Czy przedawkowaliśmy emoji?

Dwóch chłopaków z emoji zamiast twarzy

To najszybciej rosnący język w historii świata i zna go prawie każdy. Prawdopodobnie nawet dwulatek potrafiłby rozszyfrować emocje lub przekaz płynący z emoji. Jednak czy mamy czym się chwalić, że zamiast pisać zaczęliśmy masowo używać emotikon? W końcu nie po to odeszliśmy od hieroglifów, żeby po tysiącach lat znowu do nich powrócić.

Nie wiemy co poszło nie tak, że zaczęliśmy sobie aż tak ułatwiać życie. O ile używanie pisma obrazkowego mamy w naturze, tak nie jesteśmy w stanie pojąć dlaczego nieraz najprostszy przekaz zastępujemy emotikonami. Czy tak ciężko jest napisać za pomocą liter to co mamy na myśli? Szacuje się, że prawie każdy używa emoji. Ponad 90% internetowej społeczności urozmaica w ten sposób swoje zdania, a robią to w szczególności kobiety, które mają tendencje do częstszego stosowania tego prostego, zawartego w kilku pikselach języka.

Nie jest tak, że uważamy emoji za dzieło szatana, które należy tępić, a najlepiej to w ogóle wybić. Jakby nie patrzeć, te małe żółte buźki, miniaturki rzeczy i jedzenia ułatwiają nam życie. To przy ich pomocy możemy wyrazić swoje emocje, kiedy ukryci za ekranem nie mamy jak pokazać naszej smutnej twarzy, bo kebaba zamknęli o 2 w nocy. Nie możemy też zaprezentować znajomym, że popłakaliśmy się ze śmiechu, bo zremisowany wywód Zbigniewa Stonogi w połączeniu z „E.T” Katy Perry okazał się najśmieszniejszą rzeczą, jaką ostatnio odkryliśmy na YouTubie. Podobnie: po co mamy pytać znajomego, czy idzie na browara, skoro możemy wysłać emotikonkę piwa i dodać znak zapytania. Jest prościej? Jest. To po co drążyć temat?

Trzy osoby na schodach ruchomych z emoji zamiast twarzy

Emoji zmienia charakter tekstu i sprawia, że treść, którą ktoś może odebrać zbyt dokładnie i poważnie, odczytuje w prawidłowy sposób. Małe buźki rozwiązują problem z intonacją, która za pomocą internetu nie jest możliwa do zastosowania, o ile nie włączymy mikrofonu. I to wszystko za pomocą jednego obrazka. Dzięki emotikonom mamy pewność, że więcej osób nas zrozumie, a nasz nieogarnięty znajomy, który prawdopodobnie nigdy w życiu nie skuma ironii, zrozumie, że nie byliśmy poważni pisząc: „No stary, sztos kawałek”, kiedy wysyła nam kolejny link do Popka.

Wszystko jest dobre, ale trzeba znać umiar. Nie ma nic fajnego w dołączaniu do każdej wysyłanej wiadomości tysiąca znaków obrazkowych. Serio, wiemy, co kryje się za słowami „kocham Cię” i zrozumiemy to zdanie bez pięciu serduszek w różnych kolorach, całusa i pary chwytającej się za ręce. Niestety nadużywamy emoji i nie jest to dla nas dobre. Ich nadmiar sprawia, że w oczach innych stajemy się niepoważni i infantylni, a niektórzy zapominają o tym, że w pewnych sytuacjach w ogóle nie wypada ich użyć. Sędziwy profesor z pewnością nie będzie zadowolony jeśli w treści e-maila oprócz wykonanego zadania wyślemy mu znak OK, symbolizujący nasze zadowolenie i koniec wykonanej przez nas pracy. Tak samo niektórzy chyba nie wiedzą kiedy jakiego znaku powinni użyć. Pisząc „Cześć, jak się masz?” i wysyłając płaczącą ze śmiechu minę prędzej pomyślę, że drwisz sobie ze mnie niż, że chcesz ze mną po prostu porozmawiać.

Klawiatura z emoji zamiast literek

Nie mamy wątpliwości, że emoji stały się elementem naszej kultury, ale czy to dobra zmiana, a nie taka, która odrobinę cofa nas w rozwoju? Oxford Dictionaries co roku wybiera słowo roku. Kilka miesięcy temu takim słowem po raz pierwszy w historii został nie wyraz, a roześmiana do łez żółta buźka. Dobrze to obrazuje w jaki sposób komunikujemy się ze sobą w internecie i w jakim kierunku zmierzają nasze rozmowy. Wcześniej słowem roku został hasztag selfie, a teraz mały piktogram. Aż strach pomyśleć jakiego wyboru w tym roku dokona Oxford Dictionaries. Może najpopularniejszym wyrazem tych dwunastu miesięcy zostanie emocji z płaczącą Kim Kardashian? Kto wie. W końcu niedługo będziemy mogli oglądać w kinach film z emoji w roli głównej, więc wszystko jest możliwe.

Czasami mamy wrażenie, że starając się dotrzeć do młodych odbiorców często zaczynamy uważać ich za debili, którzy mają problem ze zrozumieniem najprostszych zdań. Na portalach przeznaczonych dla tych mniejszych nastolatków, żyjących internetem i social mediami, pojawiają się artykuły, w których więcej jest pikselowych ikonek i pobranej z Instagrama treści niż tekstu. Wydaje nam się, że każdy zrozumie komunikat: „Nasz ulubiony youtuber przestraszył nas na śmierć” bez czaszki, przestraszonej buźki i twarzy zamiast z oczami to z iksami.

Nie hejtujemy emoji. Sami lubimy ich używać, ale z rozsądkiem, więc smuci nas ich nadmiar w komunikacji. Trochę boli nas to, że powoli cofamy się do czasów, kiedy na ścianie i kamiennych płytach rysowaliśmy obrazki, aby móc innym przekazać wiadomość. Dzisiaj, jaskiniowe ściany zostały zastąpione przez facebookowego walla, a pismo obrazkowe wróciło pod postacią żółtych buziek zawartych w zaledwie kilkunastu pikselach.

Tekst: Olga Retko

Komentarze
Czy przedawkowaliśmy emoji?
5 (100%) 1