem wysunęłam się spod jego ręki i wyszłam cicho z pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi. Byłam uratowana.

Nigdy więcej nie miałam żadnej wiadomości od Bretta, dlatego też nie podziękowałam mu za to, że przedstawił mi moje nowe ja oraz moją nową miłość, Sama Cooke’a.

Minęło trzynaście lat, a ja wciąż uwielbiam tego artystę; od czasu do czasu potrzebuję również tej samej dobrej wróżki, co wtedy. Jedna z części mojego programu telewizyjnego nosi nazwę „Amy Goes Deep” (Amy zadaje drążące pytania), podczas której rozmawiam z ludźmi różnych ciekawych zawodów albo prowadzącymi interesujące życie. Pewnego razu przeprowadziłam wywiad, który ostatecznie nie poszedł do emisji, z profesjonalną swatką. Kobieta ta odpowiedziała na wiele moich pytań, ale jednocześnie zagięła na mnie parol. Zaraz po zakończeniu wywiadu zaproponowała spotkanie z mężczyzną, którego mi wcześniej wybrała. Był to najbardziej poruszający epizod spośród wszystkich zarejestrowanych w „Amy Goes Deep”. A nie zapominajmy, że wcześniej rozmawiałam z człowiekiem, który kwestionuje zmiany klimatu, z zawodowym podrywaczem oraz ze zdiagnozowanym socjopatą.

Jednak tylko ta kobieta zatruła mi duszę; wciąż czuję się z tego powodu zła i zniechęcona. Jeszcze przed naszym spotkaniem wyrobiła sobie na mój temat zdanie na podstawie zdjęć w Internecie, a także zapisów niektórych moich występów scenicznych. O facecie, z którym chciała mnie umówić, powiedziała bardzo niewiele. Podkreślała tylko, że świetna z niego partia. Według jej opisu miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, był sympatyczny i wysportowany. Zapewniała również, że to człowiek dowcipny i że ciągle rozbawia ludzi, zwłaszcza swoimi wnikliwymi postami na Facebooku. Następnie przeszła do informowania mnie o korzyściach płynących z tej cechy charakteru, jakby rozmawiała z kosmitką, która nigdy nie doświadczyła żadnych ludzkich emocji. „Gdy ktoś umie się śmiać i przekomarzać, wszystko jest łatwiejsze i zabawniejsze – no i zaczynamy czuć chemię, także seksualną”.

Słysząc te jej „nauki”, kierowane do mnie, zawodowej satyryczki w wieku trzydziestu czterech lat, a dotyczące seksualności i poczucia humoru, których swatka udzielała w sposób opanowany, jakby przepisując mi lekarstwo, poczułam, że w gardle wzbiera mi żółć. Wtedy spytała, czy umiem przełamywać pierwsze lody podczas spotkania z facetem i jak to robię. Odpowiedziałam również pytaniem: czy według niej powinnam wcisnąć sobie jego głowę między uda z siłą dynamitu?

– Nie – odrzekła, nie wykazując najmniejszego poczucia humoru. – To prędzej mężczyzna powinien coś takiego robić. Pani jest kobietą – poinformowała mnie. – I musi się pani zachowywać jak dama. Starać się mu spodobać. Dawać do zrozumienia, że coś się może między wami wydarzyć. Myślę, że pani rolą jest siedzieć spokojnie i pozwolić mężczyźnie przejąć kontrolę.

Następnie oświadczyła, że jestem singielką chyba dlatego, że wygłaszam z estrady tak wiele dowcipów na temat seksu. A niby jak miałabym o tym mówić niczym dama? Wal się, głupia babo! Ten, kto ogląda moje występy i programy, wie, że obnażam się na ekranie całkowicie, w każdym szczególe. Zakładam bardzo nieciekawe kostiumy, ukazuję swoje ciało z różnych punktów widzenia.

Piszę i mówię o sprawach, które naprawdę dotykają mojej wrażliwości, i często sama staję się obiektem żartów. Lecz bez dwóch zdań tamta rozmowa z zawodową swatką sprawiła, że poczułam się naga i bezbronna jak nigdy dotąd. Najpierw wysłuchałam, jak „ekspertka” od randkowania wyjaśnia, dlaczego nie jestem atrakcyjna dla mężczyzn, a potem jak przymusza mnie do spotkania z człowiekiem, którego mi wybrała, a który przecież mógł mnie nie zainteresować – wszystko to razem wzbudziło we mnie autentyczny strach.

Po skończonym wywiadzie istotnie poszłam do pubu na spotkanie z rzeczonym facetem, którego będę nazywać Rex. Nawet pisząc te słowa, czuję, jak kręci mi się w głowie. Czekałam przy barze, a cała moja pewność siebie i poczucie własnej wartości wyciekały wraz z potem, szczególnie przez dłonie. Obejmowałam nimi kieliszek wina tak, jakby był jedyną rzeczą łączącą mnie z resztą świata.

