Czy na Tinderze można spotkać normalnych ludzi?

Zdjecie przedstawia kawalek pracy dokladniej ilustracje przedstawiajaca profil kobiety bez glowy z uniesionymi w prawa strone rekoma i nagim biustem

W XXI wieku prawdopodobnie każdy z nas chociaż raz korzystał z aplikacji mobilnej, jaką jest Tinder. W dzisiejszych czasach poznawanie nowych ludzi, a tym bardziej umawianie się na randki, staje się coraz trudniejsze. Powiedzmy sobie szczerze, większość czasu spędzamy w internecie. Klasyczne zawieranie znajomości face to face odchodzi do lamusa. Amerykańska aplikacja biegnie z pomocą. Dla kogo? Do jakich celów został stworzony Tinder, a czym w rezultacie został?

Pokrótce. Tinder został stworzony jesienią 2011 roku. Na początku z założenia aplikacja miała pomóc młodym ludziom w zawieraniu nowych znajomości. Po zalogowaniu się każdy użytkownik może dodać galerię swoich zdjęć oraz krótki opis o sobie. Od tej pory zabawa się zaczyna. Użytkownicy Tindera mogą swipe’ować się nawzajem, dając sobie serduszka lub iksa (tak lub nie), określając się, czy jesteśmy zainteresowani daną osobą. Następnie na podstawie tych wyborów aplikacja dobiera pary.

Już na początku 2014 roku badania wykazały, że Tinder jest jak sztabka złota. Zyskiwał on bowiem blisko bilion swipe’ów na dzień. Ludzie z całego świata oszaleli na punkcie tej amerykańskiej aplikacji. Portale internetowe zarówno wychwalały ją pod niebiosa, jak i obrzucały błotem. Tinder zrobił jednak wiele dobrego. Mnóstwo ludzi znalazło tam przyjaciół, ba, u niektórych nowa znajomość kończyła się ślubem. Jak to zazwyczaj jednak bywa z takimi aplikacjami czy portalami, niektórzy użytkownicy zaczęli wykorzystywać ją w celach one night stand. Pewien brytyjski portal szybko podłapał sensację i opublikował obszerny artykuł na ten temat. (Nie)stety odniósł wielki sukces. Ludzie z całego świata share’owali go na swoich profilach na Facebooku i Twitterze.

Tinder pomału zyskiwał miano aplikacji dla ludzi, którzy liczą tylko i wyłącznie na one night stand. Cóż, niezaprzeczalnym faktem jest, że amerykańska aplikacja jest bardzo płytka. Swoich rozmówców wybieramy bowiem na podstawie zdjęć i krótkiego opisu. To tak jakby na ulicy stał rząd mężczyzn, a idąca im naprzeciw kobieta wybierała na lewo i prawo tych, z którymi chce porozmawiać przy kawie. Nie oznacza to jednak, że każdy użytkownik traktuje tę aplikację na sprośny sposób.

Dziewczyna przeglądająca smartfona

Wstyd się przyznać, ale również w mojej świadomości wypracował się stereotypowy obraz Tindera. Kiedy widziałam, że moi znajomi korzystają z tej aplikacji, zawsze patrzyłam na nich z pogardą. Od razu kojarzyło mi się to z randką w obskurnym hostelu. Żyłam w tym przekonaniu do ostatnich wakacji, kiedy to mój przyjaciel przyjechał do mnie na weekend. Podekscytowany nadmorskim powietrzem odpalił Tinder i zaczął swipe’ować. Robił to non stop. Kiedy otworzył oczy zaraz po przebudzeniu, przy obiedzie, na spacerze po bulwarze, w toalecie, a nawet tuż przed snem. Denerwowało mnie to i wielokrotnie zwracałam mu uwagę i komentowałam, że jest obleśny. Wytłumaczył mi jednak, jaki był pierwotny zamysł Tindera oraz opowiedział o swoich rozmowach i spotkaniach z innymi użytkownikami aplikacji.

