Dryfowanie między dziedzinami sztuki. Kim są współcześni ludzie renesansu?

Nowy renesans - lady gaga kolaż

Artystów, którzy swobodnie przechodzili z jednej dziedziny sztuki do kolejnej, zwało się ludźmi renesansu. W dzisiejszych czasach taka sytuacja jest zdecydowanie rzadsza, ale na szczęście od czasu do czasu pojawiają się takie postacie.

Jest rok 1909. Do Paryża po rocznej przerwie powraca Sergiusz Diagilev. Jeszcze kilka lat, a jego Balety Rosyjskie zrobią prawdziwą furorę na paryskim Montmartre. Jeszcze kilka lat i Paryż rozkwitnie nowym wiekiem awangardy. Ten genialny choreograf już za rok zacznie współpracować z Igorem Strawińskim, a za osiem lat z Pablem Picassem. Co z tego jednak wynika? Dla nas chyba tylko tyle, że i Picasso, i Diagilev, i Strawiński wielkimi artystami byli – może nie jak Słowacki, ale zawsze. Co najciekawsze, relacja między tymi artystami została gdzieś zatarta. Wspólne rozmowy, pomysły, wreszcie ich realizację podczas przedstawień, gdzie spotykała się awangardowa muzyka, choreografia i scenografia, przykryła zasłona niepamięci.

AWANGARDA KOŁEM SIĘ TOCZY

Czarno bialy portret mezczyzny w okularach

Ta smutna szaruga kładzie się nie tylko na działania z początku XX wieku, ale i na całą historię przenikania się świata muzyki i sztuk wizualnych. Chyba warto więc zajrzeć za kurtynę, by podglądnąć artystów po godzinach – tych, którzy po trasie odkładali gitarę i chwytali za pędzel, i tych, którzy wychodząc z pracowni, wchodzili do klubu, by zagrać na kontrabasie. Wreszcie by pokazać, że Lady Gaga to nie tylko głupia piosenkareczka, lecz także nowe połączenie muzyki i sztuki.

Będzie tu pisane o Julianie Schnablu. Nie każdy wie, że autor filmu o Basquiacie był też jego dobrym znajomym, a artystów połączył Andy Warhol w swojej legendarnej Fabryce. Schnabel stoi nie tylko za dobrze sprzedawanymi płótnami, ale również za obrazkami, które rozpoznawane są przez miliony fanów muzyki rockowej. To jego praca pokryła okładkę płyty By The Way Red Hot Chili Peppers. Sam Schnabel, choć solidnie pracuje na swoje artystyczne evre, chyba nigdy nie przegoni popularnością Jeana Michela Basquiata.

Legenda nowojorskiego sprayu, buntownik z rozbitej rodziny, złe dziecko sztuki współczesnej, gdy tylko nie biegał z puszką farby, wypisując na murach słynne tagi SAMO, grywał w zespole Gray. Być może noise-rockowy zespół nie zasilił rankingu najlepszych albumów magazynu Rolling Stone, ale publiczność w Downtown końca lat 70. miała sporo pociechy z wyginającego się z klarnetem Basquiata. O Gray można było sobie przypomnieć w ubiegłym roku przy okazji wydania płyty z dotąd niepublikowanymi nagraniami grupy. Album spotkał się zresztą z bardzo przychylnymi recenzjami wśród krytyków muzyki eksperymentalnej.

Oprócz Basquiata w zespole grywał też Vincent Gallo. Ten ulubieniec dziewcząt w przedziale lat 14-40 nie tylko tańczył w nocnych klubach, ale też koncertował, i to obok legendy malarstwa. Dziś Gallo sam stał się legendą, a o jego twarz zabijają się nie tylko napalone fanki, ale i najlepsi reżyserzy. I tu kolejny skok w bok, bo Gallo to instytucja, która gra w filmach, pisze do nich muzykę, a także sam je reżyseruje. Zostawmy jednak pięć filmowych pozycji brodacza z Nowego Jorku, by skupić się na jednej, trwającej zaledwie 3 minuty etiudzie.

