Amber Run: Gdybyśmy sami robili klipy, byłyby najgorsze na świecie

Czterech mężczyzn ubranych w ciemne marynarki na tle ceglanej ściany

Czworo chłopaków grających indie rocka. Pod nazwą Amber Run kryją się: Felix Archer (perkusja), Will Jones (gitara), Tom Sperring (gitara basowa), Henry Wyeth (klawisze) oraz Joe Keogh (wokal). Już 21 października wystąpią w warszawskim klubie NIEBO. Zanim jednak to nastąpi, przeczytajcie naszą rozmowę z zespołem!

Skąd pomysł na nazwę AMBER RUN?

Wymyślanie nazwy dla zespołu jest najgorszą rzeczą na świecie. Najpierw ktoś powiedział Amber, bo to kolor, który reprezentował muzykę, którą wówczas graliśmy. Potem musieliśmy dodać Run, bo istniała realna szansa, że w przeciwnym wypadku, za kilka miesięcy dostaniemy zaproszenie na proces.

Co byście określili jako przełomowy moment w Waszej karierze?

Chyba koncert w trakcie londyńskiego Kentish Town Forum kilka miesięcy temu był tym przełomowym momentem. Może mógłby to być też dzień po wydaniu pierwszego albumu, ale jednak wtedy w Londynie zagraliśmy nasze największy koncerty do tej pory. I to nam bardzo pomogło.

Mówicie, że Wasza muzyka jest przepełniona emocjami. Jakie jest ich źródło – co Was inspiruje, żeby tworzyć tego rodzaju muzykę?

Piszemy o tym, co czujemy, o tym, co nas otacza. Muzyka działa na nas oczyszczająco. To najlepszy sposób, żebyśmy zrozumieli, jak pewne rzeczy na nas działają, jakie jest nasze stanowisko w konkretnych sprawach. Utwory takie jak No Answers mówią o problemach rodzących się w relacjach zawodowych, natomiast przykładowo 5am, to utwór o bardziej prywatnych problemach, z dala od świata.

Kto odpowiada za warstwę liryczną? Pracujecie wspólnie, czy tylko jeden z Was tworzy teksty?

Najwięcej tekstów pisze Joe – co więcej – bywa zaborczy w tym temacie! Will napisał utwór Are You Home, który znalazł się na nowym albumie i mamy nadzieję, że będziemy się rozwijać w dziedzinie pisania tekstów coraz bardziej!

Czym się różni Wasz nowy album od debiutanckiego krążka?

Drugi album jest dziełem, które można powiedzieć, że powstał z mroku, w przeciwieństwie do debiutanckiego albumu. Płyta For A Moment I Was Lost była napisana w naprawdę specyficznym dla nas momencie. Ale być może właśnie przez to ten krążek stał się dziełem samym w sobie. To gniewna płyta. Pełna niepokoju i bólu. Jednak jak już powiedzieliśmy – to był proces oczyszczenia. Stworzyliśmy tę płytę i możemy powiedzieć, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Po wydaniu debiutanckiego krążka powiedzieliście, że nie chcecie być porównywani z innymi artystami – po prostu chcecie tworzyć swoje własne dziedzictwo. A wiemy, że fani potrafią pokładać olbrzymie nadzieje w swoich idolach. A gdyby tak zamienić role: jakie Wy macie oczekiwania wobec swoich fanów?

Dobre pytanie! Myślę, że ta płyta jest na tyle osobista dla nas, że trudno byłoby mieć nam jakieś komercyjne oczekiwania. Chcieliśmy nagrać tę płytę dla samych siebie. Mamy nadzieję, że nasi fani ją polubią, że będą potrafili zrozumieć, że napisaliśmy to też dla nich. A tak swoją drogą – zajmując się promocją nowej płytę, myślę, że krokiem milowy był fakt, że udało nam się zorganizować trasę po Europie. Udało się, mamy to i jesteśmy bardzo podekscytowani.

A tak z innej beczki, tylko szczerze: czego w sobie nawzajem nienawidzicie?

Jesteś brutalny! Ale w porządku. Henry zawsze próbuje opowiadać żarty i nijak mu to wychodzi. Tom przesadnie kocha motocykle. Will wygląda jak wampir, ale jest przy tym okropnie niski. No i Joe. Koszmar.

Czego słuchacie? Jakie są Wasze ulubione zespoły i artyści?

To trudne, głównie dlatego, że każdy z nas słucha czegoś innego. Ale wszyscy kochamy Radiohead. Bardzo! The National. Zespół, który nazywa się This Will Destroy You, który robi w Teksasie muzykę w stylu post-rock.

A gdy mowa o Waszych teledyskach: kto tworzy scenariusz? Czy to zawsze w całości Wasz pomysł od punktu wyjścia do publikacji?

My robimy muzykę. Klipy mogą być wspaniałym środkiem do przekazania muzyki, ale my jesteśmy tylko muzykami. Uwielbiamy dawać szansę różnym reżyserom i ludziom tym się zajmującym, żeby to oni stworzyli teledysk, wkładając w to całą swoją pasję. Oczywiście musimy wszystkiego dopilnować, obejrzeć, żeby się upewnić, że wszystko gra i klip pasuje do nas jako zespołu. Powiemy więcej: gdybyśmy sami robili klipy, byłyby to najgorsze klipy w historii.

Czy macie w planach jakieś współprace z innymi muzykami?

Nie, nic z tych rzeczy. Amber Run i tak jest już zespołem złożonym z naszej czwórki. Ale pomyślimy nad tym. Obserwujcie uważnie!

Rozmawiał: Jakub Paciorek
Tłumaczenie: Klarysa Marczak

Czytaj również: AMBER RUN WYSTĄPI W NIEBIE, NA JEDYNYM KONCERCIE W POLSCE!

Komentarze
Amber Run: Gdybyśmy sami robili klipy, byłyby najgorsze na świecie
Oceń artykuł