„Pomyśl zanim powiesz. Z każdego rzuconego przypadkiem słowa, mogą wyrosnąć złe rzeczy”. Rozmawiamy z Anną Ciarkowską

Dziewczyna siedząca nad maszyną i okładka książki Pestki

Historia o dziewczynie, której świat z dnia na dzień jest przygniatany coraz większą liczbą słów. Tak pokrótce można opisać najnowszą książkę Anny Ciarkowskiej — Pestki.

Słowa te padają z różnych stron. Najbliższych, koleżanek, nauczycieli, partnerów. Każde z nich zostawia po sobie jakąś pestkę. W dniu premiery podzieliliśmy się z Wami premierowym fragmentem Pestek, a dzisiaj publikujemy naszą rozmowę z jej autorką — Anną Ciarkowską. O słowach, słówkach i Słowach przez wielkie S.

Czytaj również: Gdy słowa innych sprawiają, że tracisz siebie. Fragmenty książki „Pestki” Anny Ciarkowskiej

Czytając Pestki, podobnie, jak w przypadku Twojej pierwszej książki — Chłopcy, których kocham, wchodzimy do wnętrza umysłu głównej bohaterki prowadzącej narrację, uświadamiając sobie, że na różnych polach, bardzo często się z nią utożsamiamy. Jak to wyglądało z Twojej strony jako autorki? Jakim wyzwaniem było dla Ciebie przelanie tych historii na papier?

Żyłam tą książką przez wiele miesięcy. To podwójne życie było dla mnie największym wyzwaniem. Ciągle byłam w środku opowieści, trochę poza moim życiem, ciągle z Malinką, Mamą, Michałkiem. Wpadałam w dramaty, smutki najbliżsi / znajomi / ludzie wokół mnie trochę nie rozumieli, co znowu jest nie tak. Nie wiedzieli, że tam w środku, we mnie rozgrywa się drugie życie. Trudno to komuś wytłumaczyć, kiedy jesteś w rozedrganiu, w procesie twórczym, który pochłania większość twoich codziennych myśli.

Musiałam zmierzyć się ze swoimi doświadczeniami, co jest dużym wyzwaniem, ale nie zapominajmy, że to literatura! Wyzwaniem było tak pisać o doświadczeniach, by nie były one autobiograficzną kalką. Bo o nie jest książka o mnie, ale o nas wszystkich.

Użyłam określenia — utożsamiamy się — bo sama czytając Pestki nie raz pomyślałam „czułam/miałam podobnie”. Widziałam też wiele takich komentarzy od innych czytelników na Twoim Instagramie. Jesteś świeżo po spotkaniach autorskich, czy tam również spotkałaś się z takimi reakcjami? A może któreś ze spotkań szczególnie zapadło Ci w pamięć?

Pamiętam, że po chłopcach pojawiły się głosy, że piszę o błahych, dziewczyńskich sprawach. Bardzo mnie to smuciło, bo miałam poczucie, że te błahe sprawy kierowały moim życiem przez szereg lat i zawsze mi się wydawało, że są zbyt błahe, by w ogóle komukolwiek o tym mówić.

Są wielkie traumy, wobec których mikrourazy dotykające nas wszystkich, tracą znaczenie. A przecież to część naszych codziennych doświadczeń… Wiedziałam, że niektóre fragmenty będą pewnym osobom bliższe, ale nie przypuszczałam, że można Pestki czytać na tak różnych poziomach, że można znaleźć w nich tak wiele punktów zaczepienia. Dostaję dużo opowieści i najważniejsze jest to, że ktoś nie tyle miał tak samo, a fakt, że CZUŁ to samo. Nie chodzi bowiem o jednostkowe zdarzenia, o konkrety, ale o pewną wspólnotę doświadczeń, które nas budują.

Główna bohaterka żyje w świecie, w którym od najmłodszych lat jest przygniata słowami innych. Tych, którzy próbują ją włożyć w określone ramy, dopasować do standardów. Tak zwane dobre rady, zamieniają się w niewyobrażalny ciężar, który coraz trudniej dźwigać. Myślisz, że to efekt braku empatii, stawiania drugiej osobie wymagań bez rozumienia, czy jeszcze czegoś innego?

Ja widzę w tym nieumiejętność rozmowy. Boimy się rozmawiać, otwierać, boimy się oceny, ale też z drugiej strony tego, że nie będziemy umieli pomóc, jak ktoś się otworzy przed nami. Czasem wydaje się, że łatwiej wszystko przyklepać słowami, może jakoś się tam pod spodem wyprostują wszystkie sprawy. Ale sprawy się nie prostują, smutki nie znikają, słowa nie rozpływają się w powietrzu. Niestety bardzo chcielibyśmy, żeby wszystko było proste i czarno-białe. Chcielibyśmy mieć schemat życia i myślę, że to kieruje matkami, babciami – żeby córkom, wnuczkom było łatwiej, żeby jakoś to życie przeżyć. Problem jednak pojawia się wtedy, kiedy jakoś przestaje nam wystarczać. Największą trudnością i jednocześnie wartością w życiu, w moim rzecz jasna odczuciu, jest być zrozumianym.

Kontynuując temat, czego według Ciebie jeszcze brakuje w naszym społeczeństwie na poziomie jednostek? Czego powinniśmy się nauczyć?

Nie wiem, czego powinniśmy się nauczyć, co powinniśmy zmieniać. Mogę chyba mówić tylko o sobie, a ja chciałabym się uczyć tej ufności i otwartości, ciekawości, rozmowy, w której nie ma oceniania. Chciałabym umieć trwać poza czernią i bielą. Bardzo się staram, żeby było dobrze. Nie najlepiej, nie wspaniale, ale właśnie dobrze. Mnie samej ze sobą. Może to byłaby droga, żeby nam wszystkim było ze sobą łatwiej?