Na zdjeciu widzimy portret dlugowlosego mezczyzny z koncertu

Oto mężczyzna w białej koszulce odbija się od ścian, kuli w paranoicznych bólach, przewraca, skacze coraz wyżej, próbując odlecieć, by wreszcie złapać za gitarę, co – jak się okazuje – jest jego przeznaczeniem. Mężczyzna na wideo to John Frusciante, a film Gallo stanowi teledysk do jednej z piosenek Fru, Going Inside. Film ten niejako zapowiada to, co stanie się już niedługo, a więc erę muzyki i obrazu tak zrośniętych, że pozostających w symbiozie. Frusciante od sztuk wizualnych nie stroni. Gdy po raz pierwszy rozstawał się z Red Hot Chili Peppers w 1992 roku, wydawało się, że w perspektywie ma tylko poszukiwanie kolejnych żył, w które może wlewać heroinę.

Tak też się działo, bo tak jak Basquiat, Frusciante nie stronił od używek; na szczęście nie tylko haj zajmował głowę wybitnego gitarzysty. Dużo czasu poświęcał też malowaniu. Widać to w wyreżyserowanym przez Johnny’ego Deppa filmie Stuff, opowiadającym o problemie narkotykowym Frusciante, który – zdawało się – witał się wtedy ze śmiercią. Depp pokazuje też, jak wiele energii i miejsca w swoim życiu artysta oddaje malowaniu. Oczywiście psychodeliczne, narkotykowe obrazy ciężko uznać za wybitne, ale sama pasja Fru przetrwała znacznie dłużej niż narkotykowy ciąg. Artysta w wywiadach często wspomina o tym, że sztuki wizualne cały czas dają mu dużo radości i pomagają w twórczości muzycznej. Czasami porzucenie tej drugiej na rzecz obrazkowego artyzmu dawało niespodziewane efekty. Tak było w przypadku pewnego Koreańczyka, który za nauką przywędrował do Europy.

PRAWDA CZASU, PRAWDA EKRANU

Czarno biale zdjecie przedstawiajace portret mezczyzny

Kiedy Nam June Paik przybył pod koniec lat 50. do Europy, jego celem było pogłębianie wiedzy z historii i teorii muzyki. Jednak klimat epoki i nauczyciele w stylu Johna Cage’a i Josepha Beuysa zainspirowali go do eksperymentów z innymi dziedzinami sztuki. Dzięki temu ujawnił się talent Paika jako performera. W 1963 roku w galerii Parnass w Wuppertal zaprezentował prace stworzone z odbiorników telewizyjnych. To, co wtedy przemknęło bez większego echa, dziś uważane jest za początek sztuki mediów.

Jego pierwsza instalacja, Good Morning Mr. Orwell, zaprezentowana została w roku 1984. W ten sposób artysta, który zaczynał od dekonstrukcji muzyki klasycznej, otworzył sztukę na nowe formy wypowiedzi. Dziś mało kto pamięta jego kompozycje, ale każdy szanujący się miłośnik sztuki współczesnej spotkał się z takimi realizacjami jak TV Buddha. Wspomniany Julian Schnabel w momencie filmowego debiutu należał do najbardziej cenionych malarzy swojego pokolenia.

Artysta miał 46 lat, kiedy zaprezentował się światu jako reżyser. Film Basquiat – taniec ze śmiercią to ekranowa biografia jednego z najbardziej fascynujących twórców drugiej połowy XX wieku. Od tej pory Schnabel regularnie, choć niezbyt często służy X muzie. W 2000 roku zachwycał jako twórca filmu Zanim zapadnie noc. Siedem lat później potwierdził klasę obrazem Motyl i skafander.

Szczególnie w tym ostatnim dziele widać przywiązanie artysty do obrazu, a już słynna scena z okiem na stałe zapisała się w historii kina. Warto dodać, że w Zanim zapanie noc w jednej z ról pojawia się Jerzy Skolimowski, który z jednej strony zbiera laury za film Essential Killing (m.in. Specjalna Nagroda jury na Festiwalu Filmowym w Wenecji w 2010 roku), z drugiej tworzy obrazy, które osiągają całkiem duże sumy na aukcjach w Stanach Zjednoczonych, a do wiernych fanów jego malarskiego talentu należy Jack Nicholson.