Miałam złe przeczucia, nic jednak nie przygotowało mnie na osobę, która chwilę potem stanęła w drzwiach.

Na widok Reksa poczułam się tak, jakbym była Titanikiem, zmierzającym prosto ku górze lodowej. Facet wszedł do środka. Wyglądał na jakieś pięćdziesiąt trzy lata, nosił dżinsową koszulę, a na niej skórzaną kamizelkę. Mierzył około metra siedemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu (solidne dziesięć centymetrów mniej, niż mówiła swatka), miał przeszczepione włosy i wydatny brzuch. Bez większego wstydu odsłaniał siwawą sierść, która wystawała spod czterech rozpiętych górnych guzików koszuli. Na szyi pysznił się – nie żartuję
– naszyjnik z zębów rekina. Natomiast jego własne zęby musiały być świeżo wybielone, bo gościu aż się palił, żeby błyskać nimi możliwie najczęściej. Wykazywał przy tym taką radość z własnej opalenizny, że nie przestawał się uśmiechać.

Uściskaliśmy się na powitanie, a potem postawiłam mu drinka. Serce zleciało mi ze swojego miejsca w pobliże waginy, tak się zdenerwowałam. Od pierwszej chwili, gdy tylko spojrzeliśmy sobie w oczy, zaczęłam liczyć czas. Daję mu dokładnie pół godziny, pomyślałam. Całą energię skoncentrowałam na tym, aby wydać się maksymalnie uprzejmą. Nie zadawał mi żadnych pytań, co przyjęłam z uznaniem, ponieważ nie miałam ochoty dzielić się informacjami o sobie. Zresztą nie miał na to czasu; musiał opowiedzieć mi wszystko o swoim zespole muzycznym, który wykonywał covery piosenek Bruce’a, a może innego Billy’ego. Wiele rozprawiał też o tym, jakiego typu jest facetem, i gapił się na moje cycki. Zauważyłam ów moment, w którym podjął decyzję, że będzie uprawiał ze mną seks.

Starałam się koncentrować na własnym oddechu oraz na barowym zegarze. Uśmiechając się mile, próbowałam rozsiewać wokół siebie czystą radość. Co nie należało do łatwych zadań, ponieważ facet naprawdę był zarozumiałym palantem. Po dwudziestu dwóch minutach zaczęłam się zbierać. Oznajmiłam, że mam jeszcze mnóstwo roboty i że wspaniale było go poznać. Wtedy powiedział dokładnie tak: „Jesteś naprawdę śliczna. Swatka gadała, że, cytuję, »nie wyglądasz na modelkę«, ale chyba się pomyliła”. Na te słowa moje serce, które już i tak znajdowało się na poziomie cipki, poleciało jeszcze niżej, wybiło wielką dziurę najpierw w skorupie, potem w płaszczu ziemskim, aż wreszcie przebiło jądro planety. Czyżby to miał być ów wspaniały żarcik, których mnogość wieszczyła mi wcześniej swatka? Czyżby chemia wzajemnego pociągu seksualnego już czaiła się gdzieś za rogiem? Musiałam się upewnić, że go dobrze zrozumiałam.

– Co dokładnie powiedziała? – spytałam.
– No cóż – zaczął Rex – nie bardzo chciałem iść na tę randkę, denerwowałem się, a wtedy ona stwierdziła: „Spokojnie, żadna z niej modelka”.

Wypomniałam mu, że to bardzo niegrzecznie z jego strony przekazywać mi takie informacje. Mógł sobie darować cytowanie opinii tej kobiety na temat mojego wyglądu. On próbował się bronić, twierdząc, że przecież się ze swatką nie zgadza. Zaczęłam mu dokładniej wyłuszczać, że to i tak chamstwo, lecz nagle pomyślałam sobie: Pierdolić to, po co w ogóle zawracam sobie głowę jakimś gostkiem, który urodził się za czasów prezydentury Eisenhowera i który lubi nosić na sercu fragmenty martwego rekina? Podziękowałam mu więc za poświęcony czas, objęłam na pożegnanie i wyszłam roztrzęsiona i wściekła. Nie ze względu na samą siebie, ale wszystkie singielki, które umawiają się na takie randki. Miałam ochotę wbiec na sam szczyt Empire State Building i obwieścić wszem wobec, że każda z nich jest warta czegoś znacznie, znacznie lepszego. Że wcale nie muszą zabiegać o drugiego człowieka tylko po to, żeby uniknąć samotnych świąt czy wakacji. Że nigdy nie powinny pozwolić, by czasopismo, portal randkowy bądź jakaś swatka monstrum wmawiały im, iż plasują się w dolnych rejestrach atrakcyjności ze względu na wiek, wagę, wygląd lub rodzaj poczucia humoru. Że nie zasługują na to, aby nimi manipulowano, zmuszając je do usilnych starań o cokolwiek – o takich starzejących się kretynów, których zachęca się z kolei (jak wielu innych mężczyzn) do uwierzenia, że dla kobiet takich jak ja stanowią łakomy kąsek. Po co się w ogóle starałam zainteresować go sobą, tak jak sugerowała ta zawodowa swatka? Facet nie był ani zabawny, ani szczególnie sympatyczny; wolałabym już gadać z ja- kimś domowym zwierzakiem. Jeśli zaś chodzi o wspomnianą babę zajmującą się kojarzeniem par: ona zarabia na życie, redefiniując kobiece marzenia, każąc kobietom redukować własne oczekiwania. Tworzy i podaje za pewnik coś, na co jej zdaniem zasługujemy. Uważa, że jeśli któraś z nas „nie jest modelką”, to najlepszym dla niej wyjściem, jedyną nadzieją, będzie facet, który ma spore konto bankowe i jeszcze nie wykitował.