W Pestkach poruszasz też temat zaburzeń psychicznych, a konkretnie depresji. Samo słowo depresja jest chyba jednym z najbardziej nadużywanych pojęć w naszych czasach. Mamy trochę gorszy dzień — mówimy, że mamy depresję. Depresyjna pogoda, depresyjny film itd. Nie robimy tego z innymi zaburzeniami — schizofrenią, lękami… Czy to nie jest trochę tak, że trywializacja tego słowa powoduje, że trywializujemy też osoby, które faktycznie cierpią na depresję?

Tak, depresja stała się workiem, do którego wrzuca się wiele rzeczy, nastrojów, stanów emocjonalnych. W tym worku trudno czasem znaleźć właściwe słowa, diagnozy. Z drugiej strony pamiętam kilka lat temu sprawę Marii Peszek i jej depresji w hamaku. Kiedy inny sobie robili żarty, mnie było szalenie smutno, bo miałam poczucie, że doskonale rozumiem, że nie o słońce, nie o hamak i Tajlandię chodzi, ale o to, co jest w środku człowieka. A to są sprawy dużo bardziej skomplikowane.

Wydaje mi się, że jest lepiej, bo w ogóle się o tym mówi, nie ma nic szczególnie wstydliwego w terapiach, w psychiatrach jeszcze trochę tak, ale łatwiej mówić o takich zaburzeniach. Niemniej mam poczucie, że nadal łatwo się cudze problemy i emocje spłaszcza, sprowadza do diagnoz, zamiast posłuchać. Niezależnie, czy chodzi o depresję kliniczną, czy o zwykły gorszy dzień, chyba nie ma lepszego niż rozmowa i zrozumienie. Bez trywializacji, bez zamykania tego w banałach, w tanich radach. Czasem wystarczy tylko wysłuchać.

Po lekturze Pestek można na nowo odkryć siłę zdania: pomyśl, zanim powiesz. A co jeszcze byś chciała, żeby ludzie zrozumieli, jaką lekcje wynieśli z Twojej książki?

Pomyśl zanim powiesz, bo z każdej takiej pestki, słowa rzuconego przypadkiem, nawet w dobrej wierze, mogą wyrosnąć złe rzeczy, krzywdy, żale. Dla mnie istotnym przesłaniem jest też to, że nie ma problemów dużych i małych, są tylko różne perspektywy. Bez woli zrozumienia, jak świat widzi ktoś inny, nie ma szans na porozumienie.

A co Ty sama, nauczona już doświadczeniem, robisz, by nie dać się przygniatać słowom innych? Czego nauczyło Cię życie?

Był moment wielkiego przewrotu w moim życiu, kiedy wszystko najpierw było na lewą stronę, a potem znów na prawą. Tak wiele rzeczy się posypało, że nie miałam, w swoim odczuciu, nic do stracenia. Oczywiście nadal się przejmuję, ale inaczej. Staram się odsiewać, staram się rozmawiać. Ostatnio jak ktoś w żartach powiedział mi coś niemiłego, powiedziałam wprost: wiem, że to żart, ale jest mi przykro. Otaczam się też ludźmi, z którymi buduję relacje. Brzmi zupełnie banalnie, ale kto z nas nie połykał latami słów nic nie mówiąc o swoich odczuciach? Kto z nas nie miał wokół toksycznych osób, które kładły się cieniem na naszym życiu? Życie mnie nie nauczyło, raczej ja jestem cały czas w procesie uczenia się i świata, ale też, a może przede wszystkim ludzi. Są tacy skomplikowani!

Pytałam o to także przy naszym poprzednim wywiadzie, ale myślę, że tu pasuje tym bardziej. 5 utworów, które dałabyś jako ścieżkę dźwiękową do Pestek, to…?

Mogę powiedzieć, czego słuchałam, jak pisałam, a w zasadzie pomiędzy bo piszę zwykle w ciszy. Kluczowa była Insomnia Daniela Spaleniaka, War Briana Witziga, Hyperborea Sans Parade, pod koniec szaleńczo zapętlałam Moje Miasto Marii Peszek. No i jeden kawałek, który jest poza moimi muzycznymi granicami – Czas spełnienia – kawałek Kasi Nosowskiej, ale w wykonaniu Indios Bravos. W zasadzie codziennie rano pod prysznicem powtarzałam cały tekst jak mantrę. Pomagało.

No i na koniec, pytanie, które pewnie padło w trakcie spotkań autorskich: czy masz już pomysł na kolejną książkę?!

Jagoda Szelc powiedziała ostatnio fajną rzecz, że ona praktykuje robienie filmów. Ja tak samo praktykuję pisanie. Co to znaczy? Że jestem w ciągłym procesie, porządkuję myśli, notuję, zapamiętuję, wsłuchuję się w różne miejsca i rzeczy, ale przede wszystkim pozwalam sobie na twórczą wolność. Więc pomysłów zasadniczo mam milion, ale czy wyjdzie z tego kolejna książka? Nie wiem, nie chcę chyba tak o tym myśleć. Nie jak o zadaniu, projekcie, tylko jako o potrzebie, którą w sobie noszę.

Rozmawiała: Klarysa Marczak

Komentarze
„Pomyśl zanim powiesz. Z każdego rzuconego przypadkiem słowa, mogą wyrosnąć złe rzeczy”. Rozmawiamy z Anną Ciarkowską
Oceń artykuł