Jestem bardzo ciekawa świata, ale zarazem uprzedzona do wszystkiego, co aktualnie jest na topie. Uległam jednak namową przyjaciela i z czystej ciekawości, bez chęci na jakikolwiek związek oraz odrzucając negatywne nastawienie, założyłam Tindera. Ku mojemu zdziwieniu, wkręciłam się w swipe’owanie. Początkowo robiłam to z przyjacielem, z którym z jednej strony śmialiśmy się z opisów dotyczących długości penisa oraz zdjęć na tle wypasionego samochodu. Z drugiej strony słuchałam jego rad, kto będzie dla mnie najlepszy. Wkręciłam się w Tindera i nawet kiedy mój przyjaciel wyjechał, ja wciąż swipe’owałam.

Co z tego wyszło?

Po pierwsze byłam zdziwiona, ponieważ aplikacja parowała mnie z wieloma ludźmi. Mój opis nie był imponujący. Miałam jedynie wklejony cytat, który uważam, że do mnie pasuje. Na początku pomyślałam, że jednak miałam rację, iż faceci swipe’ują mnie tylko, ponieważ dziewczynę traktują przedmiotowo. Nic bardziej mylnego i dość szybko przekonałam się o tym na własnej skórze.

Chętnie brałam udział w konwersacjach na Tinderze. Czasami ja je zaczynałam, a innymi razy oni. Prawie wszystkie rozmowy były na poziomie. Normalne poznawanie się, rozmowy o życiu codziennym czy zainteresowaniach. Przez jakiś czas nie dochodziło do spotkania, jednak zawsze musi być ten pierwszy raz.

Przed moim pierwszym tinderowym spotkaniem denerwowałam się. Moja siostra oraz przyjaciel wspierali mnie. Nie wiedziałam czego się spodziewać, jednak chęć odkrycia tajemnicy popularnej aplikacji zwyciężyła. Słyszałam wiele historii i legend na temat tinderowych spotkań. Cóż, moje pierwsze na pewno nie zalicza się do udanych. Umówiliśmy się w kawiarni, która prowadzą moi znajomi. Chłopak, który siedział naprzeciwko mnie i miał szalony wzrok. Ciągle paplał o broni, wojnie, aby na koniec stwierdzić, że są we mnie złe duchy i trzeba nade mną odprawić egzorcyzmy. Jak zapewne domyślacie się, więcej się nie spotkaliśmy.

Mężczyzna krążący pomiędzy ikonami X i serca

Po tym zdarzeniu byłam trochę więcej niż zawiedziona. Nie trwało to długo, ponieważ na spacer zaprosiła mnie dziewczyna, z którą sparowało mnie na Tinderze i rozmawiało nam się bardzo dobrze. Zgodziłam się na spotkanie, mimo iż bałam się, że na miejscu będzie czekał na mnie jakiś obleśny stary facet. Jakże się pomyliłam! Byłam zaskoczona, ponieważ pod muzeum siedziała drobna blondynka o ślicznej twarzy. Od razu złapałyśmy kontakt i okazało się, że naprawdę w życiu realnym, mamy wiele wspólnego. Tinderowa znajomość przerodziła się w przyjaźń. Od tamtego czasu przynajmniej raz w tygodniu spotykamy się na kawę, rozmawiamy o różnych rzeczach i jeździmy po mieście na hulajnodze.

Na Tinderze przytrafiła mi się też historia, której nigdy bym się nie spodziewała. Pewnego letniego wieczoru dostałam komunikat o nowej parze. Otworzyłam aplikację i jak to miałam w zwyczaju, napisałam po prostu hej. W odpowiedzi dostałam wiadomość, z której dowiedziałam się, że zimą zeszłego roku spotkałam tego chłopaka na imprezie. Trochę było mi głupio, że z opóźnieniem skojarzyłam te fakty. Jednak to nie wszystko. Mój rozmówca napisał mi, że zwrócił wtedy na mnie uwagę i przez cały rok mnie szukał. Kiedy już zrezygnował z poszukiwań, znalazł mnie na Tinderze. To było bardzo kochane wyznanie, którego nigdy się nie spodziewałam. Tym bardziej na Tinderze.

