Co by było, gdyby na kozetce u Freuda wylądował hipster?

Chłopak z brodą w koszuli w kratę i czarno-białe zdjęcie mężczyzny w garniturze

Gdyby na kozetce u Freuda wylądował hipster, chcąc podzielić się swoimi przemyśleniami o naturze świata, słynny mistrz analizy osobowości miałyby poważny problem z rozgryzieniem psychiki swojego pacjenta.

Nadmiar sprzeczności namieszałby mu w głowie. Mając uprzednie ustalenia o triadzie psychicznej przedstawiciela homo sapiens. Nie ma co się dziwić, hipster wyprzedza swój gatunek, antycypując nieznane i odległe, a jednak za chwilę obecne i popularne.

Dzieje się tak dlatego, że hipster nie jest oldskulowym i przewidywalnym w swoim podkręcaniu rzeczywistości trendsetterem. Jest trendkreatorem. On nie podążą, to inni podążają za nim. On nie odkrywa, odkrywanie jest nim samym. Hipster to taki, bez złośliwych skojarzeń, Chudo NoS lajfstajlu. On nie szuka, on nawet nie znajduje, to dokonuje się automatycznie, niejako poza nim samym. Robi wrażenie, prawda? Seksowne socjolożki aż drżą na myśl o wywiadzie środowiskowym z tak wpływowym osobnikiem. Co spojrzy, to wiadomo, że w odpowiednią stronę. Co powie, to wiadomo, że to, co powinno być powiedziane.

Jak widać, fajnie być hipsterem. Fajnie wyprzedzać czas, realizując już teraz to, co spełni się lada chwila. Fajnie być zawsze, przed czy mimowolnie, czy w ramach ustawicznych poszukiwań. Fajnie być hipsterem, po prostu, gdyż hipster, choć wyśmiewany obłudnie przez demotywatory i kwejki tego świata, ostatecznie na swoje wychodzi, będąc wyrocznią w sprawach nie do końca ustalonych, w sprawach prawie-że-metafizycznych. Hipster odgrywa rolę dyktatora jak być, by być. Nie, że gdzie się ubrać. Nie, że czego słuchać. Nie, że co oglądać, co palić, czy pić. Przede wszystkim być. Aż doktor Freud dwa razy się zastanowi, nim podsumuje, co nie tak z tym czołowym przedstawicielem generacji aplikacji na smartfony i tablety.

Nawet magazyn HIRO, uważany powszechnie za biblię hipsterstwa, nie może pomijać owego człowieka, który dzień za dniem, a zwłaszcza noc za nocą, wykonuje swoją pracę u podstaw. Co takiego robi? Po prostu jest Bywa, Przychodzi. Wychodzi. Prorok, jaki czy co? Zazdroszczą takiemu znajomi z Fejsa, publicyści, scenarzyści, wszelkiej maści kreatorzy. Ot, jest sobie koleś i ten koleś, chcąc nie chcąc emanuje niesamowitością, którą próżno rozgryżć, można ją jedynie naśladować. Hipster jest jak plik, który można kopiować, nigdy zaś ingerować w jego zawartość. Hipster jest też niczym ośmiornica Paul – słynna, choć nieżyjąca prawie od dwóch lat medialna celebrytka z Oberhausen, która przewidywała wyniki meczów reprezentacji Niemiec w piłce nożnej. Zarówno podczas Euro 2008, jak i Mistrzostwach Świata 2010 Paul pomylił się jedynie dwukrotnie, poza tym byt bezbłędny jak profesor Bralczyk, analizujący pułapki polszczyzny. W przeciwieństwie do ośmiornicy hipster nie popełnia błędów, nie myli się, nie błądzi, każdy jego wybór jest tym właściwym wyborem.

Jak to robi? Nie wiadomo. Wiadomo za to, jaką cenę płaci. Żyje krótko. Nie dosłownie, żyje krótko życiem hipstera. Dar, którym może się poszczycić, stając się lanserem nad lanserami bez lanserskiego zadęcia, dany jest tylko na chwilę. Kiedy hipster słyszy od innych, że jest hipsterem, równocześnie przestaje nim być. Żyjąc bowiem w błogim poczuciu niebycia hipsterem, właśnie wtedy jest się nim w pełni. Jak artysta malarz, który popełniwszy swoje pierwsze dzieło, dowiaduje się tym samym, że dzięki temu jest artystą, ale automatycznie traci zdolność dalszego tworzenia.

Znani mi kreatorzy lajstajlowego szyku nie potrafili znieść napięcia oraz poczuciu dalszego odgrywania swojej roli. Zaczynali koncentrować się na sobie, a nie na świecie, który przed chwilą tworzyli. Znajdowali sobie podobnych i choć na początku było dobrze, bo w grupie raźniej i ma się większe wpływy oraz poważanie, po krótkim czasie okazywało się, że każdy walczył o swoje i jeden hipster jest śmiertelnym zagrożeniem dla drugiego hipstera; oni nienawidzą się wzajemnie. Chociaż hipsterzy zdają się występować w stadach, w rzeczywistości zawsze jest ten pierwszy, ojciec-założyciel danego trendu. Inni, mimo przekonania o swojej innowacyjności, są wyłącznie naśladowcami. Stąd hipster-alfa skazany jest na ustawiczne próby podważenia jego autorytetu.

Jednak to nie towarzyskie wojny wykańczają hipstera jako takiego. Spiesząc z odpowiedzią, dodam, że przyczyną jego upadku nie są również używki, ani nadmiar bywania w modnych miejscach. To, czego najbardziej obawia się hipster, można oddać tylko hasłowo. Otóż obawa, że lada chwila przestanę być tym, kim jestem, jest dla hipstera najstraszliwsza. Dzięki zaparciu i samookłamywaniu łatwo przetrwać miesiące zwątpienia. Pewnego dnia ląduje się w hotspocie uczęszczanym przez wypatrujących nowości. I co się widzi? Że nikt na ciebie nie patrzy. Że jest się powietrzem. Albo częścią większej całości, a na pewno nie atomem, który koncentruje na sobie uwagę innych. Przyczyną mogą być pierwsze kurze łapki pod oczami. Za krótka broda. A może za długa. Za wąskie spodnie. A może za szerokie. Nie sposób wyczuć i nie sposób się wpasować; jest się tym, kim się jest, lecz nie tym, kim się było nie tak dawno! Rozstrój, rozpacz, rozczarowanie samym sobą. Nienawiść do tych, co skupiają na sobie uwagę. Rozpaczliwe poszukiwanie inspiracji w virtualu. I nic, milion wskazówek, żadnej konkretnej drogi. W akcie desperacji jeden sięgnie po e-papierosa, drugi podratuje się kompulsywnym produkowaniem memów, które memami nie zostaną, trzeci zapije.

Ciężki jest los hipstera! Przesterydowane chłopię w discopubie cieszy się bardziej życiem niż miejski producent lajfstajlu. Co robić, by nie popaść w hipsterski matrix? Uwierzyć, że się nim nigdy nie było? Jedyny taki przypadek, że brak oryginalności nie zaboli, a jeszcze pomoże. W sumie hipsterskie to trochę…

Tekst: Dawid Kornaga

Komentarze
Co by było, gdyby na kozetce u Freuda wylądował hipster?
Oceń artykuł