Sam artysta najlepiej scharakteryzował swoją filozofię artystyczną: Robienie filmu to ciągłe przepisywanie. Montaż to przepisywanie. Kiedy maluję, nie tłumaczę, nie przekładam niczego. Po prostu to robię. Nie ma ciągłego tłumaczenia. Z pisaniem jest podobnie. Nie przekładasz niczego, po prostu piszesz. Ale jeśli chcesz coś napisać, żeby zrobić z tego film, musisz przetłumaczyć tekst na formę filmową. Kiedy masz już przetłumaczony materiał, możesz pracować z nim, tak jak byś malował.

W tę filozofię idealnie wpisuje się ostatni film twórcy, Miral. Zarówno obrazy, jak i filmy oddziałują na wzrok i przepaść między tymi dziedzinami nie wydaje się tak wielka, jak między pisaniem a malowaniem czy rzeźbieniem. Jednak i tu zdarzają się twórcy, którzy sprawnie łączą te dziedziny.

Na zdjeciu widzimy dojrzalego mezczyzne na portrecie

W tym miejscu ciężko nie wspomnieć o innym ekscentryku współczesnego filmu, który zaczynał od malowania. David Lynch do wielkiej kariery startował w Pennsylvania Academy of Fine Arts, gdzie studiował malarstwo. Dopiero z czasem przerzucił się na produkcję filmów krótkometrażowych. Po kilku latach zadebiutował na dużym ekranie obrazem Głowa do wycierania. Skromny film s-f dość szybko dorobił się miana kultowego, a kolejne obrazy Lyncha potwierdziły jego talent i przyniosły mu globalne uznanie. W przerwach między kręceniem kolejnych arcydzieł Amerykanin wciąż maluje i trzeba przyznać, że wychodzi mu to całkiem nieźle. Jednak Lynchowi było ciągle mało, dlatego zapragnął śpiewać… i zrobił to. Album Crazy Clown Town zebrał różne recenzje, ale też pokazał, że David nie zna takich słów, jak nie rób tego i chwała mu za to. Można? Można!

TRANSATLANTYCKI KALEJDOSKOP

Portret podeszlego wieku na tle kolorowych kartek

Urodzony w bazie wojskowej na terenie RFN Kanadyjczyk Douglas Coupland zaliczył prawdziwe literackie wejście smoka. Jego debiutanckie Pokolenie X nie dość, że okazało się bestsellerem, to jeszcze przyczyniło się do globalnej popularności tytułowego zwrotu.

Jego kolejne książki, m.in. Szamponowy świat i Poddani Microsoftu, potwierdziły talent kanadyjskiego autora i właściwie mógłby on bez wielkiego sprzeciwu z żadnej strony tworzyć kolejne portrety pokoleniowe. Mógłby, gdyby nie wewnętrzna ambicja Couplanda, która uczyniła go uznanym rzeźbiarzem. W swoich figurkowych realizacjach, podobnie jak w książkach, często podejmuje popkulturowe tropy. Jednak potrafi zaskoczyć również jako twórca dość klasycystycznych pomników. Tak właśnie wygląda jego Monument To The War Of 1812, który w 2008 roku stanął w Toronto. Monument jego autorstwa stanie też w Ottawie – odsłonięcie planowane jest na kwiecień.

Jak płynnie przejść od sztuk wizualnych do muzyki, pokazuje nam Carsten Nicolai, znany szerzej pod pseudonimem Alva Noto. Urodzony we wschodnich Niemczech artysta debiutował jeszcze w latach 80., a od wczesnych 90. miał kilkanaście wystaw indywidualnych i uczestniczył w wielu grupowych ekspozycjach. W 1996 roku założył razem z Olafem Benderem i Frankiem Bretschneiderem wytwórnię Raster-Noton, jedno z ważniejszych wydawnictw skupionych na eksperymentalnej elektronice. W przypadku tego artysty można powiedzieć o płynnym przenikaniu się sztuk wizualnych i dźwiękowych. Nicolai galerie wypełnia sonicznymi pasażami, a sale koncertowe skomplikowanymi wizualizacjami, zbliżając do siebie światy sztuki galeryjnej i kultury klubowej.

