Czy The Prodigy wyszło ze „strefy komfortu”? Recenzja albumu „No Tourists”

Czarno-różowe zdjęcie przedstawiające trzech mężczyzn

Kiedy po raz pierwszy sięgnąłem po 7. dzieło gigantów szalonej elektroniki, byłem mocno zawiedziony. Miałem wrażenie, że Liam, Keith i Maxim zmarnowali swój potencjał, oddając w ręce fanów zlepek b-side’ów i odpadów z poprzednich krążków. Zmieniłem jednak trochę zdanie po kilku przesłuchaniach No Tourists.

Album rozpoczyna Need Some1. Sample głosu Loleatty Holloway przeplatają się z typowym ostrym brzmieniem, które rozkręciłoby niejedną undergroundową imprezę. Klip do tego numeru przywołuje czasy dawnych teledysków zespołu, co jest ogromnym plusem. Sam kawałek stanowi fajny początek nowej płyty i ma w sobie to coś, ale pozostawia pewien niedosyt.

Następny w kolejce Light Up The Sky to kwintesencja brzmienia The Prodigy. Jest mocno, głośno i czuje się, że to ta grupa, która rozwalała nas takimi bangerami, jak Firestarter czy Spitfire. Świetny powrót do czasów rave’u mamy w We Live Forever oraz Timebomb Zone.

Słuchając tych tracków, ma się wrażenie przeniesienia w czasie do lat 1991-1993. Nielegalne imprezy, dzika, nieskrępowana wolność oddawana w tańcu – takie obrazki pojawiły się w mojej głowie, kiedy sobie je zapodawałem. Fight Fire With Fire – ciężki industrialny hip-hop, do którego powinien powstać kolejny klip w stylu Need Some1. Reżyser Paco Raterta spokojnie mógłby nakręcić obrazek, w którym świry z Ho99o9 niczym zombie wstają z grobów i atakują nocą jakieś prowincjonalne amerykańskie miasteczko, rzucając w witryny sklepów koktajlami Mołotowa.

Champions Of London przywołuje następującą wizję – doubledecker z okładki zatrzymuje się na przystanku w Brixton. Otwierają się drzwi i szalonym wzrokiem patrzy na nas, siedzący na miejscu kierowcy Keith Flint, wołając: Wanna come in and go f…in crazy?!

Rozpoczyna się szalona jazda ulicami Londynu. Liam puszcza muzykę, Maxim polewa wszystkim shoty, Keith dodaje gazu, ktoś rozbija szampana o ścianę, a dziewczyny na dachu zrzucają staniki i wykrzykują refren tego utworu. Zamykający płytę Give Me A Signal również ma w sobie power, natomiast przydałoby się w nim więcej Barnsa Courtneya, którego głos w połączeniu z brzmieniem Howletta daje niesamowity efekt.

Pora na gorszą część No Tourists. I tu dotykamy problemu powtarzalności schematów i braku pomysłów w nowych utworach The Prodigy. Tytułowy numer aż się prosi o dopracowanie. Fajny filmowy motyw (ze ścieżki dźwiękowej do filmu Strzał w dziesiątkę, przyp. red.), uliczny beat, kilka słów rzuconych przez Maxima i niestety tyle. Czekasz, aż wbije Cię w podłogę, rozkręci się, a tu nic. Podobnie w przypadku Boom Boom Tap. Choć nie bawi mnie szczególnie użycie sampla z filmiku 2 Weeks Sober amerykańskiego komika Andy’ego Milonakisa, to sam track nie byłby najgorszy, gdyby nie jego monotonność (szybki połamany loop oraz śmieszna melodyjka rodem z kreskówki i tak w kółko). Resonate? Niedokończony utwór, który kompletnie mnie nie porywa. Może te kawałki sprawdzają się na koncertach, ale album rządzi się jednak innymi prawami. Osobiście wolałbym, żeby wylądowały na oddzielnej EP-ce, zamiast na longplayu.

Mam wrażenie, że panowie trochę za bardzo pospieszyli się z wydaniem tej płyty. Brakuje tu zespołowej energii, która była obecna na ich dwóch ostatnich albumach. Wielu ortodoksyjnym fanom zapewne spodoba się powrót Brytoli do imprezowych korzeni, co jest niewątpliwym plusem No Tourists. Krążek ten nie jest jednak szczytem artystycznej odwagi, zejściem z bezpiecznej ścieżki, jak wcześniej zapowiadali muzycy, a raczej pozostaniem w strefie komfortu. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że nowe kawałki (poza kilkoma wyjątkami) powstawały taśmowo, w bardzo krótkim czasie (Howlett po występach zaszywał się w niezbyt wypasionych hotelach i pracował nad materiałem, by miał on feeling bliski temu, co działo się pół godziny wcześniej na scenie). Mamy więc taneczną moc i energię koncertów The Prodigy. Gorzej z nowatorstwem.

Trzeba mimo wszystko przyznać, że płyta No Tourists zyskuje z każdym kolejnym odsłuchem. Można jej używać jako porannego pobudzacza zamiast kawy, puszczać w samochodzie lub na domówkach, ale nic więcej. Jako fan tria od ponad 20 lat, czuje się zawiedziony, że nie pojawiło się tu więcej numerów w stylu Light Up The Sky. Fajnie byłoby również usłyszeć bardziej złożony materiał, wszak to właśnie The Prodigy zamieniło taneczną elektronikę w platformę do łączenia różnorodnych gatunków, inspirując tym samym kolejne pokolenia twórców pragnących uciec od nudnego EDM. Kto wie, może ósmy album będzie w tej kwestii pewną ewolucją? Pożyjemy, zobaczymy.

Ocena: 5/10
Tekst: Elvis Strzelecki

Komentarze
Czy The Prodigy wyszło ze „strefy komfortu”? Recenzja albumu „No Tourists”
2.7 (53.33%) 3