Powinnyśmy być wdzięczne, gdy na nasz widok uda mu się osiągnąć erekcję. Wyszłam z tamtego lokalu, jakby się paliło. Myślałam: PIERDOLIĆ TO WSZYSTKO! Nigdy już nie będę leżała w łóżku w jakimś akademiku jak tamta ja, studentka pierwszego roku, ani nie usiądę przy barze obok jakiegoś Reksa i jego kamizelki. I wszystkim tym, którzy kiedyś szukali miłości, a znaleźli jedynie kolesia w dżinsowej koszuli i w skórzanym wdzianku, członka Klubu Męskiego Owłosienia na Klacie, pragnę powiedzieć: „Kochajcie siebie!”. Aby mieć poczucie własnej wartości, nie potrzebujecie pomocy mężczyzny, chłopaka czy samozwańczego eksperta od tych spraw. Wasza siła spoczywa w was samych, płynie z tego, kim jesteście i co robicie! Darujcie sobie cały ten zgiełk, nieustanny szum gdzieś w tle, który mówi wam, czy jesteście odpowiednio dobre, czy nie. Potrzebujecie tylko siebie, swoich przyjaciół i rodziny. A wówczas, o ile tego zapragniecie, znajdzie się odpowiednia osoba – taka, która dostrzeże w was siłę i piękno, która je uszanuje.

Dzisiaj przeważnie czuję się silna i piękna. Kroczę dumnie ulicami Manhattanu, jak tamta dziewczyna, którą byłam w ostatnie klasie liceum. Osoby, które kocham, odwzajemniają moją miłość. Jestem dobrą siostrą i dobrą przyjaciółką. Potrafię rozśmieszyć najzabawniejszych ludzi w tym kraju. Moja wagina może się poszczycić imponującą listą gości – prawdziwie inspirującym inwentarzem mężczyzn. Dałam sobie radę, przebiwszy się przez najokrutniejszą krytykę i groźby śmierci – i wciąż żyję. Jestem nieustraszona. Przeważnie. Wciąż jednak można we mnie znaleźć tamtą samotną, podatną na zranienie studentkę pierwszego roku, która czasem wychodzi na powierzchnię. Tak jak owego dnia po spotkaniu ze swatką i z Reksem. Zresztą wiem, że coś takiego znów kiedyś nastąpi, nie jestem bowiem kuloodporna – nie tylko ja, oczywiście. My, kobiety, stale przeżywamy swoje lęki na nowo, mimo wszelkich starań i wysiłków, aby odbudować się wewnętrznie i kochać siebie prawdziwą miłością. To się czasem zdarza. A wtedy Sam Cooke może nie wystarczyć, dobra wróżka nie wyprowadzi nas ku światłu. Bywa, że mam tego wszystkiego dosyć – nie występów przed publicznością, ale w ogóle bycia kobietą. Po przeczytaniu jakiegoś paskudnego komentarza na Twitterze rozkładam ręce i mówię głośno: „No dobra, przejrzałeś mnie. Rozgryzłeś. Nie jestem ładna. Nie jestem szczupła. Nie zasługuję na miłość. Nie mam prawa głosu. Zacznę nosić burkę, przeprowadzę się do jakiegoś miasteczka w głębi kraju i zatrudnię się jako kelnerka w naleśnikarni”.

Dziś bardzo wiele różni mnie od tamtej szczęśliwej, pewnej siebie licealistki. W minionych latach doświadczyłam rozpaczy i zwątpienia we własną wartość, lecz jakimś cudem zatoczyłam pełny krąg. Znam swoją wartość. Korzystam z tkwiącej we mnie mocy. Mówię sobie, że jestem piękna i silna. I nikt nie będzie mi dyktował, jak mam żyć. Tylko ja. Występuję, dzielę się z innymi, pieprzę się i kocham, i nigdy za to nie przepraszam. Budzę zdumienie, ale w was, nie dzięki wam. Nie sypiam samotnie. Nie przejmuję się wagą. Nie jestem swoją matką. Jestem sobą. Oraz wami wszystkimi.

Więcej informacji na temat książki znajdziecie na stronie Wydawnictwa Kobiecego.

Komentarze
„Dziewczyna idealna nie istnieje”: fragment książki Amy Schumer
Oceń artykuł