Piłkarze zwykle nie są kojarzeni z intelektualnymi rozkminami i artystycznymi ciągotami. Jednak i tu zdarzają się wyjątki. Wyjątkowa jest historia Ángela Atienzy Landety, który po zdobyciu dwóch Pucharów Mistrzów z legendarnym Realem Madryt, w wieku 28 lat porzucił karierę piłkarską i oddał się sztuce. Dziś jego nazwisko skrywa mrok historii, ale to coś jakby dziś Xavi czy inny Rooney zawiesił buty na kołku i zaprezentował swoje prace w uznanej galerii. Wydaje się nie do pomyślenia, a jednak miało miejsce. Członek ekipy pierwszych zdobywców najważniejszego z klubowych trofeów równolegle do piłkarskich treningów studiował w madryckiej akademii sztuk pięknych i mimo piłkarskich sukcesów, jego pasja do malowania zwyciężyła. Dzięki temu kolekcjonerzy na całym świecie mogą cieszyć się pracami sygnowanymi jego nazwiskiem. W jego portfolio znaleźć można zarówno obrazy, murale, jak i projekty architektoniczne. Po latach spędzonych w Wenezueli Landeta wrócił do Hiszpanii i mimo zaawansowanego wieku nadal pozostaje aktywny twórczo.

CO NA TO GAGA?

Portret blondynki na tle scianki

I tak drodzy państwo dopływamy do finału. Jest rok 2011, a na ekrany najpierw YouTube’a, a potem MTV trafia mocno rockowy przebój Lady Gagi, You And I. Chyba nikt już nie powie o piosenkarce, że jest pustym produktem kultury masowej, a jej wizerunek dawno odszedł od słynnego Mamamama Gagagaga. Najnowszy teledysk przekraczał długość piosenki o blisko półtorej minuty i nie jest to wcale zabieg nowy. W kilku wcześniejszych teledyskach udowodniła, że muzyka sobie, a teledysk sobie, a raczej, że bez niego ta muzyka jest produktem co najmniej niepełnym.

Alejandro to piosenka, która na dużym ekranie zamienia się w parateatralny pokaz z niebanalną choreografią, jakiej nie powstydziłby się niejeden balet. Jednak w You And I jest coś jeszcze – zielone włosy Lady Gagi. Ktoś powie, że to proste – Riri na czerwono, Katy Perry na niebiesko, więc Stefani nie może być gorsza, farbuje się na morsko-zielony. Wprawne oko dostrzeże coś innego. Tego samego lata, w którym Lady tarza się po polach Nebraski, młodzież w Ameryce ogarnia seapunkowy szał. Nowa subkultura rozeszła się po Tumblrze i Facebooku jak błyskawica, wypluwając z siebie niespotykany dotąd pakiet nierozerwalności wizji i fonii. Gaga jako syrena w wannie dobrze wiedziała, że odpowiada na to, co dzieje się na słonecznych ulicach USA.

Jej teledyskom blisko do estetyki guru seapunkowej subkultury, Travisa Egedy, lidera artystycznego projektu Pictureplane. Zresztą i Travis, i Stefani kończyli odpowiednik naszego ASP w Stanach, a ich teledyski są tym na wskroś przesiąknięte. W dobie słuchania — oglądania piosenek na YouTube ta relacja sztuki i muzyki jest już zupełnie nierozerwalna. Tak Pictureplane, jak i Lady Gaga dobrze o tym wiedzą i tam, gdzie tylko da się przeskoczyć system, skaczą – tak daleko, jak tylko się da, w świat awangardowego języka sztuk wizualnych. Koło się zamyka.

Tekst: Aleksander Chudzik, Jan Prociak

Komentarze
Dryfowanie między dziedzinami sztuki. Kim są współcześni ludzie renesansu?
Oceń artykuł