Ostatnia tinderowa relacja, o której chciałabym wspomnieć, niestety nie miała happyendu. Już jakiś czas używałam aplikacji i nawet podobały mi się jej efekty. Oczywiście zdarzały się randomowe zapytania o one night stand, ale były sporadyczne i postanowiłam się nimi nie przejmować.

Do tego spotkania podchodziłam na luzie. Miałam ich kilka za sobą, nie denerwowałam się i nie miałam w głowie myśli, że może pójść coś nie tak. Dogadamy się albo nie. Proste. Kiedy weszłam do kawiarni, zobaczyłam chłopaka, który wyglądał zupełnie inaczej niż na zdjęciach. Wtedy w mojej głowie zapaliło się czerwone światło. Podczas przedłużającego się spotkania chłopak był bardzo zaabsorbowany swoją osobą. Mówił tylko o sobie, nie dając mi dojść do słowa ani okazji do kulturalnego pożegnania się. Kiedy w końcu udało mi się przebić przez jego monolog i grzecznie powiedzieć, że idę do domu, zaproponował, że mnie odprowadzi. Nie widziałam w tym nic dziwnego i pocieszałam się, że mieszkam blisko, więc zniosę te kolejne pięć minut jego samozachwytu. Kiedy pożegnaliśmy się i odwróciłam się w stronę klatki, on nagle gwałtownie złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Zaczął mnie całować i wkładać ręce tam, gdzie nie powinien. Próbowałam się wyswobodzić, ale jestem bardzo drobna i nie miałam szans. W mojej głowie panicznie zaczęły krążyć myśli, co robić. Jakimś cudem udało mi się od niego odkleić. On jakby nic się nie stało, zaprosił mnie do siebie. Powiedziałam, że muszę pracować, a on na to, że chętnie ze mną pójdzie i popatrzy, jak to robię, po czym znowu zaczął mnie całować. Nagle w mojej głowie pojawił się genialny pomysł. Zebrałam całą swoją siłę, żeby się od niego oderwać i słodkim głosem powiedziałam, że naprawdę muszę spadać i wpadnę do niego jutro. Na szczęście uwierzył mi i pozwolił odejść.

Po tej traumatycznej sytuacji stwierdziłam, że to czas, żeby zakończyć eksperyment i usunąć aplikację. Nie zastanawiając się nad tym długo, jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Przez kilka kolejnych dni chodziłam przygnębiona, a na ciele czułam jego okropne ręce.

Co wyniosłam z eksperymentu? Myślę, że Tinder jest dla ludzi. Jak wszystko. Trzeba tylko podchodzić do tego z przymrużeniem oka, a przede wszystkim rozmawiać z użytkownikiem trochę dłużej niż tydzień i dokładnie sprawdzić, jakie naprawdę ma zamiary. Na Tinderze miałam do czynienia z różnymi ludźmi. Z jednej strony poznałam wspaniałą kumpelę. Z drugiej natomiast strony przytrafiło mi się coś, przez co bardzo długo będę miała uraz do obcych. Nikomu tego nie życzę.

Uważam, że każdy znajdzie tam coś dla siebie, coś, czego oczekuje. Można znaleźć przyjaźń, jak i kochanka. W przeciwieństwie do brytyjskiego portalu uważam, że Tinder nie jest aplikacją tylko do one night stand, a najlepszym tego przykładem jestem ja i moja nowa przyjaciółka. A w Tinderze tak, jak w życiu, trzeba być ostrożnym i czujnym.

Tekst: Kasia Tilda Frąckowiak
Zdjęcie wyróżniające: fragment pracy Patrycji Podkościelny

Czytaj również: Dlaczego kobiety boją się miłych gości bardziej niż chamów?

Komentarze
Czy na Tinderze można spotkać normalnych ludzi?
4.5 (90%) 2