Bogowie kulturalnych ustawek. Kim są animatorzy w kurortach „all inclusive”?

Dużo ludzi w basenie

Jeśli nie potrafisz śpiewać, ale bardzo tego pragniesz. Jeśli nie potrafisz tańczyć, ale – co powyżej. I jeśli masz dość zmiennej polskiej pogody – zmień swoje życie, wyjedź na Południe, zostań animatorem.

Wiesz, jak wielu chętnych pisze się na ten dżob? Samo niemieckie TUI zatrudnia obecnie 600 szczęśliwców. Wielka armia wakacyjnych Stańczyków czeka na ciebie!

W klubokawiarniach – jak kraj długi i szeroki na miarę wybudowanych przed Euro autostrad, i na tyle miejski, by coś się działo – oprócz „HIRO”, rządzą kaowcy. Bogowie kulturalnych ustawek. Organizują spotkania z pisarzami, poetami, publicystami. Dobierają repertuar doznań, które wysublimują poboczną konsumpcję alkoholu, woń przeładowanych popielniczek i zaczopowanych muszli klozetowych. Prowadzą na Facebooku fanpejdże swoich małych domów kultury. Bez nich byłyby zwyczajnymi pijalniami z siedziskami i przypadkowym towarzystwem. Z nimi zyskują na charakterze i konkurencyjności. Miejsce bez duszy szybko zamienia się w truchło, które kapryśni bywalcy kopią mimochodem i udają się do innego, zostawiając tam swoje pieniądze, lifestyle i fun.

Kaowcy w hotelach, a w szczególności w resortach – wielkich konglomeratach na wiele setek pokoi – nazywani są animatorami (łac. animare – ożywiać). Oprócz tego, że należą do kasty aspirujących uczestników Mam talent! czy X Factor, chociaż z góry wiadomo, że większość z nich odpadłaby jeszcze w kwalifikacjach, każdego dnia wykonują podobną kaowcom pracę u podstaw.

Mężczyzna z dwoma deserami w dłoniach

Bez nich turystyczne miasteczko w wersji all inclusive byłoby jedynie wielkim chlewem z mnóstwem strawy, popiwków i basenów dokoła. Wnoszą weń ducha, lecz o wiele bardziej kontrowersyjnego niż ich bracia po zawodzie. I zazwyczaj trudną publikę mają do okiełznania, do tego międzynarodową. Przejedzoną, przepitą, przenudzoną allinclusivową codziennością w tygodniowych lub dwutygodniowych turnusach. Gdyż pobyt w tzw. allu to niekiedy prawdziwe wyzwanie. Dla żołądka, który się rozciąga, wątroby, która marnieje oraz libido, z którym siadają solidarnie i inne organy.

Przyczyny ogólnie znane. Rano obfite śniadanie, obowiązkowo omlety. Od 10:30 w snack barze pierwsza porcja frytek, pizzy, burgerów, do tego paleta trunków. O 13 lunch. Potem kawa lub konkretna polewka monopolowych napoi lokalnych. Znów snacki. Największe niejadki i miarkujący się z procentami w końcu dają za wygraną allowej ofercie i sięgają po więcej i więcej. Od 19 kolacja. Później, w zależności od standardu resortu, nocny lunch. Żeby nie wiem ile zwiedzać, krążyć to tu, to tam, pływać w morzu, basenie, wannie, allinclusivowy styl uczciwie wtłoczy w ciebie to, za co zapłaciłeś. Ludzie snują się przejedzeni, zobojętniali na propozycje harców, usypiają na leżakach, drzemią przy kolacji. Autentycznie wielu z nich wygląda na zmęczonych nie tyle wakacjami, co życiem!

Gif z kiwającym się na boki mężczyzną

Na odsiecz przychodzą animatorzy. Każdy resort ma swoją stałą ekipę ożywczaczy, zazwyczaj w widełkach wiekowych 20-30 lat. Dobierani są tak, żeby było kolorowo, internacjonalistycznie, seksownie. Dotąd pamiętam prześliczną, wielkooką, oliwkową Egipcjankę Dimę, która niejednemu turyście w sercu zamieszała, niejedną podróż poślubną zrujnowała… Animatorzy mają ugór już od rana. Aerobik w basenie, przy basenie, nad basenem. Zastępy bab w rozepchanych przez tuszę kostiumach kąpielowych udają, że chudną na oczach totalnie wyfitnesowanej animatorki ze stylowym koczkiem pod czapeczką z daszkiem. Następnie gry i zabawy, strzelanie z łuku, lotki, ping-pong. czilałt w trakcie pory obiadowej. Powrót do animacji, umpa, umpa, cały resort tańczy, panie i panowie, co mają nieźle w głowie, też proszeni do wspólnej zabawy, która ma zjednoczyć pobytowców, stworzyć resortowe społeczeństwo zadowolonych obywateli. I tak upływa ten dzień, jak co dzień.

Najbardziej wymagający etap do przebrnięcia czeka animatorów pod wieczór. Ich część żeńska wpierw musi zająć się allinclusivową, rozpuszczoną smarkaterią, scalić ją w karną jedność, zapędzić do tańczenia w kółeczku, klaskania i śmiania się, żeby siedzący naprzeciwko rodzice mogli zrobić zdjęcia i wrzucić szybciutko na fejsa. Mija godzina, dzieci zrobiły swoje, mogą odejść. czas zająć się starszymi dzieciakami, ludem wakacyjnym, co chleb pożarł, teraz igrzysk żąda. Właśnie rozsiadł się wygodnie z drinkami; niektórzy się integrują, dla lepszej komitywy zawierają przyjaźnie, opowiadają, gdzie byli, gdzie pojadą, gdzie najtaniej lub najdrożej, drudzy nurkują w swojej samotni stolikowej, sączą napoje, patrzą przed siebie, dopalają do połowy papierosy, gaszą, znów zapalają. Wszyscy bez wyjątku wyczekują, że zaraz coś się będzie działo.

postać z south park biegnąca do basenu

I się dzieje. Są dwie opcje. Zewnętrzna polega na występach gościnnych szołmenów, którzy objeżdżają hotele w danym okręgu. W zależności od okolicznej fauny i zwyczajów, na scenie pojawiają się całkiem ciekawi osobnicy: treserzy papug, które rachują, jeżdżą na małych rowerkach, na zawołanie udają martwe, wytatuowani fakirzy, którym żaden ohydny gad niestraszny, zalotne mistrzynie tańca brzucha, tancerze folkowi w bielusieńkich galabijach, ludzie-gumy. Wewnętrzna to występy animatorów. Gwiazdorzą na potęgę.

Śpiewają do playbacku, skaczą, robią fikołki, turlają się, przebierają za cycate dziewoje, wszystko wedle scenariusza, że co dzień to nowy show, wczoraj Love Night, dziś Miss of Resort. Spełniają się jako wokaliści, wodzireje, mistrzowie stand-upu. A jutro aerobik w basenie, przy basenie, nad basenem, strzelanie z łuku, lotki, ping-pong, umpa, umpa, cały resort tańczy.

Tekst: Dawid Kornaga

Komentarze
Bogowie kulturalnych ustawek. Kim są animatorzy w kurortach „all inclusive”?
4 (80%) 1