Czym była subkultura seapunk i co się z nią właściwie stało?

kobieta w okularach na różowym tle z delfinami

Kto jeszcze pisze o seapunku? Morskie towarzystwo zdążyło już wyleźć na ląd, porzucić turkusowe ubrania i znaleźć sobie inne zabawki.

I może właśnie dlatego warto poświęcić chwilę na refleksję nad fenomenem dowodzącym, że na oceanie informacyjnego szumu wiele jest jeszcze bezludnych wysp do zaanektowania.

RIP Seapunk 2011-2011 informuje mem, wyprawiając epitafium scenie, która nie zdołała na dobre zaistnieć. Cała ta fluorescencyjna subkultura i tak doczekała się uwagi mediów niewspółmiernej do swych rozmiarów. Wszyscy dowiedzieli się, że wykluła się ze snu brooklyńskiego DJ-a, w którym objawiła mu się skórzana kurtka ćwiekowana skorupiakami.

Wewnętrzny żart łyknęła tumblrowa brać z całą jej postironią i miłością do wszystkiego, co retro. Cyberfetyszami stały się wypłowiałe od soli morskiej pastelowe kolory, rozpikselowane portrety wodnej fauny i stosowna muzyka. W tej ostatniej zapanowała właściwie pełna dowolność. Trochę chiptune’ów rodem z Amigi, oddech witch house’u, puls drum’n’bass czy nawet jakiś ambientowy dryf, postrockowe plumkanie lub brudnopołudniowy trap, a wszystko przefiltrowane przez narkotyczny klimat new age.

W poczet mikrosceny zaliczono cały zastęp wykonawców znanych przede wszystkim subskrybentom co bardziej hermetycznych grup na last.fm, projekty o nazwach zapisywanych z fantazją nastoletniej krejzolki: MIL3¥ $3RI•VS, $PLΔ▲$H ¢LUB 7, †HAT WAS †HEN †HIS IS NOW czy ARPEGGI8. Głównym ośrodkiem nurtu stała się jednak chicagowska wytwórnia Coral Records Internazionale.

Wbrew informacji jakoby label założyli koloniści seapunkowego oceanu przyszłości, spiritus movens oficyny jest Albert Redwine, znany również jako DJ Ultrademon. Nowa estetyka, która przekracza kulturowe granice. Tekstura, styl, język – podawał swoją definicję zjawiska sam zainteresowany. Wydawnictwo, w barwach, którego ukazują się nagrania Zombelle czy Fire for Ef fect, producenckiego wcielenia Redwine’a, działa jak undergroundowa bozia przykazała.

Jego płyty dostępne są w wersji cyfrowej i jako limitowane CD-Ry, z okładkami przypominającymi obwoluty ezoterycznych podręczników samodoskonalenia sprzed dwudziestu lat. Cóż, podziemie podziemiem, ale na chwilę cała scena doczekała się pewnej uwagi mainstreamu, gdy jej firmową estetykę podchwyciło kilka znanych gwiazdeczek, a Azealia Banks ogłosiła, że jest syrenką.

Czy to był początek końca? Niewykluczone, bo ilekroć do sekretnego klubu zaczynają wpraszać się przypadkowi goście, zabawa przestaje być ekscytująca. Rzut ucha na nowe produkcje szumiące cyfrową bryzą. Czy to jeszcze seapunk, czy już waporwave albo kolejny subgatunek o żywotności jednosezonowego owada? Granice są – nomen omen – płynne.

Ile jeszcze nazw pojawi się dla tego bulgoczącego elektronicznego gówna granego przez łatwowierne dzieciaki z zielonymi włosami? – pytanie pewnego użytkownika last.fm zdaje się wyrażać konfuzję epoki trendów zmieniających się wraz z kolejnymi odświeżeniami przeglądarki.

Już dwa lata temu lider projektu Bubblegum Octopus z New Jersey (który sam określa swoją muzykę jako spazzpop / piconoise / tweegrind) nie mógł się nadziwić, że i jego ktoś cisnął do seapunkowego baseniku. Podobno w całym tym seapunku standardem stało się wykorzystanie » bąbelkowych « sampli i nagle mój materiał sprzed ponad dwóch lat wpisuje się w ów nurt – stwierdzał na Facebooku – Może członkowie tego… hmmm… ruchu zaproszą mnie do jakiegoś inner sanctum swojej podwodnej, zamieszkałej przez delfiny, obracającej się piramidy. Może nawet obsadzą mnie na jakimś niższym szczeblu w gronie morskich adeptów. Pomarzyć wolno.

Nade wszystko seapunk to po prostu przykład mikrokultury. Bardzo ściśle wyselekcjonowanej społeczności zjednoczonej przez wspólne kanały komunikowania oraz cele. Dla seapunka kanałem komunikacji będzie dowolne social medium, celem – zwykła zabawa. Trudno odbierać ten efemeryczny fenomen inaczej niż jako wyraz tęsknoty do czasów, gdy subkultury były bardziej makro niż mikro.

Do partyzanckich działań i imprez na nielegalu, które dziś transplantowano do internetu, a w tym jednym wypadku pozwolono, by zalała je słona woda i oblepiły rozgwiazdy. Swoiste rave party na Atlantydzie wirtualnie zlokalizowanej w odmętach mediów społecznościowych. Kiedyś rozpierani energią młodzi ludzie wydawali ziny albo podawali sobie z rąk do rąk mikstejpy. Teraz kreują własne subkultury, nawet jeśli te nie wytrzymują próby czasu. Fanpage Hejtujemy seapunk dla beki od roku milczy, a skoro nie zostało nic do obśmiania, to najwidoczniej ta Atlantyda zdążyła już zatonąć.

Tekst: Sebastian Rerak

Komentarze
Czym była subkultura seapunk i co się z nią właściwie stało?
Oceń artykuł