Całe życie na diecie – czy to na pewno życie?

Kanapka z jajkiem i przekrojony grejpfrut

Wysokobiałkowa, kapuściana, bezglutenowa, a nawet śpiącej królewny… To tylko niektóre diety, robiące błyskawiczną karierę w pewnych kręgach naszego społeczeństwa. Czy naprawdę podążając ślepo za modą na zdrowe odżywianie jesteśmy w stanie poświęcić samo zdrowie? A jeśli tak, to co jeszcze?

Kiedy kilkadziesiąt lat temu francuski socjolog, Michel Foucault formułował pojęcie biowładzy, nasi dziadkowie w socjalistycznej Polsce karmili dzieci chlebem ze smalcem, sami zaś zajadali się wyciągniętą spod lady karkówką i górami ugotowanych ziemniaków. Widok jedzonej na śniadanie smażonej kaszanki nikogo specjalnie nie dziwił, zaś za najlepszą poobiednią aktywność uważano godzinne leżenie na kanapie. Nic więc dziwnego, że zmiana nawyków żywieniowych jest jednym z najbardziej zauważalnych efektów transformacji ustrojowej. W momencie upadku żelaznej kurtyny, kiedy otworzyło się przed nami okno na mityczny Zachód, zaczęliśmy chłonąć jak gąbka wszystkie tamtejsze trendy. Lata dziewięćdziesiąte minęły pod znakiem budek z hamburgerami i wszechobecnych fasfoodów, jednak Polacy systematycznie uczyli się co i jak jeść żeby być zdrowymi, pięknymi i przede wszystkim nie zostawać w tyle za trendami.

Pieczywo rozłożone dookoła napisu GLUTEN FREE

Dzisiaj znalezione w Internecie zdanie: W Nowym Jorku każdy jest na jakiejś diecie, można spokojnie przekształcić na: W Warszawie każdy jest na jakiejś diecie.

Kilka lat temu niemal w każdym miejscu w mieście: od komunikacji miejskiej, przez korytarz na uczelni, aż po biura wielkiej korporacji można było poczuć zapach jajek na twardo. Czyżby sentymentalna podróż do szkolnych wycieczek autokarowych? Nie. To tylko proteinowa dieta doktora Dukana, reklamowana hasłem: wszyscy na niej chudną. I fakt faktem, chudli wszyscy. Niezależnie od tego czy potrzebowali czy nie. Sklepy masowo zwiększały zamówienia na jogurty 0%, a nasze koleżanki ze szkoły kupowały w zachwycie coraz mniejsze dżinsy. Dieta nie wymagała żadnej aktywności fizycznej, jedynym jej założeniem była rezygnacja z węglowodanów i tłuszczy. Szał skończył się razem z efektem jojo i masowym niedomaganiem nerek.

Po jakimś czasie wzięliśmy się za eliminowanie glutenu z naszych posiłków. Czasy, w których nietolerancja pokarmowa kojarzyła się z obciachem minęły bezpowrotnie. Najmodniejsze bary reklamują się ofertą gluten free, a popularne marki już dostosowują swoje produkty do bieżącego trendu. Kilka dni temu przez media przetoczyła się fala materiałów nieco odczarowujących ten sposób odżywania. Okazało się, że taka dieta poza glutenem pozbawia nas także błonnika i na dłuższą metę potrafi wyrządzić w organizmie spore spustoszenia. Czy to koniec trendu? Zapewne przekonamy się za jakiś czas.

Foucalt przekonywał, że społeczeństwo biologicznie nowoczesne to takie, w którym ciało człowieka oraz jego aktywności w sferze publicznej i prywatnej są podporządkowane jakiejś władzy. Przyglądając się temu, jaki rząd dusz posiadają dzisiaj wielkie koncerny medialne, modowe i żywieniowe, można dojść do wniosku, że teoria biowładzy uderza nas teraz z podwójną mocą. Na ile stosowanie wszelkich diet jest wyrazem prawdziwej chęci dbania o zdrowie, a na ile wynikiem podprogowego przekazu, którym bombardują nas nieustannie obecne wokół media?

Tekst: Lena Dzik

Komentarze
Całe życie na diecie – czy to na pewno życie?
Oceń artykuł